"SPRINGSTEEN: OCAL MNIE OD NICOŚCI" (Springsteen: Deliver me from nowhere), USA 2025
Premiera kinowa: 24 października 2026
Jestem wielbicielem biografii muzycznych, czekam teraz z niecierpliwością
na film "Michael", nic zatem dziwnego, że na biografię Bossa -
Bruce'a Springsteena - pobiegłem z wielkimi oczekiwaniami. I nie rozczarowałem
się.
Kiedy Springsteen osiągnął wyżyny swojej sławy, nie byłem jego wielkim
fanem - był dla mnie - 10-latka zbyt rockowy, wolałem new wave, nowych
romantyków i gwiazdki synthpopowe. Sympatia i podziw dla Bossa nadeszły potem,
już w latach 90-tych, a piosenkę "Streets of Philadelphia" uważam za
jedną z najważniejszych w historii.
"Springsteen: Ocal mnie od nicości" nie jest typową biografią -
przekrojem przez pełne życie artysty - to jedynie wycinek, powiedzmy roku,
kiedy w 1982 Springsteen - wbrew obowiązującym trendom i rozwojowi swojej
kariery - nagrywa płytę "Nebraska". Artysta właśnie ma pierwszy hit
TOP 10 na liście amerykańskiego "Billboardu" - utwór Hungry
Heart" dociera do 5 miejsca, a macierzysta płyta dla tego singla -
"The River" osiąga sam szczyt listy przebojów. Bruce zaczyna być
rozpoznawalny, gra koncerty dla tłumów, wytwórnia naciska na nagranie i wydanie
optymistycznej, przebojowej płyty, czuje potencjał w nowej piosence "Born
in the USA", ale artysta, wbrew oczekiwaniom swoich przełożonych, porzuca
studio, zaszywa się w swoim domku w New Jersey i na czterościeżkowym
magnetofonie nagrywa kameralny, folkowy album "Nebraska".
Ten album to nie tylko dowód niezależności artysty, to przede wszystkim
zapis intymnego rozliczenia się z mrokami przeszłości, trudnym dzieciństwem,
które poznajemy w retrospekcjach, despotycznym ojcem (Stephen Graham), ale też
niepoukładanym życiem osobistym, rozdarciem między inicjowaniem światowej
kariery a pozostaniem artystą niszowym, gwiazdą dla swoich najważniejszych
fanów oraz - co zaskakuje - walką ze stanami depresyjnymi.
Wydaje się, że ktoś tak spełniony jak 30-letni Springsteen musi być
szczęśliwym człowiekiem, który robi to, co kocha. Okazuje się, że Boss coraz
głębiej zanurza się w depresyjnej otchłani.
Film jest zajmujący i poruszający. Grający główną rolę znany z serialu
"The Bear" Jeremy Allen White jest bardzo dobry - nie tylko
przypomina Springsteena fizycznie, świetnie wypada w scenach koncertowych, ale
przede wszystkim błyskotliwie gra, okazując swoje emocje i zagubienie. To
dobrze, że doceniono aktora nominacją do Złotego Globu, ale trochę żal, że
został pominięty podczas nominacji oscarowych. Drugą naprawdę niezłą rolę gra
Jeremy Strong - gwiazda ubiegłorocznego anty-Trumpowskiego "Wybrańca"
i serialu "Sukcesja" - jako Joe Landau, przyjaciel i manager
Springsteena. Chciałbym także wyróżnić Odessę Young jako Faye - uroczą
dziewczynę Bruce'a.
Film jest bardzo prawdziwy, realia wczesnych lat 80-tych są naturalnie
odtworzone i Scott Cooper - reżyser filmu - wykonał dużą i ważną pracę. Film
powinien spodobać się wiernym fanom Bruce'a Springsteena, ale także tym, którzy
znają zaledwie kilka najbardziej przebojowych piosenek, a chcą dowiedzieć się
czegoś nowego o Artyście. Polecam.
Moja ocena: 8/10