niedziela, 4 października 2026

 

„LALKA”, Polska 2026

Premiera kinowa: 30 września 2026


Jestem już po seansie kinowej „Lalki” w reżyserii Macieja Kawalskiego i śpieszę podzielić się z czytelnikami Popkulturalnego Maniaka moją opinią na temat tej adaptacji.

Moje oczekiwania były ogromne – „Lalka” to moja ukochana powieść i częściowo z jej powodu wybrałem na studiach seminarium magisterskie z literatury realizmu i naturalizmu. Pozytywizm to moja epoka, Prus – to ulubiony pisarz (to właśnie Prus powinien otrzymać literacką Nagrodę Nobla, a nie Sienkiewicz). Pora przejść do meritum – otóż „Lalka” Kawalskiego to film poprawny, ani wyjątkowy zły, ani wybitnie dobry – po prostu poprawny.

Zacznę od pozytywów. Reżyser intrygująco wprowadza tematykę udziału Wokulskiego w wojnie bułgarskiej i przez cały film fantastycznie odtwarza realia epoki. Piękne są stroje, dekoracje, obraz 19-wiecznej Warszawy, wnętrza sklepu Wokulskiego i posiadłości arystokracji. Ciekawie zostaje poprowadzona fabuła, by dochować wierności powieści, a jednocześnie zmierzyć się z mnogością ważnych wątków z książki Prusa.

Zdecydowanie przekonała mnie do siebie Kamila Urzędowska jako Izabela Łęcka – jest lekko wyniosła, ma swoje zdanie, umiejętnie manipuluje, dobrze wygląda na ekranie. Marek Kondrat jest też dobrym Rzeckim, choć nie ma w sobie ciepła i melancholii Bronisława Pawlika z serialu. W ogóle „Lalka” Kawalskiego jest zdecydowanie bardziej filmem kobiet niż mężczyzn. Niesamowitą kreację jako pani Meliton tworzy Agata Kulesza. Każde jej pojawienie się na ekranie to nowe emocje, intrygi, ciekawostki. Cudowna jest Maja Komorowska jako Prezesowa Zasławska – monumentalna, dobra, wzruszająca. Podobała mi się także Karolina Gruszka jako Florentyna, Krystyna Janda jako Hrabina Joanna oraz Maria Dębska jako pełna energii i twardo stąpająca po ziemi Kazia Wąsowska. To dobrze, że scenarzyści wyeksponowali postaci Wąsowskiej, a zwłaszcza pani Melton – dodało to filmowi kolorytu i pazura. Co do panów – wyróżnię jeszcze Andrzeja Seweryna jako Tomasza Łęckiego, Dawida Ogrodnika jako Mraczewskiego - jednego z subiektów, Borysa  Szyca – Barona Krzeszowskiego oraz Filipa Pławiaka – Juliana Ochockiego.

Dobre jest inspirowane Prusem otwarte zakończenie i z pewnością wszystkim spodoba się ścieżka dźwiękowa.

Zaskoczenia? Pominięcie trzech istotnych dla całej powieści i dla mnie wątków i związanych z nimi postaci: Marianny-Magdalenki – dziewczyny złych obyczajów, którą Wokulski ratuje z Powiśla, postaci pani Heleny Stawskiej i jej córeczki oraz sprawy sądowej, a zatem istotnej kwestii związanej z tytułem powieści oraz nieobecność studentów, którzy tak bardzo wzbogacili serial z 1977 roku.

Negatywy i rozczarowania? Marcin Dorociński. Jako wielbiciel rankingów i list przebojów zastanawiałem się swego czasu, jaki jest mój ulubiony polski aktor i wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazywały właśnie na Dorocińskiego – aktora z klasą i nieograniczonymi możliwościami. Jako Wokulski, niestety, nie przypadł mi do gustu. Nie widziałem chemii między nim a Urzędowską jako Izabelą, a był w niej przecież bezgranicznie zakochany, dziwiła mnie mimika twarzy aktora podczas gry, miałem wrażenie, że ma trudność z wejściem w rolę Wokulskiego, a piszę to z ogromną przykrością. Drugi problem – nierówne tempo: obok scen szybkich, zwartych, wysoce emocjonalnych, pojawiały się chwile dłużyzn i przestojów, ale może tak miało być i reżyser nie chciał nas zabierać na filmowy rollercoaster.

Jedno wiem na pewno: chcę ten film zobaczyć raz jeszcze, mieć szansę jeszcze raz go przeżyć, dostrzec szczegóły, które mi umknęły, wejść w świat Prusowskiej Warszawy, poczuć klimat nowej „Lalki”.

Moja ocena: 7,5/10

środa, 30 września 2026

 

CZY POTRZEBNA NAM NOWA „LALKA”?

Dziś premiera nowej kinowej wersji „Lalki” na motywach powieści Bolesława Prusa w reżyserii Macieja Kawalskiego z Kamilą Urzędowską w roli Izabeli Łęckiej, Marcinem Dorocińskim wcielającym się w postać Stanisława Wokulskiego i Markiem Kondratem jako Ignacym Rzeckim, zaś od 16 września w Netflixie można oglądać serial „Lalka” wyreżyserowany przez Pawła Maślonę, który do swojej wersji zaangażował Sandrę Drzymalską (Łęcka), Tomasza Schuchardta (Łęcki) i Dariusza Chojnackiego (Rzecki).

Rodzi się pytanie: czy potrzebna nam nowa „Lalka” – kolejna adaptacja tej genialnej pozytywistycznej powieści. Po raz pierwszy na wielki ekran przeniósł „Lalkę” wyjątkowy reżyser – Wojciech Has – twórca choćby cenionego na całym świecie „Rękopisu znalezionego w Saragossie”. W wersji z 1968 roku główne role przypadły Beacie Tyszkiewicz jako Izabeli Łęckiej, Mariuszowi Dmochowskiego, który wcielił się w postać Stanisława Wokulskiego oraz Tadeuszowi Fijewskiemu , który zagrał Ignacego Rzeckiego. Film to wielki, choć mam wrażenie, że nieco trąci myszką – od jego premiery minęło już blisko 60 lat. Po dziewięciu latach na ekrany telewizyjne trafił 9-odcinkowy serial z Małgorzatą Braunek (Łęcka), Jerzym Kamasem (Wokulski) oraz Bronisławem Pawlikiem (Rzecki) – ta wersja to moja ukochana adaptacja.

A czy potrzebowaliśmy nowej ekranizacji? Zdecydowanie TAK. Na całym świecie pojawiają się wznowienia, reinterpretacje, nowe wersje, remaki klasycznych dzieł filmowych. Ten rok przyniósł nam chociażby uwspółcześnioną ekranizację „Wichrowych Wzgórz” w reżyserii Emerald Fennell z Margot Robbie i Jacobem Elordim, już za chwilę w kinach nowa adaptacja „Rozważnej i romantycznej” w reżyserii Georgii Oakley, choć może się wydawać, że fantastyczna wersja Anga Lee z 1996 roku z Emmą Thompson i Kate Winslet jest nie do zastąpienia. Trwa produkcja nowej wersji serialu „Noce i dnie” według powieści Marii Dąbrowskiej – tu będzie też dużo emocji i kontrowersji. Czy Jaśmina Polak i Tomasz Schuchardt zdołają przyćmić role Jadwigi Barańskiej i Jerzego Bińczyckiego?

Zarówno film Hasa, jak cudowny i niezapomniany serial Ryszarda Bera, powstały przed pięćdziesięciu laty. To długo, nawet dla tak klasycznej pozycji, jak „Lalka” Prusa. Znakomicie pamiętam serial, nie mogę natomiast pamiętać – i znam je jedynie z przekazu – ogólnopolskich dyskusji o złym doborze aktorów przed premierą – jak to: Braunek ma być piękną, eteryczną arystokratką? Kamas – przecież to drewniany aktor bez emocji! A Pawlik – ten powinien zostać w telewizji z Misiem z okienka i ewentualnie grać epizody zabawnych grubasków w komediach. Okazało się jednak, że ta trójka aktorów stworzyła wyjątkowe, zapadające w pamięć kreacje i dla dwóch, a może i trzech pokoleń Łęcka miała twarz Małgorzaty Braunek, Kamas okazał się niezastąpionym Wokulskim, a rola Pawlika przeszła do historii jako wybitna. Serial jest nadal oglądany i podziwiany – to błyskotliwa i bardzo wierna adaptacja.

A jaka będzie „Lalka” AD 2026? Serial Netlixa już hula w sieci i wzbudza niezwykle emocje, polaryzując społeczeństwo. Nie oglądałem serialu i w najbliższym czasie tego nie zrobię – nie zraziłem się wieloma negatywnymi opiniami, zbyt cenię Pawła Maślonę, by odpuścić sobie ten serial, ale obecnie nie pozwala mi na to brak czasu. A film Macieja Kawalskiego zobaczę już w najbliższy weekend – moje oczekiwania są ogromne, bo „Lalka” to – moim zdaniem – najlepsza znana mi powieść napisana w języku polskim, a być może nawet najlepsza powieść mojego życia.

A czy potrzebowaliśmy dwóch adaptacji w tym samym czasie? To już nieco kontrowersyjna decyzja i wydaje mi się, że warto było skupić się na jednej wersji, a w tym czasie zająć się ekranizacją jakiegoś innego ważnego utworu literackiego.

Pozwólmy artystom eksperymentować, odczytywać dzieła literackie i filmowe na nowo, pokazywać klasyczną rzeczywistość przez pryzmat 21-go wieku. Nowe technologie, nowi aktorzy, nowe możliwości kin – niech się dzieje, niech powstają nowe adaptacje, a my je krytycznym okiem oglądajmy.

Recenzja kinowej "Lalki" już niebawem.

poniedziałek, 31 sierpnia 2026

 

„GORZKIE ŚWIĘTA” (Amarga Navidad), Hiszpania 2026


Premiera kinowa: 28 sierpnia 2026

Po anglojęzycznym „W pokoju obok” z Julianne Moore i Tildą Swinton Pedro Almodovar – jeden z moich ulubionych europejskich reżyserów – powraca do kina hiszpańskiego. Czy z dobrym rezultatem?

Tytułowe „Gorzkie święta” to tytuł scenariusza filmu, który tworzy Raul (Leonardo Sbaraglia) – główny bohater filmu. Wspomaga go jego asystentka Monica (Aitana Sanchez-Gijon). Postępy pracy pisarza obserwujemy na bieżąco w postaci wizualizacji postaci ze scenariusza.

Elsa (Barbara Lennie) także tworzy scenariusz do swojego filmu. Cierpi na potworne ataki migreny, podczas których wspiera ją Bonifacio (Patrick Criado). W życiu Elsy pojawia się także jej przyjaciółka – piękna Natalia (Milena Smit), która po utracie dziecka zmaga się z depresją. Sama pisarka ma także poważne problemy z doświadczeniem żałoby po śmierci matki.

Monika – asystentka Raula – reaguje bardzo nerwowo i emocjonalnie, kiedy w nowym scenariuszu dostrzega liczne problemy i sytuacje ze swojego życia prywatnego. Do czego doprowadzi konfrontacja z pisarzem?

Film ma strukturę nielinearną. Oba przedstawione światy wzajemnie się przenikają. Często cofamy się w czasie – retrospekcje znacznie przybliżają widzowi fabułę. Film jest ciekawy, ale bardzo specyficzny. Życie Raula miesza się z tworzoną przez niego fikcją, a otwarty, tworzący wrażenie niedokończonego, finał obu historii zaskakuje i wprowadza widza w konsternację. Aktorzy są znakomici i – jak zwykle u Almodovara – każda scena to teatr barw, precyzyjnie dopracowany każdy szczegół scenografii i intrygująca muzyka. Powstaje pytanie: jak wiele w filmie jest samego Almodovara i jego życia? Czy Raul nieoczekiwanie kończy w swój scenariusz świadomie, czy przeżywa kolejny twórczy blok? Czy więcej Almodovara jest w postaci Raula czy Elsy?

„Gorzkie święta” nie są złym filmem, ale daleko temu obrazowi do perfekcyjnych mini-dziełek, do których przyzwyczaił nas reżyser. Choć film prawdziwie absorbuje, wyżej oceniłem jednak „W pokoju obok” – poprzednią produkcję Almodovara. Wielbiciele kina hiszpańskiego powinni jednak „Gorzkie święta” koniecznie zobaczyć.

Moja ocena: 7/10

sobota, 22 sierpnia 2026

 
„REQUIEM DLA SNU” (Requiem for a Dream), USA 2000


Premiera kinowa: 16 marca 2001, wznowienie kinowe: 24 lipca 2026

Film „Requiem dla snu” Darrena Aronosky’ego miał swoją premierę 25 lat temu. Pamiętam, że wtedy prawdziwie wstrząsnął moim dużo młodszym jestestwem. W związku z rocznicą odrestaurowany film wrócił na ekrany i postanowiłem zobaczyć obraz ponownie, z nieco innej perspektywy i z zupełnie innymi doświadczeniami życiowymi i kulturowymi.

Film jest historią trojga związanych ze sobą ludzi: Sary (wyśmienita Ellen Burstyn) – starszej już kobiety, która spędza większość czasu przed telewizorem, jej syna Harry’ego (błyskotliwy Jared Leto) – narkomana i dilera oraz Marion (niezwykła Jennifer Connelly) – jego dziewczyny, także ofiary nałogu narkotykowego. Początkowo nic nie zapowiada katastrofy, wszystko wskazuje na to, że Harry i Marion kontrolują swój nałóg i większym problemem i niebezpieczeństwem jest zaangażowanie się Harry’ego w handel narkotykami, w którym wspiera go przyjaciel – Tyrone (Marlon Wayans). Szybko jednak okazuje się, że życie Marion, Harry’ego i Tyrone’a to równia pochyła. Sceny, w których piękna Marion sprzedaje swoje ciało, by zdobyć pieniądze na narkotyki, porażają.

Historia Sary – normalnej amerykańskiej kobiety – jest równie dramatyczna. Otrzymuje telefon z telewizji, który zaprasza ją do udziału w ulubionym teleturnieju. Chociaż to najprawdopodobniej scam, Sara postanawia jak najlepiej wypaść w ukochanym programie. Dlatego decyduje się na terapię odchudzającą. Pod wpływem zażywanych leków szybko traci kontakt z rzeczywistością. Szokująca jest scena, kiedy sąsiadki-przyjaciółki odwiedzają Sarę w szpitalu.

Aronofsky tworzy film w bardzo specyficzny i nowatorski wówczas sposób. Wiele scen przypomina raczej video clipy niż film fabularny. Tempo obrazu jest bardzo szybkie, pojawiają się sceny stroboskopowe. W ten sposób reżyser ukazuje świat halucynacji i całkowitego odrealnienia, w który coraz głębiej popadają wszyscy bohaterowie.

Trzy kreacje aktorskie, które widzimy w filmie, są wybitne, a każda z gwiazd posiada w swoim dorobku Oscara, jednak nie za „Requiem dla snu”. Zacznijmy od Ellen Burstyn – najbardziej uznanej aktorki w filmie, dla której nominacja do Oscara za „Requiem dla snu” była już szóstą w karierze. Posiadała już nagrodę za rzeczywiście świetną rolę w filmie „Alicja już tu nie mieszka” z 1975 roku. Rola, którą tworzy u Aronofsky’ego, to – moim zdaniem – jedna z najwybitniejszych kreacji kobiecych tego wieku. Burstyn jako uzależniona od leków matka narkomana jest fenomenalna, zachwyca każdą sceną, przechodzi na ekranie niesamowitą metamorfozę. Jest genialna. Musiała jednak uznać wyższość Julii Roberts, która wówczas odebrała Oscara dla najlepszej aktorki w filmie „Erin Brockovich”. Obiema rolami byłem zachwycony, lecz dziś po ponownym seansie „Requiem dla snu”, przyznałbym palmę pierwszeństwa Ellen Burstyn.

Pora na Jareda Leto – aktorskiego kameleona i geniusza. Pierwszy raz zobaczyłem Leto w filmie „Ostatnie takie lato” (The Last of the High Kings) w 1996 roku i pomyślałem sobie – „O kurczę, ten chłopak dostanie kiedyś Oscara”. Pierwsza okazja pojawiła się właśnie przy okazji „Requiem dla snu”, ale Leto za rolę uwikłanego w dilowanie narkomana – nie otrzymał nawet nominacji. Pierwsza nominacja i Oscar przyszły dopiero w 2014 roku za rolę umierającego na AIDS transwestyty w filmie „Witaj w klubie”. Leto był tu genialny, ale czy rola w „Requiem dla snu” była słabsza?

I wreszcie – piękna i utalentowana Jennifer Connelly. W filmie Aronofsky’go tworzy bardzo trudną rolę, pewne sceny z jej udziałem są na granicy dobrego smaku. Nie dostaje nominacji, ale otrzymuje ją wraz z Oscarem rok później za „Piękny umysł”. Upieram się, że w „Requiem dla snu” stworzyła lepszą i bardziej wymagającą rolę drugoplanową.

Film jest bardzo dobry, ząb czasu w ogóle go nie nadgryzł, nadal przeraża swoim przesłaniem i trzema wielkimi rolami. Bardzo ten film polecam. Jest po prostu świetny.

Moja ocena: 9/10

czwartek, 20 sierpnia 2026

 

AVNI DOSHI „GORZKI CUKIER” (Burnt Sugar), Wydawnictwo w.a.b. 2023


Poruszająca historia relacji dwóch hinduskich kobiet – cierpiącej na chorobę Alzheimera matki i jej córki – piękna powieść amerykańsko-hinduskiej pisarki Avni Doshi „Gorzki cukier” – jedna z pretendentek do tytułu mojej książki roku.

Antara jest artystka, żyje szczęśliwie u boku męża Dilipa, zaczyna myśleć o dziecku. Realizuje też artystyczny projekt swojego życia – każdego dnia roku maluje nową wersję portretu mężczyzny z pewnego zdjęcia. Spokój jej życia zakłóca wiadomość o chorobie matki – Tary, która w postępującym tempie traci pamięć i powoli zaczyna stanowić zagrożenie dla siebie i bliskich.

Konieczność nawiązania bliższych relacji z matką jest dla Antary impulsem do retrospektywnej podróży w przeszłość i analizy trudnego związku matki z córką. Szokują fragmenty, w których Antara wspomina swoje dzieciństwo, częściowo spędzone w aśramie – swego rodzaju komunie, gdzie matka została jedną z kochanek guru, czy też rozdział poświęcony wysłaniu dziewczynki na rok do prywatnej szkoły religijnej.

Kim jest tajemniczy mężczyzna ze zdjęcia, które stało się dla Antary inspiracją do stworzenia cyklu codziennych portretów? Skąd agresywna reakcja Tary na zdjęcie i artystyczny cykl prac jej córki?

Książka w niezwykle intrygujący sposób ukazuje relacje matka – dorosłe dziecko w kulturze hinduskiej, podkreśla, że problem opieki nad dorosłym rodzicem jest interkulturowy i nie zależy od miejsca, rasy, czy religii. Bardzo ciekawa jest też reakcja Antary na własne macierzyństwo, które w dużym stopniu zmienia jej postrzeganie świata.

Avni Doshi jest ostra i zdecydowana w swoich opisach i opiniach, świetnie posługuje się językiem, błyskotliwie przybliża kulturę Indii i współczesne problemy kraju. Książka zasłużenie znalazła się wśród finalistek mojej ulubionej nagrody literackiej Booker Prize, choć przegrała z powieścią Douglasa Stewarta „Shuggie Bain”.

Książkę czyta się bardzo dobrze, między innymi dzięki znakomitemu przekładowi Agnieszki Wilgi, choć jest to lektura trudna, wymagająca, poruszająca skomplikowane i intymne sfery życia. Gorąco polecam powieść Gorzki cukier”, bo to dobrej jakości literatura o zajmującej treści.

Moja ocena: 8/10

środa, 19 sierpnia 2026

 

„TYLKO JEDNA NOC” (One night only), USA 2026

Premiera kinowa: 14 sierpnia 2026


Lubię sytuacje, kiedy idę do kina statystycznie – żeby po prostu „zaliczyć” kolejną pozycję, a tu zdarza się niespodzianka i film jest zwyczajnie udany. Tak było w przypadku nieoczywistej komedii romantycznej „Tylko jedna noc” w reżyserii Willa Glucka.

Czy pamiętacie serię drastycznych i dramatycznych filmów amerykańskich „Noc oczyszczenia”? Otóż, scenariusz „Tylko jednej nocy” zaczerpnął jeden z motywów z tego cyklu. Jesteśmy we współczesnej Ameryce, ale jest to kraj niezwykle purytański, dbający o moralność obywateli. Dlatego seks przedmałżeński jest surowo wzbroniony, a zainstalowane w ciele mieszkańców czujniki natychmiast wzywają stróżów prawa i strażników norm i wartości, jeśli zakaz zostaje złamany.

Jest jednak jedna noc, ta jedna wyjątkowa noc, kiedy zakaz nie obowiązuje. I właśnie ta noc i przygotowania do niej są przedstawiony w tym zabawnym filmie.

Owen (Calum Turner) jest właścicielem sympatycznej pizzerii, która tego dnia bije rekordy popularności – są w niej dziesiątki namiętnie przytulający się do siebie ludzi w różnym wieku i różnej rasy, którzy czekają na tę chwilę! Oczekuje jej też Owen, gdyż zamierza spędzić upojną, romantyczną noc z wybranką swego serca – Malika (Maya Hawke – prywatnie córka Umy Thurman i Ethana Hawke’a).

Do wielkiej zabawy przygotowuje się także śliczna Allie (Monica Barbaro) – młoda piosenkarka, która nagrywa piosenki do reklam, a marzy o prawdziwej karierze. Dziewczyna liczy na to, że tym razem los się do niej uśmiechnie i spotka wymarzonego kandydata na swojego chłopaka.

Przewrotny los sprawia, że piękna Allie i przystojny Owen spotykają się tej nocy kilkakrotnie, zwykle w przedziwnych i nieoczekiwanych okolicznościach. Czy coś z tych spotkań wyniknie?

 „Tylko jedna noc” to naprawdę urocza i zabawna komedia, pełna komicznych gagów i ze świetną grą aktorską. Nominowana do Oscara za rolę Joan Baez w filmie „Kompletnie nieznany” Monica Barbaro jest bardzo przekonująca jako wrażliwa romantyczka, zaś Brytyjczyk Calum Turner – jeden z mocnych kandydatów do roli Jamesa Bonda – sprawdza się zaskakująco dobrze jako komediowy amant. Akcja płynie wartko. Walorem jest też bardzo ciekawa, nowoczesna ścieżka dźwiękowa z dobrymi nagraniami.

Szedłem na film bez żadnego przekonania i oczekiwań, wyszedłem z uśmiechem na ustach po blisko dwóch godzinach całkiem przyzwoitej rozrywki. Nie jest to kino buntu i naporu, zmieniające współczesną kinematografię, ale na tle amerykańskich komedii romantycznych ostatniego okresu wypada nad wyraz dobrze. Odrobina utopii z dawką aktualnego realizmu daje ogólnie zadowalający efekt. Polecam.

Moja ocena: 7/10

niedziela, 16 sierpnia 2026

 

„WARTOŚĆ SENTYMENTALNA” (Affeksjonsverdi) Dania / Francja / Niemcy / Norwegia / Szwecja / Turcja / Wielka Brytania 2025

Premiera kinowa: 27 lutego 2026 


Niedawno pisałem o filmie, który – moim zdaniem – powinien był zostać oscarowym zwycięzcą w kategorii Film międzynarodowy („Sirat”), dziś o filmie, który tę  nagrodę otrzymał. Mowa o bardzo dobrym obrazie norweskiego reżysera Joachima Triera „Wartość sentymentalna”.

„Wartość sentymentalna” to obraz typowej – nietypowej norweskiej rodziny. Po śmierci matki w domu rodzinnym spotykają się dwie siostry: Nora (Renate Reinsve) – uznana aktorka, która od lat walczy o stabilizację swojego życia osobistego, kobieta bardzo emocjonalna, nieprzewidywalna, ale też zagubiona i słaba w swojej potencjalnej sile oraz Agnes (błyskotliwa Inga Ibsdotter Lilleaas) -  introwertyczna, ale o wiele bardziej uczuciowa od słynnej siostry mama kilkuletniego chłopca. Jest też ojciec – światowej sławy reżyser, który dawno odszedł od matki, zblazowany, zgnuśniały, przekonany o swojej wielkości i nieomylności – Gustav (bardzo dobra rola Stellana Skerskarda).

Przedstawiona w filmie rodzina Borgów to obraz krzywd bez zadośćuczynienia, traum, które nie zostały przepracowane, ran, które nigdy się nie zabliźniły. A wszystko to na tle filmu o rodzinie, który za wszelką cenę chce wyreżyserować Gustav Borg. Kiedy Nora odrzuca główną rolę, na planie pojawia się młoda amerykańska gwiazdeczka – Rachel (naprawdę dobra Elle Fanning, to chyba jak dotąd rola jej życia), zafascynowana postacią reżysera i nieco w nim zadurzona, która samoświadomie nie jest w stanie poradzić sobie z wymogami trudnej roli.  

Z biegiem filmu dowiadujemy się coraz więcej o przeszłości rodziny, o przyczynach panującego w niej chłodu, o konfliktach, o wydarzeniach, które na zawsze zmieniły rodzinę Borgów.

Film jest skandynawsko chłodny, pełen emocji, które trzymane są jednak za uwięzi, ogląda się go bez komfortu, ale jest bardzo dobry. Niezwykle ciekawą kreację tworzy Renate Reinsve, która obok Sandry Huller, wyrasta na najważniejszą współczesną aktorkę europejską. Dobry jest też Skerskard, choć po zachwytach recenzentów spodziewałem się, że ta rola będzie jeszcze wyrazistsza i historycznie wyjątkowo. Bardzo doceniam rolę Elle Fanning, ale film – moim zdaniem – kradnie Inga Ibsdotter Lilleaas jako młodsza siostra. W każdej scenie, w której się pojawia, nie sposób oderwać od niej wzroku, gra oszczędnie, prosto, jest rewelacyjna. Film doczekał się aż czterech aktorskich nominacji oscarowych, choć żaden z aktorów grających w „Wartości sentymentalnej” nagrody nie otrzymał, gdyby to ode mnie zależało, wyróżniłbym Ingę Ibsdotter Lilleaas.

Joachim Trier, który namieszał już w światku filmowym swoim wcześniejszym filmem „Najgorszy człowiek na świecie”, nawiązuje w „Wartości sentymentalnej” do najlepszych wzorców kina skandynawskiego, filmów Ingmara Bergmana, ale też francuskiej Nowej Fali. To reżyser, którego twórczość warto obserwować.

Tegoroczna oscarowa kategoria Film międzynarodowy była bardzo silna. „Wartość sentymentalna” zasłużyła na nagrodę, choć uważam, że „Sirat” był po prostu lepszym filmem.

Moja ocena: 8/10