„WIELKI MARTY” (Marty Supreme), USA 2025
Premiera kinowa: 30 stycznia 2026
Czy możliwe jest nakręcenie biografii fikcyjnego tenisisty
stołowego, którą ogląda się z zapartym tchem przez 2,5 godziny, a film nawet na
chwilę nie wytraca tempa i poziomu adrenaliny u widzów? Sztuka ta bezbłędnie
udała się Joshowi Safdie’mu, którego „Wielki Marty” z tytułową rolą Timothee
Chalameta właśnie otrzymał 9 nominacji do Oscara i wkroczył śmiało na ekrany
polskich kin.
Marty Mauser to 23-letni amerykański pingpongista absolutnie
przekonany o swoim nadprzyrodzonym talencie. Sport, któremu się oddał, nie jest
popularny w jego ojczyźnie, dlatego porzuca pracę w salonie obuwniczym wuja i
udaje się na turniej do Wielkiej Brytanii. Choć przed wyjazdem udaje mu się zrobić
dziecko Rachel (boska rola Odessy A’zion), w Londynie poznaje aktorkę, Kay
Stone (Gwynyth Paltrow), z którą – mimo różniącego ich wieku – nawiązuje płomienny
romans. Marty jest rzeczywiście wybitnym tenisistą stołowym, ale okazuje się,
że są lepsi. Jego nemesis staje się Japończyk, Koto Endo (Koto Kawagutchi), z
którym stale rywalizuje w finałach i próbuje wygrać. Niemiłosiernie się przy
tym zadłuża, ma coraz więcej wrogów, ale się nie poddaje – jest waleczny,
bezczelny i uważa się za niezastąpionego.
Czy fabuła wydaje Ci się zbyt prosta? Otóż prawie każda scena
okraszona jest dodatkową perypetią, Marty cały czas spotyka niewłaściwych
ludzi, jak choćby właściciela zagubionego psa (świetna rola Abla Ferrary)
swojego zwariowanego przyjaciela, Wally’ego (zaskakująca rola Tylera the
Creator – przez cały film zastanawiałem się, czy to może być on), czy
biznesmana Miltona Rockwella (Kevin O’Leary), męża swojej kochanki, Kay.
Jaki jest Marty? Chalamet tworzy nietuzinkową postać, którą
się jednocześnie kocha i której się nienawidzi. Jest bezczelny, cały czas
pozostaje w ruchu, nie interesuje go, że niszczy życie wielu osób,
bezrefleksyjnie dostaje się do epicentrum dramatycznych wydarzeń, a mimo to nie
sposób go nie lubić – za jego niezłomność, błyskotliwość, opiekuńczość i
wrażliwość (scena po narodzinach dziecka naprawdę rozbraja). Myślę, że już w
marcu Chalamet odbierze za tę rolę Oscara.
Choć akcja filmu rozgrywa się w latach 50-tych, cały obraz –
choćby przez fenomenalną ścieżkę dźwiękową i sposób ukazywania rzeczywistości –
przywodzi raczej na myśl kinematografię lat 80-tych. Produkcja ma dużo z
estetyki tej dekady i to właśnie the Eighties były latami takich
spektakularnych karier, jakiej doświadczył Marty Mauser. W filmie można
usłyszeć świetne nagrania Alphaville, Petera Gabriela, New Order i The Korgis,
a klamrą spinającą są piosenki Tears For Fears – „Change” rozpoczyna projekcję,
a „Everybody wants to rule the world” kończy seans i kiedy nagranie rozbrzmiewa
w kinie, można naprawdę w uniesieniu opuścić przybytek X muzy.
Film jest, moim zdaniem, świetny – szalony, szybki, nieobliczalny,
nieprzewidywalny, pełen szoków, zaskoczeń, niesamowitych zwrotów akcji. Timothee
Chalamet gra zjawiskowo, choć irytuje i szarżuje przez cały czas. Świetna jest
też Odessa A’zion jako Rachel – aż dziw, że dziewczyna nie otrzymała za film
nominacji do Oscara
Lubię takie filmy – prawdziwy rollercoaster scen, postaci i
emocji. Czy Ty także polubisz „Wielkiego Marty’ego” i film Cię oszołomi?
Przekonaj się sam…
Moja ocena: 10/10