„TYLKO JEDNA NOC” (One night only), USA 2026
Premiera kinowa: 14 sierpnia 2026
Lubię sytuacje, kiedy idę do kina statystycznie – żeby po
prostu „zaliczyć” kolejną pozycję, a tu zdarza się niespodzianka i film jest zwyczajnie
udany. Tak było w przypadku nieoczywistej komedii romantycznej „Tylko jedna noc”
w reżyserii Willa Glucka.
Czy pamiętacie serię drastycznych i dramatycznych filmów
amerykańskich „Noc oczyszczenia”? Otóż, scenariusz „Tylko jednej nocy” zaczerpnął
jeden z motywów z tego cyklu. Jesteśmy we współczesnej Ameryce, ale jest to
kraj niezwykle purytański, dbający o moralność obywateli. Dlatego seks
przedmałżeński jest surowo wzbroniony, a zainstalowane w ciele mieszkańców
czujniki natychmiast wzywają stróżów prawa i strażników norm i wartości, jeśli
zakaz zostaje złamany.
Jest jednak jedna noc, ta jedna wyjątkowa noc, kiedy zakaz
nie obowiązuje. I właśnie ta noc i przygotowania do niej są przedstawiony w tym
zabawnym filmie.
Owen (Calum Turner) jest właścicielem sympatycznej pizzerii,
która tego dnia bije rekordy popularności – są w niej dziesiątki namiętnie
przytulający się do siebie ludzi w różnym wieku i różnej rasy, którzy czekają
na tę chwilę! Oczekuje jej też Owen, gdyż zamierza spędzić upojną, romantyczną
noc z wybranką swego serca – Malika (Maya Hawke – prywatnie córka Umy Thurman i
Ethana Hawke’a).
Do wielkiej zabawy przygotowuje się także śliczna Allie (Monica
Barbaro) – młoda piosenkarka, która nagrywa piosenki do reklam, a marzy o
prawdziwej karierze. Dziewczyna liczy na to, że tym razem los się do niej
uśmiechnie i spotka wymarzonego kandydata na swojego chłopaka.
Przewrotny los sprawia, że piękna Allie i przystojny Owen
spotykają się tej nocy kilkakrotnie, zwykle w przedziwnych i nieoczekiwanych okolicznościach.
Czy coś z tych spotkań wyniknie?
„Tylko jedna noc” to naprawdę
urocza i zabawna komedia, pełna komicznych gagów i ze świetną grą aktorską.
Nominowana do Oscara za rolę Joan Baez w filmie „Kompletnie nieznany” Monica
Barbaro jest bardzo przekonująca jako wrażliwa romantyczka, zaś Brytyjczyk
Calum Turner – jeden z mocnych kandydatów do roli Jamesa Bonda – sprawdza się zaskakująco
dobrze jako komediowy amant. Akcja płynie wartko. Walorem jest też bardzo
ciekawa, nowoczesna ścieżka dźwiękowa z dobrymi nagraniami.
Szedłem na film bez żadnego przekonania i oczekiwań,
wyszedłem z uśmiechem na ustach po blisko dwóch godzinach całkiem przyzwoitej
rozrywki. Nie jest to kino buntu i naporu, zmieniające współczesną kinematografię,
ale na tle amerykańskich komedii romantycznych ostatniego okresu wypada nad
wyraz dobrze. Odrobina utopii z dawką aktualnego realizmu daje ogólnie
zadowalający efekt. Polecam.
Moja ocena: 7/10
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz