„MICHAEL” (Michael), USA 2026
Premiera kinowa: 24 kwietnia 2026
Długo wyczekiwany biopic o Michaelu Jacksonie trafił
wreszcie na ekrany kin, powodując oczekiwane rekordy w box-officie na całym
świecie, ale też zalewając Internet falą, delikatnie mówiąc, niepochlebnych
opinii. No cóż, większość zgodzi się, że Michael był jednym z największych
artystów w historii, ale był też postacią niezwykle kontrowersyjną.
Kontrowersji w filmie nie znajdziemy i jeśli oczekujecie od
projekcji, że dowiecie się o Królu Popu czegoś nowego, że otrzymacie pogłębiony
rys psychologiczny artysty, że film rozwiąże zagadki i tajemnice związane z
ekscentrycznym piosenkarzem, zostańcie w domu. Jeśli zaś czekacie na dwie
godziny rozrywki z uproszczoną historią życia gwiazdy, z niesamowitą,
niepowtarzalną muzyką, już teraz rezerwujcie bilety do kina.
Historia rozpoczyna się w 1966 roku w mieście Gary, w stanie
Indiana, gdzie Joseph Jackson (w tej bardzo dobrej roli dwukrotnie nominowany
do Oscara Colman Domingo) tworzy zespół muzyczny Jackson 5, w skład którego
wchodzi piątka jego muzycznie uzdolnionych synów: Jermaine, Marlon, Jackie,
Tito i najmłodszy Michael. Właśnie mały Michael – wokalista grupy – staje się
największą osobowością rodzinnego zespołu. Dzięki determinacji ojca i jego dość
niecodziennym metodom wychowawczym, chłopcy osiągają szczyty list przebojów. Fabuła
przenosi nas następnie do przełomu lat 70-tych i 80-tych, kiedy Michael wydaje
bestellerowy solowy album „Off the Wall”, co prowadzi do nagrania kolejnej
płyty – zmieniającego świat muzyczny albumu „Thriller”, który jest do dziś
najlepiej sprzedawaną płytą wszech czasów, choć od jej wydania minęło ponad 40
lat…
Film jest właściwie jednym wielkim kolorowym teledyskiem.
Sceny muzyczne – fragmenty występów telewizyjnych, nagrań studyjnych, koncertów
– są po prostu fenomenalne. Ogromna w tym zasługa aktorów wcielających się w
rolę Michaela. Małego muzyka gra Juliano Valdi – jest znakomity i chyba trochę
za mało się mówi o tej wybitnej dziecięcej roli. Michaelem starszym jest natomiast
autentyczny bratanek Michaela, syn Jermaine’a – Jaafar Jackson. Od pierwszego
pojawienia się aktora na ekranie uderza jego niezwykłe fizyczne podobieństwo do
Michaela, do tego dochodzi uderzające podobieństwo w głosie, sposobie mówienia,
zaś na scenie Jaafar po prostu staje się Michaelem.
W filmie jest wiele fantastycznych momentów – chciałbym wyróżnić
kilka scen: kręcenie klipu do piosenek „Beat It” i „Thriller”, cudowny występ
na koncercie Motown 25, gdzie Michael premierowo wykonał utwór „Billie Jean” i po
raz zaprezentował moonwalk, wieńcząca film scena na stadionie Wembley oraz –
paradoksalnie – moment wypadku podczas realizacji reklamy Pepsi.
A czy film jest idealny? Nie, daleko mu do perfekcji – dwie godziny
ograniczają możliwość pokazania pełnej biografii gwiazdy, ale rzeczywiście mało
dowiadujemy się o życiu wewnętrznym bohatera, a próby pokazania choćby rozterek
Jacksona, zwłaszcza podczas zawodowego uniezależniania się od ojca i od wspólnej
kariery z braćmi, są nieco niezręczne. W filmie jest wiele niedomówień, brakuje
Janet, która nie zgodziła się, żeby jest postać pojawiła się w filmie, a przede
wszystkim mankamentem jest brak ukazania jakichkolwiek wad bohatera – filmowy
Michael jest nieskończenie dobry, wręcz idealny.
Podsumowując, „Michael” Antoine’a Fuqua nie jest
arcydziełem, nie jest wielką biografią wielkiego muzyka, przypomina nieco
wysokobudżetowy film telewizyjny. Talent grających w filmie aktorów, ciekawa
historia i przede wszystkim fenomenalna muzyka i obraz czynią film ciekawym i
godnym uwagi. Polecam, ale nie fanom encyklopedycznych biografii.
Moja ocena: 8/10