Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 października 2026

 

„LALKA”, Polska 2026

Premiera kinowa: 30 września 2026


Jestem już po seansie kinowej „Lalki” w reżyserii Macieja Kawalskiego i śpieszę podzielić się z czytelnikami Popkulturalnego Maniaka moją opinią na temat tej adaptacji.

Moje oczekiwania były ogromne – „Lalka” to moja ukochana powieść i częściowo z jej powodu wybrałem na studiach seminarium magisterskie z literatury realizmu i naturalizmu. Pozytywizm to moja epoka, Prus – to ulubiony pisarz (to właśnie Prus powinien otrzymać literacką Nagrodę Nobla, a nie Sienkiewicz). Pora przejść do meritum – otóż „Lalka” Kawalskiego to film poprawny, ani wyjątkowy zły, ani wybitnie dobry – po prostu poprawny.

Zacznę od pozytywów. Reżyser intrygująco wprowadza tematykę udziału Wokulskiego w wojnie bułgarskiej i przez cały film fantastycznie odtwarza realia epoki. Piękne są stroje, dekoracje, obraz 19-wiecznej Warszawy, wnętrza sklepu Wokulskiego i posiadłości arystokracji. Ciekawie zostaje poprowadzona fabuła, by dochować wierności powieści, a jednocześnie zmierzyć się z mnogością ważnych wątków z książki Prusa.

Zdecydowanie przekonała mnie do siebie Kamila Urzędowska jako Izabela Łęcka – jest lekko wyniosła, ma swoje zdanie, umiejętnie manipuluje, dobrze wygląda na ekranie. Marek Kondrat jest też dobrym Rzeckim, choć nie ma w sobie ciepła i melancholii Bronisława Pawlika z serialu. W ogóle „Lalka” Kawalskiego jest zdecydowanie bardziej filmem kobiet niż mężczyzn. Niesamowitą kreację jako pani Meliton tworzy Agata Kulesza. Każde jej pojawienie się na ekranie to nowe emocje, intrygi, ciekawostki. Cudowna jest Maja Komorowska jako Prezesowa Zasławska – monumentalna, dobra, wzruszająca. Podobała mi się także Karolina Gruszka jako Florentyna, Krystyna Janda jako Hrabina Joanna oraz Maria Dębska jako pełna energii i twardo stąpająca po ziemi Kazia Wąsowska. To dobrze, że scenarzyści wyeksponowali postaci Wąsowskiej, a zwłaszcza pani Melton – dodało to filmowi kolorytu i pazura. Co do panów – wyróżnię jeszcze Andrzeja Seweryna jako Tomasza Łęckiego, Dawida Ogrodnika jako Mraczewskiego - jednego z subiektów, Borysa  Szyca – Barona Krzeszowskiego oraz Filipa Pławiaka – Juliana Ochockiego.

Dobre jest inspirowane Prusem otwarte zakończenie i z pewnością wszystkim spodoba się ścieżka dźwiękowa.

Zaskoczenia? Pominięcie trzech istotnych dla całej powieści i dla mnie wątków i związanych z nimi postaci: Marianny-Magdalenki – dziewczyny złych obyczajów, którą Wokulski ratuje z Powiśla, postaci pani Heleny Stawskiej i jej córeczki oraz sprawy sądowej, a zatem istotnej kwestii związanej z tytułem powieści oraz nieobecność studentów, którzy tak bardzo wzbogacili serial z 1977 roku.

Negatywy i rozczarowania? Marcin Dorociński. Jako wielbiciel rankingów i list przebojów zastanawiałem się swego czasu, jaki jest mój ulubiony polski aktor i wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazywały właśnie na Dorocińskiego – aktora z klasą i nieograniczonymi możliwościami. Jako Wokulski, niestety, nie przypadł mi do gustu. Nie widziałem chemii między nim a Urzędowską jako Izabelą, a był w niej przecież bezgranicznie zakochany, dziwiła mnie mimika twarzy aktora podczas gry, miałem wrażenie, że ma trudność z wejściem w rolę Wokulskiego, a piszę to z ogromną przykrością. Drugi problem – nierówne tempo: obok scen szybkich, zwartych, wysoce emocjonalnych, pojawiały się chwile dłużyzn i przestojów, ale może tak miało być i reżyser nie chciał nas zabierać na filmowy rollercoaster.

Jedno wiem na pewno: chcę ten film zobaczyć raz jeszcze, mieć szansę jeszcze raz go przeżyć, dostrzec szczegóły, które mi umknęły, wejść w świat Prusowskiej Warszawy, poczuć klimat nowej „Lalki”.

Moja ocena: 7,5/10

środa, 30 września 2026

 

CZY POTRZEBNA NAM NOWA „LALKA”?

Dziś premiera nowej kinowej wersji „Lalki” na motywach powieści Bolesława Prusa w reżyserii Macieja Kawalskiego z Kamilą Urzędowską w roli Izabeli Łęckiej, Marcinem Dorocińskim wcielającym się w postać Stanisława Wokulskiego i Markiem Kondratem jako Ignacym Rzeckim, zaś od 16 września w Netflixie można oglądać serial „Lalka” wyreżyserowany przez Pawła Maślonę, który do swojej wersji zaangażował Sandrę Drzymalską (Łęcka), Tomasza Schuchardta (Łęcki) i Dariusza Chojnackiego (Rzecki).

Rodzi się pytanie: czy potrzebna nam nowa „Lalka” – kolejna adaptacja tej genialnej pozytywistycznej powieści. Po raz pierwszy na wielki ekran przeniósł „Lalkę” wyjątkowy reżyser – Wojciech Has – twórca choćby cenionego na całym świecie „Rękopisu znalezionego w Saragossie”. W wersji z 1968 roku główne role przypadły Beacie Tyszkiewicz jako Izabeli Łęckiej, Mariuszowi Dmochowskiego, który wcielił się w postać Stanisława Wokulskiego oraz Tadeuszowi Fijewskiemu , który zagrał Ignacego Rzeckiego. Film to wielki, choć mam wrażenie, że nieco trąci myszką – od jego premiery minęło już blisko 60 lat. Po dziewięciu latach na ekrany telewizyjne trafił 9-odcinkowy serial z Małgorzatą Braunek (Łęcka), Jerzym Kamasem (Wokulski) oraz Bronisławem Pawlikiem (Rzecki) – ta wersja to moja ukochana adaptacja.

A czy potrzebowaliśmy nowej ekranizacji? Zdecydowanie TAK. Na całym świecie pojawiają się wznowienia, reinterpretacje, nowe wersje, remaki klasycznych dzieł filmowych. Ten rok przyniósł nam chociażby uwspółcześnioną ekranizację „Wichrowych Wzgórz” w reżyserii Emerald Fennell z Margot Robbie i Jacobem Elordim, już za chwilę w kinach nowa adaptacja „Rozważnej i romantycznej” w reżyserii Georgii Oakley, choć może się wydawać, że fantastyczna wersja Anga Lee z 1996 roku z Emmą Thompson i Kate Winslet jest nie do zastąpienia. Trwa produkcja nowej wersji serialu „Noce i dnie” według powieści Marii Dąbrowskiej – tu będzie też dużo emocji i kontrowersji. Czy Jaśmina Polak i Tomasz Schuchardt zdołają przyćmić role Jadwigi Barańskiej i Jerzego Bińczyckiego?

Zarówno film Hasa, jak cudowny i niezapomniany serial Ryszarda Bera, powstały przed pięćdziesięciu laty. To długo, nawet dla tak klasycznej pozycji, jak „Lalka” Prusa. Znakomicie pamiętam serial, nie mogę natomiast pamiętać – i znam je jedynie z przekazu – ogólnopolskich dyskusji o złym doborze aktorów przed premierą – jak to: Braunek ma być piękną, eteryczną arystokratką? Kamas – przecież to drewniany aktor bez emocji! A Pawlik – ten powinien zostać w telewizji z Misiem z okienka i ewentualnie grać epizody zabawnych grubasków w komediach. Okazało się jednak, że ta trójka aktorów stworzyła wyjątkowe, zapadające w pamięć kreacje i dla dwóch, a może i trzech pokoleń Łęcka miała twarz Małgorzaty Braunek, Kamas okazał się niezastąpionym Wokulskim, a rola Pawlika przeszła do historii jako wybitna. Serial jest nadal oglądany i podziwiany – to błyskotliwa i bardzo wierna adaptacja.

A jaka będzie „Lalka” AD 2026? Serial Netlixa już hula w sieci i wzbudza niezwykle emocje, polaryzując społeczeństwo. Nie oglądałem serialu i w najbliższym czasie tego nie zrobię – nie zraziłem się wieloma negatywnymi opiniami, zbyt cenię Pawła Maślonę, by odpuścić sobie ten serial, ale obecnie nie pozwala mi na to brak czasu. A film Macieja Kawalskiego zobaczę już w najbliższy weekend – moje oczekiwania są ogromne, bo „Lalka” to – moim zdaniem – najlepsza znana mi powieść napisana w języku polskim, a być może nawet najlepsza powieść mojego życia.

A czy potrzebowaliśmy dwóch adaptacji w tym samym czasie? To już nieco kontrowersyjna decyzja i wydaje mi się, że warto było skupić się na jednej wersji, a w tym czasie zająć się ekranizacją jakiegoś innego ważnego utworu literackiego.

Pozwólmy artystom eksperymentować, odczytywać dzieła literackie i filmowe na nowo, pokazywać klasyczną rzeczywistość przez pryzmat 21-go wieku. Nowe technologie, nowi aktorzy, nowe możliwości kin – niech się dzieje, niech powstają nowe adaptacje, a my je krytycznym okiem oglądajmy.

Recenzja kinowej "Lalki" już niebawem.

poniedziałek, 31 sierpnia 2026

 

„GORZKIE ŚWIĘTA” (Amarga Navidad), Hiszpania 2026


Premiera kinowa: 28 sierpnia 2026

Po anglojęzycznym „W pokoju obok” z Julianne Moore i Tildą Swinton Pedro Almodovar – jeden z moich ulubionych europejskich reżyserów – powraca do kina hiszpańskiego. Czy z dobrym rezultatem?

Tytułowe „Gorzkie święta” to tytuł scenariusza filmu, który tworzy Raul (Leonardo Sbaraglia) – główny bohater filmu. Wspomaga go jego asystentka Monica (Aitana Sanchez-Gijon). Postępy pracy pisarza obserwujemy na bieżąco w postaci wizualizacji postaci ze scenariusza.

Elsa (Barbara Lennie) także tworzy scenariusz do swojego filmu. Cierpi na potworne ataki migreny, podczas których wspiera ją Bonifacio (Patrick Criado). W życiu Elsy pojawia się także jej przyjaciółka – piękna Natalia (Milena Smit), która po utracie dziecka zmaga się z depresją. Sama pisarka ma także poważne problemy z doświadczeniem żałoby po śmierci matki.

Monika – asystentka Raula – reaguje bardzo nerwowo i emocjonalnie, kiedy w nowym scenariuszu dostrzega liczne problemy i sytuacje ze swojego życia prywatnego. Do czego doprowadzi konfrontacja z pisarzem?

Film ma strukturę nielinearną. Oba przedstawione światy wzajemnie się przenikają. Często cofamy się w czasie – retrospekcje znacznie przybliżają widzowi fabułę. Film jest ciekawy, ale bardzo specyficzny. Życie Raula miesza się z tworzoną przez niego fikcją, a otwarty, tworzący wrażenie niedokończonego, finał obu historii zaskakuje i wprowadza widza w konsternację. Aktorzy są znakomici i – jak zwykle u Almodovara – każda scena to teatr barw, precyzyjnie dopracowany każdy szczegół scenografii i intrygująca muzyka. Powstaje pytanie: jak wiele w filmie jest samego Almodovara i jego życia? Czy Raul nieoczekiwanie kończy w swój scenariusz świadomie, czy przeżywa kolejny twórczy blok? Czy więcej Almodovara jest w postaci Raula czy Elsy?

„Gorzkie święta” nie są złym filmem, ale daleko temu obrazowi do perfekcyjnych mini-dziełek, do których przyzwyczaił nas reżyser. Choć film prawdziwie absorbuje, wyżej oceniłem jednak „W pokoju obok” – poprzednią produkcję Almodovara. Wielbiciele kina hiszpańskiego powinni jednak „Gorzkie święta” koniecznie zobaczyć.

Moja ocena: 7/10

sobota, 22 sierpnia 2026

 
„REQUIEM DLA SNU” (Requiem for a Dream), USA 2000


Premiera kinowa: 16 marca 2001, wznowienie kinowe: 24 lipca 2026

Film „Requiem dla snu” Darrena Aronosky’ego miał swoją premierę 25 lat temu. Pamiętam, że wtedy prawdziwie wstrząsnął moim dużo młodszym jestestwem. W związku z rocznicą odrestaurowany film wrócił na ekrany i postanowiłem zobaczyć obraz ponownie, z nieco innej perspektywy i z zupełnie innymi doświadczeniami życiowymi i kulturowymi.

Film jest historią trojga związanych ze sobą ludzi: Sary (wyśmienita Ellen Burstyn) – starszej już kobiety, która spędza większość czasu przed telewizorem, jej syna Harry’ego (błyskotliwy Jared Leto) – narkomana i dilera oraz Marion (niezwykła Jennifer Connelly) – jego dziewczyny, także ofiary nałogu narkotykowego. Początkowo nic nie zapowiada katastrofy, wszystko wskazuje na to, że Harry i Marion kontrolują swój nałóg i większym problemem i niebezpieczeństwem jest zaangażowanie się Harry’ego w handel narkotykami, w którym wspiera go przyjaciel – Tyrone (Marlon Wayans). Szybko jednak okazuje się, że życie Marion, Harry’ego i Tyrone’a to równia pochyła. Sceny, w których piękna Marion sprzedaje swoje ciało, by zdobyć pieniądze na narkotyki, porażają.

Historia Sary – normalnej amerykańskiej kobiety – jest równie dramatyczna. Otrzymuje telefon z telewizji, który zaprasza ją do udziału w ulubionym teleturnieju. Chociaż to najprawdopodobniej scam, Sara postanawia jak najlepiej wypaść w ukochanym programie. Dlatego decyduje się na terapię odchudzającą. Pod wpływem zażywanych leków szybko traci kontakt z rzeczywistością. Szokująca jest scena, kiedy sąsiadki-przyjaciółki odwiedzają Sarę w szpitalu.

Aronofsky tworzy film w bardzo specyficzny i nowatorski wówczas sposób. Wiele scen przypomina raczej video clipy niż film fabularny. Tempo obrazu jest bardzo szybkie, pojawiają się sceny stroboskopowe. W ten sposób reżyser ukazuje świat halucynacji i całkowitego odrealnienia, w który coraz głębiej popadają wszyscy bohaterowie.

Trzy kreacje aktorskie, które widzimy w filmie, są wybitne, a każda z gwiazd posiada w swoim dorobku Oscara, jednak nie za „Requiem dla snu”. Zacznijmy od Ellen Burstyn – najbardziej uznanej aktorki w filmie, dla której nominacja do Oscara za „Requiem dla snu” była już szóstą w karierze. Posiadała już nagrodę za rzeczywiście świetną rolę w filmie „Alicja już tu nie mieszka” z 1975 roku. Rola, którą tworzy u Aronofsky’ego, to – moim zdaniem – jedna z najwybitniejszych kreacji kobiecych tego wieku. Burstyn jako uzależniona od leków matka narkomana jest fenomenalna, zachwyca każdą sceną, przechodzi na ekranie niesamowitą metamorfozę. Jest genialna. Musiała jednak uznać wyższość Julii Roberts, która wówczas odebrała Oscara dla najlepszej aktorki w filmie „Erin Brockovich”. Obiema rolami byłem zachwycony, lecz dziś po ponownym seansie „Requiem dla snu”, przyznałbym palmę pierwszeństwa Ellen Burstyn.

Pora na Jareda Leto – aktorskiego kameleona i geniusza. Pierwszy raz zobaczyłem Leto w filmie „Ostatnie takie lato” (The Last of the High Kings) w 1996 roku i pomyślałem sobie – „O kurczę, ten chłopak dostanie kiedyś Oscara”. Pierwsza okazja pojawiła się właśnie przy okazji „Requiem dla snu”, ale Leto za rolę uwikłanego w dilowanie narkomana – nie otrzymał nawet nominacji. Pierwsza nominacja i Oscar przyszły dopiero w 2014 roku za rolę umierającego na AIDS transwestyty w filmie „Witaj w klubie”. Leto był tu genialny, ale czy rola w „Requiem dla snu” była słabsza?

I wreszcie – piękna i utalentowana Jennifer Connelly. W filmie Aronofsky’go tworzy bardzo trudną rolę, pewne sceny z jej udziałem są na granicy dobrego smaku. Nie dostaje nominacji, ale otrzymuje ją wraz z Oscarem rok później za „Piękny umysł”. Upieram się, że w „Requiem dla snu” stworzyła lepszą i bardziej wymagającą rolę drugoplanową.

Film jest bardzo dobry, ząb czasu w ogóle go nie nadgryzł, nadal przeraża swoim przesłaniem i trzema wielkimi rolami. Bardzo ten film polecam. Jest po prostu świetny.

Moja ocena: 9/10

środa, 19 sierpnia 2026

 

„TYLKO JEDNA NOC” (One night only), USA 2026

Premiera kinowa: 14 sierpnia 2026


Lubię sytuacje, kiedy idę do kina statystycznie – żeby po prostu „zaliczyć” kolejną pozycję, a tu zdarza się niespodzianka i film jest zwyczajnie udany. Tak było w przypadku nieoczywistej komedii romantycznej „Tylko jedna noc” w reżyserii Willa Glucka.

Czy pamiętacie serię drastycznych i dramatycznych filmów amerykańskich „Noc oczyszczenia”? Otóż, scenariusz „Tylko jednej nocy” zaczerpnął jeden z motywów z tego cyklu. Jesteśmy we współczesnej Ameryce, ale jest to kraj niezwykle purytański, dbający o moralność obywateli. Dlatego seks przedmałżeński jest surowo wzbroniony, a zainstalowane w ciele mieszkańców czujniki natychmiast wzywają stróżów prawa i strażników norm i wartości, jeśli zakaz zostaje złamany.

Jest jednak jedna noc, ta jedna wyjątkowa noc, kiedy zakaz nie obowiązuje. I właśnie ta noc i przygotowania do niej są przedstawiony w tym zabawnym filmie.

Owen (Calum Turner) jest właścicielem sympatycznej pizzerii, która tego dnia bije rekordy popularności – są w niej dziesiątki namiętnie przytulający się do siebie ludzi w różnym wieku i różnej rasy, którzy czekają na tę chwilę! Oczekuje jej też Owen, gdyż zamierza spędzić upojną, romantyczną noc z wybranką swego serca – Malika (Maya Hawke – prywatnie córka Umy Thurman i Ethana Hawke’a).

Do wielkiej zabawy przygotowuje się także śliczna Allie (Monica Barbaro) – młoda piosenkarka, która nagrywa piosenki do reklam, a marzy o prawdziwej karierze. Dziewczyna liczy na to, że tym razem los się do niej uśmiechnie i spotka wymarzonego kandydata na swojego chłopaka.

Przewrotny los sprawia, że piękna Allie i przystojny Owen spotykają się tej nocy kilkakrotnie, zwykle w przedziwnych i nieoczekiwanych okolicznościach. Czy coś z tych spotkań wyniknie?

 „Tylko jedna noc” to naprawdę urocza i zabawna komedia, pełna komicznych gagów i ze świetną grą aktorską. Nominowana do Oscara za rolę Joan Baez w filmie „Kompletnie nieznany” Monica Barbaro jest bardzo przekonująca jako wrażliwa romantyczka, zaś Brytyjczyk Calum Turner – jeden z mocnych kandydatów do roli Jamesa Bonda – sprawdza się zaskakująco dobrze jako komediowy amant. Akcja płynie wartko. Walorem jest też bardzo ciekawa, nowoczesna ścieżka dźwiękowa z dobrymi nagraniami.

Szedłem na film bez żadnego przekonania i oczekiwań, wyszedłem z uśmiechem na ustach po blisko dwóch godzinach całkiem przyzwoitej rozrywki. Nie jest to kino buntu i naporu, zmieniające współczesną kinematografię, ale na tle amerykańskich komedii romantycznych ostatniego okresu wypada nad wyraz dobrze. Odrobina utopii z dawką aktualnego realizmu daje ogólnie zadowalający efekt. Polecam.

Moja ocena: 7/10

niedziela, 16 sierpnia 2026

 

„WARTOŚĆ SENTYMENTALNA” (Affeksjonsverdi) Dania / Francja / Niemcy / Norwegia / Szwecja / Turcja / Wielka Brytania 2025

Premiera kinowa: 27 lutego 2026 


Niedawno pisałem o filmie, który – moim zdaniem – powinien był zostać oscarowym zwycięzcą w kategorii Film międzynarodowy („Sirat”), dziś o filmie, który tę  nagrodę otrzymał. Mowa o bardzo dobrym obrazie norweskiego reżysera Joachima Triera „Wartość sentymentalna”.

„Wartość sentymentalna” to obraz typowej – nietypowej norweskiej rodziny. Po śmierci matki w domu rodzinnym spotykają się dwie siostry: Nora (Renate Reinsve) – uznana aktorka, która od lat walczy o stabilizację swojego życia osobistego, kobieta bardzo emocjonalna, nieprzewidywalna, ale też zagubiona i słaba w swojej potencjalnej sile oraz Agnes (błyskotliwa Inga Ibsdotter Lilleaas) -  introwertyczna, ale o wiele bardziej uczuciowa od słynnej siostry mama kilkuletniego chłopca. Jest też ojciec – światowej sławy reżyser, który dawno odszedł od matki, zblazowany, zgnuśniały, przekonany o swojej wielkości i nieomylności – Gustav (bardzo dobra rola Stellana Skerskarda).

Przedstawiona w filmie rodzina Borgów to obraz krzywd bez zadośćuczynienia, traum, które nie zostały przepracowane, ran, które nigdy się nie zabliźniły. A wszystko to na tle filmu o rodzinie, który za wszelką cenę chce wyreżyserować Gustav Borg. Kiedy Nora odrzuca główną rolę, na planie pojawia się młoda amerykańska gwiazdeczka – Rachel (naprawdę dobra Elle Fanning, to chyba jak dotąd rola jej życia), zafascynowana postacią reżysera i nieco w nim zadurzona, która samoświadomie nie jest w stanie poradzić sobie z wymogami trudnej roli.  

Z biegiem filmu dowiadujemy się coraz więcej o przeszłości rodziny, o przyczynach panującego w niej chłodu, o konfliktach, o wydarzeniach, które na zawsze zmieniły rodzinę Borgów.

Film jest skandynawsko chłodny, pełen emocji, które trzymane są jednak za uwięzi, ogląda się go bez komfortu, ale jest bardzo dobry. Niezwykle ciekawą kreację tworzy Renate Reinsve, która obok Sandry Huller, wyrasta na najważniejszą współczesną aktorkę europejską. Dobry jest też Skerskard, choć po zachwytach recenzentów spodziewałem się, że ta rola będzie jeszcze wyrazistsza i historycznie wyjątkowo. Bardzo doceniam rolę Elle Fanning, ale film – moim zdaniem – kradnie Inga Ibsdotter Lilleaas jako młodsza siostra. W każdej scenie, w której się pojawia, nie sposób oderwać od niej wzroku, gra oszczędnie, prosto, jest rewelacyjna. Film doczekał się aż czterech aktorskich nominacji oscarowych, choć żaden z aktorów grających w „Wartości sentymentalnej” nagrody nie otrzymał, gdyby to ode mnie zależało, wyróżniłbym Ingę Ibsdotter Lilleaas.

Joachim Trier, który namieszał już w światku filmowym swoim wcześniejszym filmem „Najgorszy człowiek na świecie”, nawiązuje w „Wartości sentymentalnej” do najlepszych wzorców kina skandynawskiego, filmów Ingmara Bergmana, ale też francuskiej Nowej Fali. To reżyser, którego twórczość warto obserwować.

Tegoroczna oscarowa kategoria Film międzynarodowy była bardzo silna. „Wartość sentymentalna” zasłużyła na nagrodę, choć uważam, że „Sirat” był po prostu lepszym filmem.

Moja ocena: 8/10

czwartek, 13 sierpnia 2026

 

„SPIDER-MAN: CAŁKIEM NOWY DZIEŃ” (Spider-Man: Brand New Day), USA 2026


Premiera kinowa: 31 lipca 2026

W tym tygodniu byłem w kinie na dwóch filmach, po których rozległy się gromkie oklaski: „Minionki i straszydła” – na koniec spontanicznie zaczęły bić brawo dzieci, oraz „Spider-Man: Całkiem nowy dzień” - tu film wzbudził aplauz fanów uniwersum Spider-Mana. Czy biłem brawo po obejrzeniu „Spider-Mana’? Nie. Czy film mi się zatem podobał? Zdecydowanie tak!

Po wymazaniu tożsamości Spider-Mana z pamięci Nowojorczyków, a zwłaszcza jego przyjaciół: Neda (Jason Batalon) i „MJ” (Zendaya), oraz po śmierci ciotki May, Peter Parker (Tom Holland) czuje się bardzo samotny. Na szczęście może wspomagać lokalną społeczność w walce z przestępczością. W mieście pojawia się potężny rywal, tajemnicza Jean Grey (Sadie Sink), która dzięki umiejętnościom takim, jak telekineza i telepatia, dostaje się do umysłów innych ludzi i zdobywa nad nimi kontrolę. Dziewczyna poszukuje swojej siostry Sary i nie ugnie się przed niczym, aby doprowadzić swój plan zemsty do końca. Spider-Man potrzebuje pomocy Punishera (John Bernthal) i Hulka (Mark Ruffalo).

Najnowsza odsłona przygód Spider-Mana jest naprawdę spektakularna. Byłem pod ogromnym wrażeniem efektów specjalnych, ale też umiejętności i sprawności Toma Hollanda jako Człowieka-Pająka. Scena na basenie z Czarną Wdową (zabawny epizod Florence Pugh) pokazuje też ewidentnie, jak dużo pracy włożył w wyrzeźbienie swojej sylwetki. Ten sympatyczny angielski aktor wnosi bardzo wiele do serii o Spider-Manie i chyba wyrasta na najlepszego odtwórcę tej kultowej roli. Ostatnio mógł pokazać się z nieco innej strony w „Odysei”. Czekam jednak na tradycyjny, współczesny dramat fabularny z Hollandem, najlepiej brytyjski – chciałbym zobaczyć, jak poradzi sobie w takiej roli. Bardzo dobrzy są też inni aktorzy – Bernthal i Ruffalo jako superbohaterowie, Batalon jako przyjaciel Petera. A Zendaya? No cóż, na pewno nie można jej odmówić wyjątkowej urody, ale mam duży problem z jej grą. I nie tylko w najnowszym „Spider-Manie”, ale też innych tegorocznych produkcjach: „Dramie” i „Odysei”. Może po prostu zazdroszczę jej, że jest piękna i młoda, i za chwilę pojawi się w trzeciej części „Diuny”?  Scenariusz filmu jest spójny i intrygujący, choć myślę, że film by zyskał, gdyby był 10-15 minut krótszy.

Bardzo podobała mi się muzyka w „Całkiem nowym dniu” – klasyczna orkiestrowa ścieżka dźwiękowa przeplata się z dobrymi współczesnymi piosenkami. Robi to całościowo bardzo dobre wrażenie.

Podsumowując, „Spider-Man: Całkiem nowy dzień” to ponad dwie godziny rozrywki na najwyższym poziomie, wspaniałe, ciekawe widowisko, które powinno się spodobać nie tylko fanom Człowieka-Pająka. Polecam.

Moja ocena: 8/10

poniedziałek, 10 sierpnia 2026

 

„SIRAT” (Sirat), Francja / Hiszpania 2025

Premiera kinowa: 20 września 2025


Dziś o filmie, który miał premierę jeszcze w ubiegłym roku, ale jest tak dobry i tak wstrząsający, że postanowiłem o nim napisać. Mowa o hiszpańsko-francuskiej produkcji „Sirat” w reżyserii Olivera Laxe’a. Obraz zdobył nominację do Oscara dla Filmu międzynarodowego (przegrał z „Wartością sentymentalną”). Czy słusznie? 

Luis (świetny, jak zawsze zresztą, hiszpański aktor Sergi Lopez) wraz ze swoim synkiem Estebanem i jego psem Pipą trafiają do Maroka w poszukiwaniu Mar, zaginionej córki Luisa, która przemierza świat, przemieszczając się od rave’u do rave’u. Rave’y to ogromne imprezy, zwykle nielegalne, organizowane na całym świecie w pustostanach i na odludziu, na których młodzi ludzie tańczą w rytm trance’owej muzyki, zazwyczaj po zażyciu narkotyków. Luis zdobył informację, że Mar może być w Maroku i w desperacji jej poszukuje. Ostatnim miejscem, gdzie dziewczyna może zostać odnaleziona, jest rave organizowany na pustyni, gdzieś przy granicy z Mauretanią. Luis wraz z Estebanem i psem Pipą decydują się dołączyć do rave’owców przemierzających Afrykę.

Zaczynają się dziać rzeczy, o których nigdy byśmy nawet nie pomyśleli, a wszystko to w pulsującym rytmie rave’owej muzyki.

Laxe nakręcił obraz, który zostaje z widzem na zawsze. Lopez tworzy doskonałą kreację zdesperowanego i zdeterminowanego ojca, który musi radzić sobie z najgorszymi i najcięższymi przeciwnościami losu. Świetne role tworzą także aktorzy grający uczestników rave’ów, którzy potem zostają przyjaciółmi Luisa i Estebana. Grający techno-nomadów naturszczycy w dużej mierze zapewniają jakość i prawdziwość filmu. Pozornie otwarte zakończenie wydaje się nie dawać żadnej nadziei, czy pocieszenia.

Film po prostu wbija w fotel, szokuje większością scen. Atakuje, potem stwarza pozory spokoju, by zaatakować z jeszcze większą furią. Będąca zwykle w filmach tłem muzyka, w „Siracie” staje się pełnoprawnym bohaterem, który nie tylko tworzy atmosferę, ale potrafi dyktować warunki.

Film jest wyjątkowy i wybitny, ale ostrzegam! Po jego obejrzeniu trudno jest dojść do porozumienia z rzeczywistością.

Moja ocena: 10/10

piątek, 31 lipca 2026

 

„TOY STORY 5” (Toy Story 5), Japonia / USA 2026


Premiera kinowa: 17 czerwca 2026

Uwielbiam oglądać mądre i dobrze zrealizowane kreskówki. Do tej kategorii na pewno można zaliczyć piątą odsłonę serii „Toy Story”, która właśnie bije rekordy popularności na całym świecie.

Nie sposób uwierzyć, że od dnia, kiedy na ekrany kin trafiła pierwsza część „Toy Story”, minęło już 30! lat. Nie do wiary! Każda część potrafi jednak rozbawić, nauczyć czegoś nowego i wzruszyć. Nie inaczej jest z częścią piątą.

Główną bohaterką „Toy Story 5” jest ośmioletnia Bonnie, sympatyczna introwertyczna dziewczynka, która uwielbia bawić się swoimi zabawkami. Jej zdecydowaną faworytką jest kowbojka Jessie, z którą tworzą niekończące się fantastyczne opowieści. Bonnie ma jednak bardzo duży problem, który nie pozwala jej się cieszyć pełnią swego dziecięctwa: brakuje jej przyjaciół.

Zabawki szybko ustalają przyczynę tego stanu rzeczy: rówieśnicy Bonnie nie bawią się już tradycyjnymi zabawkami. Do ich świata wkroczyła elektronika: telefony, tablety, media społecznościowe. Bonnie także dostaje dziecięcy tablet Lilypad. Dziewczynkę urzeka wirtualny świat urządzenia. Czy zabawki są świadome, że wraz z przybyciem do domu elektronicznego gadżetu same mogą na wieki trafić do lamusa?

„Toy Story 5” to świetna i mądra rozrywka, podejmująca niezwykle ważki i istotny temat: obecności zabawek i gier ekranowych w życiu dziecka. Obserwując zmiany, które zachodzą w życiu Bonnie, poznajemy pozytywy, ale przede wszystkim negatywne konsekwencje zabawy urządzeniami elektronicznymi, dostępu do social mediów i kreowania wirtualnej rzeczywistości. A wszystko to przedstawione jest w przyjazny, refleksyjny i nienachalny sposób.

„Toy Story 5” to jak zawsze wzruszająca i nostalgiczna podróż do świata zabawek. To uświadomienie sobie raz jeszcze konieczności zaakceptowania zmian i nieuniknionego procesu dorastania, ale też szkoła szacunku dla przeszłości i ikon naszego dzieciństwa. Czyż każdy z nas nie miał kiedyś ulubionej zabawki, z którą nigdy się nie rozstawał i być może ma ją w posiadaniu do dziś?

Śmiem stwierdzić, że „Toy Story” to jedna z najlepszych animowanych franczyz wszech czasów. Studio Disney-Pixar nigdy nie miało wpadki związanej z tą serią, a jej największą siłą jest to, że nadal potrafi wzruszać. Bardzo dobra część. Polecam wszystkim generacjom.

Moja ocena: 9/10

 

„O CZYM SOBIE NIE MÓWIMY” (Le cose non dette), Włochy 2026


Premiera kinowa: 17 lipca 2026

Kinematografia włoska z pewnością należy do najlepszych na świecie i od czasu do czasu produkuje prawdziwą, unikalną perłę. Myślę, że w tym roku taką perłą jest nowa produkcja Gabriele Muccino „O czym sobie nie mówimy”.

Elisa (Miriam Leone) i Carlo (Stefano Accorsi) wydają się być małżeństwem idealnym. Łączy ich intelektualne spojrzenie na świat, wysokie wyczucie estetyki, prawdziwa komunia dusz i wzajemna fascynacja. Jedynym problemem, który wkrada się do ich związku jest brak dziecka. Podobnie z pozoru udanym małżeństwem są też najbliżsi przyjaciele Elisy i Carla – neurotyczna Anna (Carolina Crescentini) oraz Paolo (Claudio Santamaria). Ta para ma córkę – Vittorię (Margherita Pantaleo). Co ciekawe, Elisa i Paolo doskonale się rozumieją i cenią czas spędzany wspólnie, ale to nie oni stają  się przyczyną kryzysu w obu związkach.

Carlo – wykładowca uniwersytecki – poznaje atrakcyjną i bezpruderyjną studentkę Blu (Beatrice Savignani). Czy wspólny wyjazd czwórki przyjaciół do pięknego egzotycznego Tangeru uzdrowi relacje między małżonkami?

Sytuacja wydaje się być banalna i typowo melodramatyczna, ale Muccino, czerpiąc inspirację z powieści „Siracusa” Delii Ephron, tworzy poruszający i świetnie przedstawiony obraz związku, który napotkał ogromne przeszkody. Accorsi jako Carlo błyskotliwie wciela się w postać mężczyzny kochającego dwie kobiety i kompletnie zagubionego w swoich uczuciach, a w kreacji tej nie ma nawet cienia kiczu czy wtórności. Reżyser w wyjątkowy sposób przedstawia relacje między bohaterami – pozornie idylliczną miłość Elisy i Carla, ale też drugi związek – Anny i Paola, który jest w fazie rozkładu. Przewrażliwiona kobieta nie radzi sobie z dorastaniem ukochanego dziecka, a mężczyzna nie jest już w stanie dłużej akceptować agresywnych ataków ze strony swojej żony.

Każda scena, każdy dialog w filmie są istotne dla rozwoju akcji i pełnego zrozumienia fabuły, a zakończenie – wprawdzie otwarte i dające widzowie pewne pole do interpretacji, nie pozostawia złudzeń i nadziei na dobrą przyszłość.

Film jest do bólu prawdziwy. Nie ma w nim nawet odrobiny tanich rozwiązań, czy kinowych klisz, choć z pewnością uniknięcie takowym w prezentowanym temacie wymagało nie lada wyczucia smaku i kreatywności twórców. Z pewnością pomogły piękne ujęcia w malowniczym marokańskim Tangerze oraz wybitne kreacje szóstki aktorów: Leone, Accorsi, Crescentini, Santamarii, Savignani, lecz także Pantaleo w roli nieco zdezorientowanego, choć też wysoce świadomego dziecka przeobrażającego się w nastolatkę.

Film wydaje się prezentować jeden z najciekawszych wizerunków mężczyzny  przeżywającego kryzys wieku średniego we współczesnym kinie. Postawa Carla, bezgranicznie zakochanego w dwóch pięknych kobietach, pozwala zrozumieć jego rozdarcie, co, naturalnie, nie oznacza, że należy tę postawę pochwalać.

„O czym sobie nie mówimy” ogląda się znakomicie – to pięknie sfotografowany i doskonale zagrany obraz tragedii, która rozgrywa się w dwóch rodzinach. Myślę, że zainteresuje naprawdę każdego, nie tylko wielbicieli włoskiej kinematografii. To jeden z najlepszych filmów, jakie obejrzałem dotychczas w tym roku.

Moja ocena: 9/10

niedziela, 26 lipca 2026

 

„ODYSEJA” (The Odyssey), USA / Wielka Brytania 2026

Premiera kinowa: 17 lipca 2026


Wreszcie obejrzałem „Odyseję” Christophera Nolana. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że Nolan to jeden z najważniejszych twórców współczesnego kina. Jak poradził sobie z filmową adaptacją nieprzekładalnego, mogłoby się wydawać, na język kina tekstu Homera?

Film rozpoczyna się w Itace, gdzie Telemach (Tom Holland) – dorosły już syn Odyseusza wraz ze swoją matką, Penelopą (bardzo przekonująca Anne Hathaway) oczekują powrotu ojca i męża z wojny trojańskiej, na którą wyruszył przed dwudziestu laty. Dzięki retrospekcjom dowiadujemy się , co wydarzyło się podczas wojny i dlaczego podróż Odyseusza (Matt Damon) trwa tak niezmiernie długo. Powrót do domu opóźnia spotkanie z cyklopem Polifemem – synem Posejdona, który z zemsty zsyła na Odysa i jego załogę największe sztormy na morzu, czarodziejką Kirke (znakomita rola Samanthy Morton), która zamienia przyjaciół Odysa w świnie, zejście do Hadesu – krainy umarłych, ataki potworów morskich, czy syren, które swoimi pieśniami chcą rzucić urok na podróżników. Odyseusz trafia wreszcie do nimfy Kalipso (urzekająco piękna – jak zawsze – Charlize Theron).

Film jest zrealizowany z ogromnym rozmachem. Sceny batalistyczne i marynistyczne wciskają w fotel, a akcja obrazu jest wartka i niezwykle absorbująca. Nolan z dużym wyczuciem znajduje balans między realizmem a mitologizacją treści filmu. Sceny mityczne, jak choćby wizyta na wyspie czarodziejki Kirke, czy zejście do Hadesu i rozmowa ze zmarłymi są przygotowane w sposób mistrzowski.

Recepcji filmu towarzyszy bardzo duże niezadowolenie wielu widzów (a także osób, które po zwiastunach w ramach protestu zdecydowały się nie oglądać filmu). Nolanowi zarzuca się mijanie się z prawdą historyczną i wiernością literackiemu pierwowzorowi, zbytnią poprawność polityczną (epizodyczną rolę Heleny Trojańskiej i jej siostry Klitajmestry gra czarnoskóra aktorka Lupita Nyong’o, zaś rolę żołnierza Sinona transpłciowy aktor Ellliot Page, znany choćby z „Incepcji” Nolana), zbytnie manipulowanie gatunkami (choćby wprowadzanie elementów uniwersów superbohaterów). Mnie te zarzuty nie przeszkadzają i nie są dla mnie przeszkodą w pełnej akceptacji filmu, bo „Odyseja” to dzieło wielkie, kompletne i przełomowe. Niezawodnie wierna adaptacja dzieła literackiego nie jest w praktyce możliwa, a każdy twórca ma prawo do swojej interpretacji, a my jako odbiorcy możemy tę interpretację przyjąć lub odrzucić. Ja przyjmuję „Odyseję” bez wahania. To widowisko, kinowy spektakl, trzy godziny śledzenia filmu, które mijają bez zmrużenia oka.

„Odyseja” to także plejada gwiazd: poza bardzo dobrymi głównymi rolami Damona (Odyseusz), Hathaway (Penelopa) i Hollanda (Telemach) należy choćby wspomnieć o Johnie Leguizamo, który tworzy zapadającą w pamięć postać Eumajosa – niedowidzącego sługi – to prawdziwy mistrz drugiego planu, który zasłynął choćby rolą Touleuse’a-Lutreca w filmie „Moulin Rouge”. Świetny jest Himesh Patel jako Eurylochos – wierny żołnierz Odysa, Robert Pattison jako Antinoos – jeden ze starających się o rękę Penelopy po zniknięciu Odyseusza, moje serce skradła też Samantha Morton – wybitna brytyjska aktorka – jako Kirke – jest na ekranie przez może pięć minut, a nie sposób wymazać z pamięci sceny, w których występuje. Nie przekonała mnie natomiast Zendaya jako Atena. Mam ogólnie problem z tą aktorką, w „Odysei” wydała mi się bezbarwna i nijaka.

Rozważania Odyseusza i Penelopy o wojnie trojańskiej to odważny i zdecydowany pacyfistyczny głos Nolana w sprawie pokoju i szacunku dla innych.

Przyznam, że nie znam całego tekstu Homera. W szkole czytaliśmy tylko fragmenty i nigdy nie sięgnąłem po arcydzielną całość, choć to jeden z najważniejszych tekstów kultury. Dlatego sugeruję przeczytanie streszczenia dzieła Homera, co pozwoli na łatwiejsze śledzenie fabuły i uporządkowanie najistotniejszych wątków.

Bardzo polecam „Odyseję” – nie jest to film idealny, ale to wielkie kino, warte uwagi, ceny biletu i spędzonego czasu. Polecam gorąco!

Moja ocena: 9/10

czwartek, 23 lipca 2026

 

„OBSESJA” (Obsesja), USA 2025


Premiera kinowa: 15 maja 2026

Jednym z największych tegorocznych przebojów kinowych jest niskobudżetowy horror „Obsesja” Curry’ego Barkera. Czy to film, na puncie którego warto mieć obsesję?

Bear (Michael Johnston) to spokojny, nieco wycofany chłopak, po uszy zakochany w koleżance Nikki (Inde Navarrette). Dziewczyna też chyba coś do niego czuje, ale brakuje sytuacji, momentu, miejsca, żeby o tych uczuciach porozmawiać lub je okazać. Nieśmiały Bear postanawia pomóc nieco losowi i kupuje dla dziewczyny prezent – magiczną zabawkę – Wierzbową Wróżkę. Zabawkę należy przełamać na pół i pomyśleć najskrytsze nawet życzenie, a na pewno się spełni. W roztargnieniu Bear zapomina wręczyć Nikki niespodziankę. Sam przełamuje Wierzbową Wróżkę i wypowiada życzenie: chce, aby Nikki bezgranicznie, wręcz obsesyjnie się w nim zakochała. I wtedy wszystko się zaczyna…

Bear i Nikki zamieszkują razem, a sytuacja wkrótce wymyka się spod kontroli – zaczynają dziać się rzeczy obsesyjne, nieprzewidywalne, niebezpieczne, nadprzyrodzone. Miłość zmienia się w osaczenie, zastraszenie, tytułową obsesję. A kiedy zadziałała magia, powrotu do normalności już nie ma…

Nie jestem wielkim fanem horrorów (choć coraz częściej je oglądam). „Obsesja” nie jest typowym przedstawicielem gatunku. Irracjonalne zachowania Nikki (Inde Navarette jest naprawdę dobra w tej roli, puszczają jej wszystkie hamulce, jest przerażająca) ogląda się z coraz większym dyskomfortem, graniczącym z obrzydzeniem. Bardzo dobry jest także Michael Johnston jako Bear – niepotrafiący poradzić sobie z przerastającą go sytuacją, do której sam doprowadził. Siłą filmu jest właśnie ta atypowość. Niby są w filmie elementy nadprzyrodzone, odrobina czarów i magii, ale to nie one są w obrazie najbardziej przerażające. W sercu filmu jest ukazana toksyczna relacja dwojga młodych ludzi – obydwoje są gotowi na wszystko, żeby zdobyć siebie – i to w filmie przeraża najbardziej. Czy można to traktować jako metaforę współczesnych często szkodliwych i krzywdzących interpersonalnych relacji między młodymi ludźmi, którzy nie wiedzą jak zainicjować i podtrzymywać związek?

Film jednak mnie nie przekonał. Myślę, że scenariusz jest skrojony pod młodszego widza – nastolatka, dwudziestokilkulatka. Doceniam pomysł twórców i dobre role młodych, nieopatrzonych jeszcze aktorów, ale nie wyszedłem z kina zachwycony tą produkcją, czy też przerażony wybranymi scenami. W ubiegłym roku miałem swoją fascynację „Zniknięciami”, rok wcześniej niesamowitą „Substancją”. W rym roku na mój ulubiony horror muszę jeszcze zaczekać.

Moja ocena: 6/10

niedziela, 12 lipca 2026

 

„ZAPROSZENIE”(The Invite), USA 2026

Premiera kinowa: 3 lipca 2026

Chyba nie ma obecnie na świecie filmu, o którym mówiłoby się więcej niż o najnowszym reżyserskim dziele Olivii Wilde „Zaproszenie”. Dominują zachwyty, są też opinie krytyczne. Czy Wilde zdołała mnie do siebie przekonać swoją najnowszą produkcją?

Angela (Olivia Wilde) i Joe (Seth Rogen) są małżeństwem ze sporym już stażem. I choć mają kochającą córeczkę, mieszkają w urokliwym mieszkaniu i wszystko układa się po ich myśli (no, może z wyjątkiem nieudanej muzycznej kariery Joe’go), ich małżeństwo przechodzi wyraźny kryzys. Nieomal wszystko prowokuje ich do sprzeczek, a już najbardziej para mieszkająca nad nimi, która nieznośnie głośno uprawia seks.

Nic dziwnego, że kiedy zmęczony Joe po powrocie z pracy dowiaduje się, że Angela zaprosiła na kolację parę z wyższego piętra, dostaje furii. Małżeństwo jednak przybywa: to piękna i pełna uroku Hiszpanka Pina (Penelope Cruz) oraz Hawk (Edward Norton). Podczas rozmowy wychodzą na jaw różne sekrety obu związków i pojawia się nieoczekiwana propozycja…

Film przypomina bardzo komedie Woody’ego Allena – najistotniejszą rolę w filmie pełnią dialogi – często zaskakujące, błyskotliwe, zabawne i wzruszające, ale niezwykle neurotyczne – sprawiło to, że film był mocno przegadany i nie oglądało się go komfortowo. Swego rodzaju alter ego Allena u Wilde jest Joe. I choć paradoksalnie bardzo cenię twórczość Allena, głównie z lat 70-90, w „Zaproszeniu” ta neurotyczna maniera mi przeszkadzała.

Film jest komedią, ale rozmowy obu par, ujawniające poważny kryzys związku Angeli i Joe’go, mają w sobie dużo dramatycznego ładunku emocjonalnego. Film uczy wiele o życiu i pozwala uzmysłowić sobie liczne błędy, które popełniamy w związkach.

Niewątpliwie ogromnym walorem filmu jest obsada. Trójka aktorów wypada znakomicie – moją ulubioną postacią jest Pina – Penelope Cruz wygląda, oczywiście, jak sto milionów dolarów i ponownie pokazuje, że jest wybitną aktorką. Także Edward Norton nie musiał mnie do siebie przekonywać jako powściągliwy Hawk. Ciekawą rolę komediowo-dramatyczną tworzy też Seth Rogen. Rozczarowaniem była dla mnie natomiast rola Olivii Wilde. To piękna i zdolna aktorka, która udowadnia, że ma też talent i oko reżyserki, ale jej rola Angeli jest nieudana – przerysowana, nieco karykaturalna, slapstickowa. Być może przerosło ją granie w reżyserowanym przez siebie filmie?

Film do końca mnie nie przekonał, zabrakło mi w nim oryginalności, jakiegoś nowego pomysłu. Filmów z cyklu „kompozycja na cztery ręce” było już w historii kina bardzo wiele i choć dostrzegam wiele pozytywów „Zaproszenia”, nie będzie to z pewnością obraz z czołówki moich ulubionych filmów AD 2026.

Niezłym smaczkiem było natomiast spotkanie z sąsiadami mieszkającymi piętro niżej podczas wychodzenia z kina – Małgorzata i Marcin wchodzili właśnie na kolejny seans „Zaproszenia”, Niestety, jak dotąd nic z tego nie wyniknęło if you know what I mean 😄.

Moja ocena: 7/10

niedziela, 21 czerwca 2026

 

„OJCZYZNA” (Fatherland) Polska / Niemcy / Francja / Włochy 2026


Premiera kinowa: 19 czerwca 2026

W kinach można obecnie obejrzeć najnowszy film bodaj najbardziej rozpoznawalnego współczesnego polskiego reżysera, Pawła Pawlikowskiego „Ojczyzna”.

Dość statyczna akcja filmu rozgrywa się w 1949 roku w podzielonej na konferencji w Poczdamie wschodniej i zachodniej części Niemiec. Obraz Pawlikowskiego jest urywkiem biografii Tomasza Manna (Hanns Zischler), jednego z najwybitniejszych niemieckich prozaików wszech czasów. Pisarz przybywa do Niemiec ze swoją córką Eriką (fenomenalna Sandra Huller) po wieloletniej emigracji do Stanów Zjednoczonych. W pewnym sensie film wpisuje się w konwencję kina drogi, gdyż Mann wraz z Eriką podróżują z Frankurtu do Weimaru – w obu miastach, które dzieli Żelazna Kurtyna pisarz ma odebrać Nagrodę Goethego. Pobyt Manna i Eriki w Europie zbiega się ze śmiercią syna Tomasza, Klausa (August Diehl), który popełnia samobójstwo w Cannes.

„Ojczyzna” to kino intelektualno-artystyczne. Słyszymy fragmenty prozy Manna, urywki jego przemówień, dysputy pisarza i jego córki, dotyczące przeszłości i przyszłości państwa niemieckiego. Pawlikowski w intrygujący sposób uwypukla różnice między strefą zachodnią a częścią z wpływami radzieckimi.

Artyzm filmu polega na jego monochromatycznym pięknie. Każda scena, bez wyjątku, sfotografowana jest przez wybitnego Łukasza Żala w sposób wyjątkowy, niezwykle estetyczny. Wydaje się, że artystyczne walory „Ojczyzny” przewyższają nawet kunszt zdjęć do „Idy” i ‘Zimnej wojny”. Film ogląda się z ogromnym smakiem.

Choć Zischler jako surowy, dystyngowany Mann, nawet fizycznie przypominający swojego bohatera, jest w filmie bardzo dobry, nieomal każdą scenę (może z wyjątkiem końcowego ujęcia koncertu w opuszczonym kościele) skrada mu Sandra Huller. To niewątpliwie jedna z najzdolniejszych, jeśli nie najwybitniejsza, współczesna europejska aktorka średniego pokolenia. Jej miny, gesty, słowa budują wyjątkową postać. Trudno powiedzieć, czy to kreacja pierwszo- czy drugoplanowa, ale jest to aktorstwo na najwyższym poziomie.

Przemiłym akcentem jest gościnny występ Joanny Kulig, która wciela się w postać piosenkarki na bankiecie z okazji przyznania nagrody pisarzowi.

Czy to zatem kino idealne? Otóż, nie. Mam wrażenie, że film nie angażuje widza emocjonalnie, jest surowy jak postać Tomasza Manna. Wprawdzie w obrazie pojawiają się sceny wzruszenia, czy poruszenia, ale nie są to chwile (może z dwoma wyjątkami) na długo zapadające w pamięć.

Moja opinia, będzie pewnie niepopularna, ale moim ulubionym filmem Pawlikowskiego pozostaje „Lato miłości” z 2004 roku z genialnymi rolami Emily Blunt i Natalie Press, bo to film, w którym aż kipi od emocji, a tego w kinie bardzo potrzebuję.

Moja ocena: 8/10 (głównie za walory artystyczne i niesamowitą rolę Huller)

niedziela, 14 czerwca 2026

 

„DZIEŃ OBJAWIENIA” (Disclosure Day), USA 2026


Premiera kinowa: 9 czerwca 2026

Steven Spielberg jest bez wątpienia jednym z najważniejszych reżyserów we współczesnym kinie. Na ekranach właśnie pojawiła się jego nowa produkcja – thriller science fiction „Dzień objawienia”. Czy Spielberg jest nadal w formie?

Reżyser sięgał już kilkukrotnie po tematykę science fiction, choćby w słynnym filmie „ET”, czy w „Bliskich spotkaniach trzeciego stopnia”. W „Dniu objawienia” świat stoi w obliczu III wojny światowej, a Stany Zjednoczone znajdują się w obliczu kryzysu po tym, jak pracownik instytutu naukowego Wardex, Daniel Kellner (przesympatyczny Josh O’Connor), wykrada wraz ze swoją dziewczyną Jane (Eve Hewson) ściśle poufne materiały dotyczące życia istot pozaziemskich na naszej planecie. Podczas ucieczki Jane i Daniel otrzymują pomoc od Hugo (Colman Domingo) i innych pracowników Wardexu, sprzeciwiających się dyktaturze i nielegalnym działaniom szefa instytutu, Noaha Snanlona (Colin Firth).

Daniel jest wybranym – od dzieciństwa wie o istnieniu pozaziemskich cywilizacji. Kolejną wybraną jest Margaret Fairchild (Emily Blunt), urocza pogodynka lokalnej stacji telewizyjnej w Kansas. Do czego doprowadzi spotkanie dwojga wybranych?

Film z jednej strony jest ciekawy i trzymający w napięciu, widoczne są jednak pewne luki i nieścisłości scenariuszowe. Dużym atutem jest doborowa, gwiazdorska obsada – para głównych aktorów – Blunt i O’Connor – wypada na ekranie znakomicie, niezwykłe są też zdjęcia autorstwa Polaka, Janusza Kamińskiego, stałego współpracownika Spielberga. Już w pierwszej scenie, gdzie obserwujemy walkę MMA, sposób filmowania walczących jest nowatorski. Na uznanie zasługuje także klasyczna filmowa ścieżka dźwiękowa – kolejne dzieło Johna Williamsa. A jednak film nie jest doskonały. Ogląda się go nieco jak obraz z lat 80-tych lub 90-tych – podobny jest sposób narracji, rozwój intrygi, ukazanie bohaterów. Czy to zarzut? Dla mnie nie, ale wielu wielbicieli kina chciałoby w 2026 roku zobaczyć w produkcji science fiction Spielberga coś bardziej innowacyjnego, niesamowitego, zapierającego dech w piersiach.

Moim zdaniem, „Dzień objawienia” to film przyzwoity, ale nie wybitny. Z pewnością nie przejdzie do historii kina o istotach pozaziemskich, tak jak się to udało takim produkcjom jak „E.T.”, „Kontakt”, „Interstellar”, „Nowy początek” (świetny i bardzo niedoceniony), czy wielki tegoroczny przebój „Projekt Hail Mary” z genialną rolą Ryana Goslinga. „Dzień objawienia” ogląda się dobrze, to film o potędze marzeń i wspomnień, o okrucieństwie ludzi wobec obcych, o tajemnicach, jakie kryje kosmos, ale też Ziemia. Ciekawe jest otwarte zakończenie, ale po filmie czuje się pewien niedosyt. Spielberg nie zadał sobie nawet trudu, by ukazać ufoludki w nowoczesny, bardziej kreatywny sposób.

Podsumowując, film można obejrzeć, ma wiele plusów, ale zdecydowanie nie przypadnie do gustu wszystkim widzom. Jest nieco zbyt pełen symboli i nawiązań. Mnie ujął jednak swoim sposobem realizacji, który kojarzy mi się z twórczością Spielberga z mojego dzieciństwa

Moja ocena:8/10

czwartek, 30 kwietnia 2026

 

„MICHAEL” (Michael), USA 2026

Premiera kinowa: 24 kwietnia 2026


Długo wyczekiwany biopic o Michaelu Jacksonie trafił wreszcie na ekrany kin, powodując oczekiwane rekordy w box-officie na całym świecie, ale też zalewając Internet falą, delikatnie mówiąc, niepochlebnych opinii. No cóż, większość zgodzi się, że Michael był jednym z największych artystów w historii, ale był też postacią niezwykle kontrowersyjną.

Kontrowersji w filmie nie znajdziemy i jeśli oczekujecie od projekcji, że dowiecie się o Królu Popu czegoś nowego, że otrzymacie pogłębiony rys psychologiczny artysty, że film rozwiąże zagadki i tajemnice związane z ekscentrycznym piosenkarzem, zostańcie w domu. Jeśli zaś czekacie na dwie godziny rozrywki z uproszczoną historią życia gwiazdy, z niesamowitą, niepowtarzalną muzyką, już teraz rezerwujcie bilety do kina.

Historia rozpoczyna się w 1966 roku w mieście Gary, w stanie Indiana, gdzie Joseph Jackson (w tej bardzo dobrej roli dwukrotnie nominowany do Oscara Colman Domingo) tworzy zespół muzyczny Jackson 5, w skład którego wchodzi piątka jego muzycznie uzdolnionych synów: Jermaine, Marlon, Jackie, Tito i najmłodszy Michael. Właśnie mały Michael – wokalista grupy – staje się największą osobowością rodzinnego zespołu. Dzięki determinacji ojca i jego dość niecodziennym metodom wychowawczym, chłopcy osiągają szczyty list przebojów. Fabuła przenosi nas następnie do przełomu lat 70-tych i 80-tych, kiedy Michael wydaje bestellerowy solowy album „Off the Wall”, co prowadzi do nagrania kolejnej płyty – zmieniającego świat muzyczny albumu „Thriller”, który jest do dziś najlepiej sprzedawaną płytą wszech czasów, choć od jej wydania minęło ponad 40 lat…

Film jest właściwie jednym wielkim kolorowym teledyskiem. Sceny muzyczne – fragmenty występów telewizyjnych, nagrań studyjnych, koncertów – są po prostu fenomenalne. Ogromna w tym zasługa aktorów wcielających się w rolę Michaela. Małego muzyka gra Juliano Valdi – jest znakomity i chyba trochę za mało się mówi o tej wybitnej dziecięcej roli. Michaelem starszym jest natomiast autentyczny bratanek Michaela, syn Jermaine’a – Jaafar Jackson. Od pierwszego pojawienia się aktora na ekranie uderza jego niezwykłe fizyczne podobieństwo do Michaela, do tego dochodzi uderzające podobieństwo w głosie, sposobie mówienia, zaś na scenie Jaafar po prostu staje się Michaelem.

W filmie jest wiele fantastycznych momentów – chciałbym wyróżnić kilka scen: kręcenie klipu do piosenek „Beat It” i „Thriller”, cudowny występ na koncercie Motown 25, gdzie Michael premierowo wykonał utwór „Billie Jean” i po raz zaprezentował moonwalk, wieńcząca film scena na stadionie Wembley oraz – paradoksalnie – moment wypadku podczas realizacji reklamy Pepsi.

A czy film jest idealny? Nie, daleko mu do perfekcji – dwie godziny ograniczają możliwość pokazania pełnej biografii gwiazdy, ale rzeczywiście mało dowiadujemy się o życiu wewnętrznym bohatera, a próby pokazania choćby rozterek Jacksona, zwłaszcza podczas zawodowego uniezależniania się od ojca i od wspólnej kariery z braćmi, są nieco niezręczne. W filmie jest wiele niedomówień, brakuje Janet, która nie zgodziła się, żeby jest postać pojawiła się w filmie, a przede wszystkim mankamentem jest brak ukazania jakichkolwiek wad bohatera – filmowy Michael jest nieskończenie dobry, wręcz idealny.

Podsumowując, „Michael” Antoine’a Fuqua nie jest arcydziełem, nie jest wielką biografią wielkiego muzyka, przypomina nieco wysokobudżetowy film telewizyjny. Talent grających w filmie aktorów, ciekawa historia i przede wszystkim fenomenalna muzyka i obraz czynią film ciekawym i godnym uwagi. Polecam, ale nie fanom encyklopedycznych biografii.

Moja ocena: 8/10

niedziela, 15 marca 2026

 

JUŻ DZIŚ OSCARY. A JAKIE SĄ MOJE TYPY?



Dziś noc Oscarów i choć w sieci można znaleźć mnóstwo wpisów, jakie to dziś nieistotne i niewiarygodne nagrody, nagradzające rzekomo beznadziejne, lewackie kino, pozwolę się z tym nie zgodzić i napiszę, że i tak wszyscy wielbiciele X Muzy czekają na tę noc, ten rok przyniósł wiele niezwykłych produkcji i wybitnych, niestereotypowych ról i coraz więcej w mediach społecznościowych typów i przewidywań. A do kogo, moim zdaniem, powędrują tegoroczne Nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej?

Skupię się jedynie na wybranych kategoriach, bo nie jestem znawcą kategorii technicznych, nie znam dokumentów i filmów krótkometrażowych, ale udało mi się – pierwszy raz od dawna – obejrzeć wszystkie nominowane filmy i wszystkie pierwszo- i drugoplanowe role. A oto moje typy:

FILM ROKU

Jedna bitwa po drugiej

Grzesznicy

Wielki Marty

Hamnet

Tajny agent

Frankenstein

Wartość sentymentalna

Sny o pociągach

Bugonia

F1

Pozwoliłem sobie ustawić filmy w kolejności mojej sympatii. Kiedy w kwietniu ubiegłego roku zobaczyłem „Grzeszników” – czarny horror wampiryczny Ryana Cooglera, zachwyciłem się filmem i wiedziałem, że oto pojawia się pierwszy Oscarowy kandydat. Nie pomyślałem jednak, że film otrzyma rekordowe 16 nominacji. Klimat, fantastyczna muzyka, niespodziewane zwroty akcji i znakomity zespół aktorski. W listopadzie pojawiła się jednak „Jedna bitwa po drugiej” wielbionego przeze mnie amerykańskiego reżysera Paula Thomasa Andersona – opowieść o grupie szalonych aktywistów – i temu obrazowi w tym roku kibicuję.

AKTOR PIERWSZOPLANOWY

Timothee Chalamet (Wielki Marty)

Leonardo DiCaprio (Jedna bitwa po drugiej)

Michael B. Jordan (Grzesznicy)

Ethan Hawke (Blue Moon)

Wagner Moura (Tajny agent)

Wszystkie role są bardzo dobre – i DiCaprio jako zwariowany aktywista, i Jordan – w podwójnej roli braci-bliźniaków – właścicieli zaatakowanej przez demony spelunki i Ethan Hawke w biograficznej roli jako Lorenz Hart – poeta i autor popularnych piosenek i libretta wielu amerykańskich musicali. Chyba najmniej przemówił do mnie Wagner Moura w brazylijskim „Tajnym agencie” – opowieści o reżimie lat 70-tych. Oscar w tym roku należy się Timothee Chalametowi jako bezkompromisowemu tenisiście stołowemu w produkcji „Wielki Marty”.

AKTORKA PIERWSZOPLANOWA

Jessie Buckley (Hamnet)

Rose Byrne (Kopnęłabym cię, gdybym mogła)

Emma Stone (Bugonia)

Renate Reinsve (Wartość sentymentalna)

Kate Hudson (Song Sung Blue)

Myślę, że tu pojedynek rozegra się między Jessie Buckley w roli żony Williama Shakespeare’a i matki ich umierającego dziecka w dramacie „Hamnet” a australijską aktorką Rose Byrne, która także tworzy niezwykły obraz matki niepełnosprawnej córeczki. To, co Byrne wyprawia w filmie, już przeszło do historii kina, ale jednak rola Jessie Buckley przemówiła do mnie bardziej emocjami i tematyką filmu i to za tę irlandzką aktorkę będę trzymał kciuki dzisiejszej nocy.

AKTOR DRUGOPLANOWY

Sean Penn (Jedna bitwa pod drugiej)

Stellan Starsgard (Wartość sentymentalna)

Benicio del Toro (Jedna bitwa pod drugiej)

Jakob Elordi (Frankenstein)

Delroy Lindo (Grzesznicy)

W tej kategorii nie mam żadnych wątpliwości. Penn stworzył jedną z najciekawszych ról drugoplanowych w historii kina. Czy też należysz do tych, którzy oglądając film przez pierwszą część projekcji zastanawiali się : Kto to jest i skąd oni wzięli takiego aktora?, a przez drugą: Czy to na pewno jest Sean Penn? Już samo to świadczy, że to wielka rola, choć każdy z panów ma duże szanse, bo piętach depcze Pennowi kolega z planu – del Toro, bardzo dużo i dobrze pisze się o Starsgardzie w „Wartości sentymentalnej”, bo to naprawdę dobra rola, a czarnym koniem (pun unintended) może okazać się zaskakująco nominowany Lindo w „Grzesznikach”. Ja stawiam na Seana Penna.

AKTORKA DRUGOPLANOWA

Amy Madigan (Zniknięcia)

Inga Ibsdotter Lilleaas (Wartość sentymentalna)

Teyana Taylor (Jedna bitwa pod drugiej)

Wunmi Mosaku (Grzesznicy)

Elle Fanning (Wartość sentymentalna)

Dziwi mnie trochę, kiedy na branżowych portalach czytam, że to w tym roku bardzo słabo obstawiona kategoria, bo dla mnie aktorki drugoplanowe są w tym sezonie wyjątkowo mocne. Kiedy w sierpniu ubiegłego roku napisałem w recenzji filmu „Zniknięcia”, że Amy Madigan jako charyzmatyczna i przerażająca ciotka Gladys jest najciekawszym elementem filmu i zasługuje na nominację do Oscara, spotkałem się z dość ostrą krytyką. A co to za rola? Co w niej jest takiego wyjątkowego? Nominacja do Oscara – to wykluczone. Potem przyszła nominacja do Złotego Globu, nagroda Critics’ Choice, nagroda Amerykańskiej Gildii Aktorów Filmowych i tylko Bafta – z wielkiej piątki nagród filmowych nie wyróżniła Madigan.  Aż wreszcie – ku niezadowoleniu wielu i mojej ogromnej radości i wzruszeniu – nadeszła oscarowa nominacja. Kocham ciotkę Gladys i dziś najmocniej trzymam kciuki (że aż mi kłykcie z bólu bieleją) właśnie za Amy Madigan. Wspaniałą rolę stworzyła też norweska aktorka Inga Ibsdotter Lilleaas w „Wartości sentymentalnej” – myślę, że przyćmiła swoją filmową pierwszoplanową siostrę Renate Reinsve, ale największymi konkurentkami Madigan są dwie ciemnoskóre aktorki: Taylor – za rewelacyjne 15 minut w „Jednej bitwie… „ oraz Mosaku za ciekawą, choć ośmielę się napisać niewybitną rolę w „Grzesznikach”. Kto wygra? Moim zdaniem, Amy Madigan, choć bardzo się boję, że spotka mnie rozczarowanie – podobnie jak w ubiegłym roku przy braku Oscara dla Demi Moore za „Substancję’.

REŻYSER ROKU

Paul Thomas Anderson (Jedna bitwa pod drugiej)

Ryan Coogler (Grzesznicy)

Joachim Trier (Wartość sentymentalna)

Josh Safdie (Wielki Marty)

Chloe Zhao (Hamnet)

Tu do wyścigu wystartowały dwa bardzo mocne charty: Anderson i Coogler. I „Jedna bitwa po drugiej”, i „Grzesznicy” to filmy znakomicie wyreżyserowane, ale moje serce jest po stronie Andersona – od lat cenię jego twórczość i to chyba jego rok i jego moment. Wygra Anderson.

NAJLEPSZY FILM MIĘDZYNARODOWY

Sirat

Tajny agent

Wartość sentymentalna

To był zwykły przypadek

Głos Hind Rajab

Pokuszę się jeszcze o przewidywanie w kategorii filmu międzynarodowego, bo udało mi się zobaczyć wszystkie filmy – i są to obrazy znakomite, nietuzinkowe, wyjątkowe. Bardzo chciałbym, by wygrał „Sitat” – opowieść o ojcu poszukującym córki-uciekinierki w Maroku podczas organizowanych tam rave’ów -  film tak poruszający i tak zaskakujący, że nie można go zapomnieć, ale chyba ma z tej piątki najmniejszy hype i najmniejsze szanse. Wygra prawdopodobnie „Tajny agent”, bo Brazylia ma bardzo dobry lobbying w Akademii i film jest świetny. Symboliczny byłby Oscar dla przejmującego „Głosu Hind Rajab”. A kogo wskaże Akademia?

Czekajmy zatem na tegoroczne Oscary, trzymając kciuki także za Polaków – Małgosię Turzańską za kostiumy w „Hamnecie” oraz Macieja Szczerbowskiego, nominowanego w kategorii Najlepszy krótkometrażowy film animowany za „The Girl Who Cried Pearls”.

Jedno jest pewne: to będzie bardzo interesujące rozdanie nagród.

wtorek, 24 lutego 2026

 

„WICHROWE WZGÓRZA” (Wuthering Heights), USA / Wielka Brytania 2026


Premiera kinowa: 13 lutego 2026

Już dawno tak wiele osób nie pytało mnie o opinię na temat danego filmu, a o „Wichrowe Wzgórza” był wręcz wysyp zapytań. Pora podzielić się obserwacjami na temat najnowszej adaptacji klasycznej powieści Emily Bronte w reżyserii Emerald Fennell.

Dla większości Brytyjczyków „Wichrowe Wzgórza” to Biblia, coś świętego, idealnego, romantycznego, coś, czego nie wolno zepsuć. Po premierze najnowszej adaptacji na całym świecie pojawiło się mnóstwo niezwykle negatywnych recenzji, opinii, uwag krytycznych. Nie do końca się z tym atakiem na film zgadzam. Dla mnie to także bardzo istotny tekst, bo pisałem pracę magisterską z elementów gotyckich w twórczości sióstr Bronte i z „Wichrowymi Wzgórzami” spędziłem cały ostatni rok studiów  Zachwyciła mnie adaptacja z Juliette Binoche i Ralphem Fiennesem z 1992 roku, ale tegorocznej produkcji absolutnie nie potępiam.

„Wuthering Heights” AD 2026 to całkowicie nowe i przez to nowatorskie odczytanie powieści. Film nie ma ambicji bycia wierną adaptacją, odtwarzającą realia epoki i wszystkie wątki doskonałego tekstu Emily Bronte. To film bardzo otwarty, chwilami zaskakujący, ale zrealizowany z rozmachem, z pięknymi aktorami, wyjątkową muzyką autorstwa Charlie XCX oraz cudownymi zdjęciami wyjątkowych plenerów.

A o co chodzi w historii?

Właściciel Wichrowych Wzgórz, Pan Earnshaw (okropna rola Martina Clunesa), z jednego ze swoich wojaży przywozi do swej posiadłości dziecko, małego chłopca (znany z brawurowej roli w „Dojrzewaniu” Owen Cooper). Córka Pana Earnshawa, śliczna Catherine (Charlotte Mellington) nazywa go Heathcliffem I traktuje jak brata. Chłopiec staje się kimś pośrednim między sługą a członkiem rodziny.

Mijają lata, dzieci dorastają i między Catherine (zjawiskowa Margot Robbie) a Heathcliffem (Jacob Elordi) rodzi się gorące, pełne żaru uczucie. Sytuację komplikuje pojawienie się w sąsiedztwie nowej bogatej rodziny – państwa Lintonów z młodym Edgarem (Shazad Latif) – znakomitą partią dla Catherine -  i jego podopieczną Izabelą (bardzo dobra rola Alison Oliver) oraz tajemnicze zniknięcie Heathcliffa…

Film jest spójny, intrygujący, przepięknie sfotografowany, zachwyca kostiumami (strój ślubny i pogrzebowy Cathy to mistrzostwo pracy kostiumologów), jest niezwykle ekspresyjny, zaskakuje barwami – od szarości Wichrowych Wzgórz przechodzi do przepychu kolorów Drozdowego Gniazda. A co do aktorów? O ile przekonuje mnie miłość i rozdarcie Margot Robbie jako Catherine (choć nie do końca tak wygląda moje wyobrażenie postaci na podstawie powieści – brakuje mi efemeryczności Cathy, jej delikatności i wrażliwości), to Jacob Elordi nie wypada przekonująco jako zakochany i miotany emocjami Heathcliff – wydaje mi się, że aktorowi brakuje jeszcze warsztatu i zawodowych możliwości, choć w „Frankensteinie” stworzył wyjątkową kreację. Ciekawie na ekranie wpada młody Owen Cooper i jeśli nie zrezygnuje z kariery aktorskiej, wróżę mu, że wkrótce zostanie jednym z najważniejszych brytyjskich aktorów młodego pokolenia

Niektórzy odsądzają film od czci i wiary, porównują „Wichrowe Wzgórza” do „Pięćdziesięciu twarzy Greya” – mam ogromne wątpliwości, czy to uprawnione porównanie. Mówi się o zbytnim wyuzdaniu obecnym w filmie, odejściu od książkowego pierwowzoru, o elementach kiczu obecnych w filmie – odpieram te ataki. Film nie jest wybitny, ale ogląda się go dobrze, czuć ducha powieści, a Emerald Fennell – znana z „Saltburn” i „Obiecującej. Młodej. Kobiety” -  ugruntowuje „Wichrowymi Wzgórzami” swoją pozycję ważnego kobiecego głosu we współczesnej kinematografii. Myślę, że film po prostu warto zobaczyć.

Moja ocena: 7/10

wtorek, 10 lutego 2026

 

„AVATAR: OGIEŃ I POPIÓŁ” (Avatar: Fire and Ash), USA 2025


Premiera kinowa: 19 grudnia 2025

Z dużym opóźnieniem obejrzałem w kinie trzecią odsłonę „Avatara” Jamesa Camerona. Po dwóch poprzednich częściach wiedziałem, że to nie moja bajka, nie moje uniwersum, nie moje kino, ale dałem filmowi szansę i … nie żałuję.

Film rozpoczyna się wspomnieniem tragicznej chwili, którą zakończyła się „Istota wody” – śmierci Neteyama. Ród Metkayina, który reprezentuje rodzina Jake’a Sully’ego (Sam Worthington) i Neytri (bardzo dobra Zoe Saldana) w obawie o własne bezpieczeństwo decyduje się odesłać swojego przybranego syna Pająka (znakomity Jack Champion) – chłopca – człowieka, syna okrutnego pułkownika Milesa Quaritcha (Stephen Lang), który – ich zdaniem – powinien wychowywać się wśród ludzi. Wędrówka do obozu prowadzi do nieoczekiwanych perypetii, zwłaszcza starcia z klanem Mangman i jego okrutną przywódczynią, fascynatką ognia Varang (fantastyczna rola Oony Chaplin, wnuczki samego Charlie’go Chaplina).

I to właśnie Pająk staje się centralną postacią filmu. Jego historia jest mocno wyeksponowana, a rola pozwala młodemu aktorowi na pokazanie talentu, niezwykłej sprawności fizycznej i prawdziwego zawodowego kunsztu.

Film ogląda się … świetnie. Efekty specjalne zapierają dech w piersiach, akcja jest wartka i obfituje w intrygujące wydarzenia, więc blisko trzy i pół godziny upływają dość szybko. Sceny batalistyczne są naprawdę fenomenalne. Piękna jest stworzona w obrazie natura, niezwykłe wieloryby, roślinność, ocean. W interesujący sposób ukazana jest symbioza bohaterów z przyrodą. I oczywiście najgorszą pokazaną w filmie istotą jest człowiek – bezwzględny i pozbawiony skrupułów niszczyciel, złoczyńca, zabójca.

„Avatar: Ogień i popiół” to prawdziwa plejada światowej sławy gwiazd, czasem wręcz trudno rozpoznać, że tak znani aktorzy pojawili się w produkcji: wspomniani już Sam Worthington i Zoe Saldana), ale także Kate Winslet, Sigourney Weaver (obie to mój TOP 10 najlepszych aktorek wszech czasów), Edie Falco, Brendan Cowell, czy David Thavlis. Moim avatarowym odkryciem z „Ognia i popiołu” są jednak Jake Champion jako Pająk oraz niesamowita Oona Chaplin jako Varang.

Tak jak pisałem na początku, seria „Avatar” to nie jest moje filmowe oczekiwanie, moja estetyka i moja wrażliwość, natomiast należy oddać Jamesowi Cameronowi i innym twórcom, że potrafią robić kino – filmy pełne rozmachu, o szybkiej akcji, niesamowitych rozwiązaniach technologicznych i umiejętności przyciągania przed ekrany milionów widzów. Niektórzy narzekają, że to trzecia identyczna odsłona. Nie mogę się zgodzić z taką opinią – owszem, bohaterowie i problemy pozostają te same, ale fabuła każdej części jest jednak różna i pozwolę sobie na stwierdzenie, że w przypadku części trzeciej – „Avatar: Ogień i popiół” chyba nawet lepsza niż w przypadku „Istoty wody”.

Moja ocena: 7/10

niedziela, 8 lutego 2026

 

„FATHER MOTHER SISTER BROTHER” (Father Mother Sioster Brother”, USA / Włochy / Francja / Irlandia / Niemcy 2025


Premiera kinowa: 16 stycznia 2026

Jim Jarmush ma opinię reżysera kultowego i każdy aktor chce zagrać w jego filmie, a każdy widz chce ten film zobaczyć. „Father Mother Sister Brother” nie ma najlepszych notowań, a to – moim zdaniem – film ważny i udany.

To właściwie zbiór trzech filmowych noweletek, które rozgrywają się w różnych miejscach, ale łączy je temat rodziny.

Na początku poznajemy rodzeństwo – Jeffa (Adam Sandler) i Emily (świetna Mayim Bialik) – Amerykanów, którzy po dłuższej przerwie postanawiają odwiedzić swojego Ojca (znakomity Tom Waits), który mieszka gdzieś na prowincji. Już rozmowa brata z siostrą w drodze do domu Ojca pokazuje dystans między nimi, a przybycie tam jeszcze ten dystans pogłębia i prowadzi do licznych niezręcznych, niewygodnych momentów.

Przenosimy się następnie do Londynu, gdzie Matka (wspaniała jak zawsze Charlotte Rampling) – szanowana i poczytna pisarka organizuje coroczne spotkanie dla swoich córek - Timothei (cudowna – też jak zawsze – Cate Blanchett) oraz Lilith (Vicky Krieps). Te pozornie tak bliskie sobie kobiety spotykają się jedynie rak do roku. Nie spędzają razem nawet Bożego Narodzenia i praktycznie nic o sobie nie wiedzą. Spotkanie jest sztuczne i pompatyczne.

I wreszcie trzecia nowelka Jarmusha – amerykańskie rodzeństwo: Skye (Indya Moore) i Billy (Luka Sabatt) spotykają się w mieszkaniu tragicznie zmarłych rodziców. Pozornie sobie bliscy, wśród niewielu ocalałych po matce i ojcu pamiątek odnajdują informacje, których nigdy nie posiadali, choć nie była to wiedza tajemna, ukrywana przed nimi. Są młodzi, piękni i nie do końca znają swoje korzenie i swoją tożsamość.

Film uwidacznia chwilami w ostry i bolesny sposób, jak specyficzne jest życie w XXI wieku, kiedy wartości rodzinne i bliskość między członkami rodziny przestały się liczyć. Umiejscowienie akcji filmu w różnych lokalizacjach podkreśla jedynie, że jest to problem globalny, który dotyka ludzi z różnych warstw społecznych i różnych grup wiekowych. Czasy się zmieniają, ale pewne wartości powinny pozostać niezmienne, nienaruszalne i Jarmush to widzi, czuje i pokazuje w najnowszym obrazie. Rodzina jest w kryzysie i o tym opowiada film.

Piękne są zdjęcia, piękni bohaterowie i czuć jest ducha amerykańskiego kina niezależnego i artyzm Jarmusha, choćby w nawracających scenach chłopców – skateboardzistów.

Jarmush jak zwykle zgromadził w filmie plejadę świetnych aktorów, także tych, z którymi uwielbia pracować.

Akcja filmu toczy się wolno, dialogi nie są bogate, ale film jest dobry, uczy wiele o współczesności, skłania do refleksji, jest bardzo estetyczny, dlatego z całą pewnością go polecam.

Moja ocena: 7/10