niedziela, 15 marca 2026

 

JUŻ DZIŚ OSCARY. A JAKIE SĄ MOJE TYPY?



Dziś noc Oscarów i choć w sieci można znaleźć mnóstwo wpisów, jakie to dziś nieistotne i niewiarygodne nagrody, nagradzające rzekomo beznadziejne, lewackie kino, pozwolę się z tym nie zgodzić i napiszę, że i tak wszyscy wielbiciele X Muzy czekają na tę noc, ten rok przyniósł wiele niezwykłych produkcji i wybitnych, niestereotypowych ról i coraz więcej w mediach społecznościowych typów i przewidywań. A do kogo, moim zdaniem, powędrują tegoroczne Nagrody Amerykańskiej Akademii Filmowej?

Skupię się jedynie na wybranych kategoriach, bo nie jestem znawcą kategorii technicznych, nie znam dokumentów i filmów krótkometrażowych, ale udało mi się – pierwszy raz od dawna – obejrzeć wszystkie nominowane filmy i wszystkie pierwszo- i drugoplanowe role. A oto moje typy:

FILM ROKU

Jedna bitwa po drugiej

Grzesznicy

Wielki Marty

Hamnet

Tajny agent

Frankenstein

Wartość sentymentalna

Sny o pociągach

Bugonia

F1

Pozwoliłem sobie ustawić filmy w kolejności mojej sympatii. Kiedy w kwietniu ubiegłego roku zobaczyłem „Grzeszników” – czarny horror wampiryczny Ryana Cooglera, zachwyciłem się filmem i wiedziałem, że oto pojawia się pierwszy Oscarowy kandydat. Nie pomyślałem jednak, że film otrzyma rekordowe 16 nominacji. Klimat, fantastyczna muzyka, niespodziewane zwroty akcji i znakomity zespół aktorski. W listopadzie pojawiła się jednak „Jedna bitwa po drugiej” wielbionego przeze mnie amerykańskiego reżysera Paula Thomasa Andersona – opowieść o grupie szalonych aktywistów – i temu obrazowi w tym roku kibicuję.

AKTOR PIERWSZOPLANOWY

Timothee Chalamet (Wielki Marty)

Leonardo DiCaprio (Jedna bitwa po drugiej)

Michael B. Jordan (Grzesznicy)

Ethan Hawke (Blue Moon)

Wagner Moura (Tajny agent)

Wszystkie role są bardzo dobre – i DiCaprio jako zwariowany aktywista, i Jordan – w podwójnej roli braci-bliźniaków – właścicieli zaatakowanej przez demony spelunki i Ethan Hawke w biograficznej roli jako Lorenz Hart – poeta i autor popularnych piosenek i libretta wielu amerykańskich musicali. Chyba najmniej przemówił do mnie Wagner Moura w brazylijskim „Tajnym agencie” – opowieści o reżimie lat 70-tych. Oscar w tym roku należy się Timothee Chalametowi jako bezkompromisowemu tenisiście stołowemu w produkcji „Wielki Marty”.

AKTORKA PIERWSZOPLANOWA

Jessie Buckley (Hamnet)

Rose Byrne (Kopnęłabym cię, gdybym mogła)

Emma Stone (Bugonia)

Renate Reinsve (Wartość sentymentalna)

Kate Hudson (Song Sung Blue)

Myślę, że tu pojedynek rozegra się między Jessie Buckley w roli żony Williama Shakespeare’a i matki ich umierającego dziecka w dramacie „Hamnet” a australijską aktorką Rose Byrne, która także tworzy niezwykły obraz matki niepełnosprawnej córeczki. To, co Byrne wyprawia w filmie, już przeszło do historii kina, ale jednak rola Jessie Buckley przemówiła do mnie bardziej emocjami i tematyką filmu i to za tę irlandzką aktorkę będę trzymał kciuki dzisiejszej nocy.

AKTOR DRUGOPLANOWY

Sean Penn (Jedna bitwa pod drugiej)

Stellan Starsgard (Wartość sentymentalna)

Benicio del Toro (Jedna bitwa pod drugiej)

Jakob Elordi (Frankenstein)

Delroy Lindo (Grzesznicy)

W tej kategorii nie mam żadnych wątpliwości. Penn stworzył jedną z najciekawszych ról drugoplanowych w historii kina. Czy też należysz do tych, którzy oglądając film przez pierwszą część projekcji zastanawiali się : Kto to jest i skąd oni wzięli takiego aktora?, a przez drugą: Czy to na pewno jest Sean Penn? Już samo to świadczy, że to wielka rola, choć każdy z panów ma duże szanse, bo piętach depcze Pennowi kolega z planu – del Toro, bardzo dużo i dobrze pisze się o Starsgardzie w „Wartości sentymentalnej”, bo to naprawdę dobra rola, a czarnym koniem (pun unintended) może okazać się zaskakująco nominowany Lindo w „Grzesznikach”. Ja stawiam na Seana Penna.

AKTORKA DRUGOPLANOWA

Amy Madigan (Zniknięcia)

Inga Ibsdotter Lilleaas (Wartość sentymentalna)

Teyana Taylor (Jedna bitwa pod drugiej)

Wunmi Mosaku (Grzesznicy)

Elle Fanning (Wartość sentymentalna)

Dziwi mnie trochę, kiedy na branżowych portalach czytam, że to w tym roku bardzo słabo obstawiona kategoria, bo dla mnie aktorki drugoplanowe są w tym sezonie wyjątkowo mocne. Kiedy w sierpniu ubiegłego roku napisałem w recenzji filmu „Zniknięcia”, że Amy Madigan jako charyzmatyczna i przerażająca ciotka Gladys jest najciekawszym elementem filmu i zasługuje na nominację do Oscara, spotkałem się z dość ostrą krytyką. A co to za rola? Co w niej jest takiego wyjątkowego? Nominacja do Oscara – to wykluczone. Potem przyszła nominacja do Złotego Globu, nagroda Critics’ Choice, nagroda Amerykańskiej Gildii Aktorów Filmowych i tylko Bafta – z wielkiej piątki nagród filmowych nie wyróżniła Madigan.  Aż wreszcie – ku niezadowoleniu wielu i mojej ogromnej radości i wzruszeniu – nadeszła oscarowa nominacja. Kocham ciotkę Gladys i dziś najmocniej trzymam kciuki (że aż mi kłykcie z bólu bieleją) właśnie za Amy Madigan. Wspaniałą rolę stworzyła też norweska aktorka Inga Ibsdotter Lilleaas w „Wartości sentymentalnej” – myślę, że przyćmiła swoją filmową pierwszoplanową siostrę Renate Reinsve, ale największymi konkurentkami Madigan są dwie ciemnoskóre aktorki: Taylor – za rewelacyjne 15 minut w „Jednej bitwie… „ oraz Mosaku za ciekawą, choć ośmielę się napisać niewybitną rolę w „Grzesznikach”. Kto wygra? Moim zdaniem, Amy Madigan, choć bardzo się boję, że spotka mnie rozczarowanie – podobnie jak w ubiegłym roku przy braku Oscara dla Demi Moore za „Substancję’.

REŻYSER ROKU

Paul Thomas Anderson (Jedna bitwa pod drugiej)

Ryan Coogler (Grzesznicy)

Joachim Trier (Wartość sentymentalna)

Josh Safdie (Wielki Marty)

Chloe Zhao (Hamnet)

Tu do wyścigu wystartowały dwa bardzo mocne charty: Anderson i Coogler. I „Jedna bitwa po drugiej”, i „Grzesznicy” to filmy znakomicie wyreżyserowane, ale moje serce jest po stronie Andersona – od lat cenię jego twórczość i to chyba jego rok i jego moment. Wygra Anderson.

NAJLEPSZY FILM MIĘDZYNARODOWY

Sirat

Tajny agent

Wartość sentymentalna

To był zwykły przypadek

Głos Hind Rajab

Pokuszę się jeszcze o przewidywanie w kategorii filmu międzynarodowego, bo udało mi się zobaczyć wszystkie filmy – i są to obrazy znakomite, nietuzinkowe, wyjątkowe. Bardzo chciałbym, by wygrał „Sitat” – opowieść o ojcu poszukującym córki-uciekinierki w Maroku podczas organizowanych tam rave’ów -  film tak poruszający i tak zaskakujący, że nie można go zapomnieć, ale chyba ma z tej piątki najmniejszy hype i najmniejsze szanse. Wygra prawdopodobnie „Tajny agent”, bo Brazylia ma bardzo dobry lobbying w Akademii i film jest świetny. Symboliczny byłby Oscar dla przejmującego „Głosu Hind Rajab”. A kogo wskaże Akademia?

Czekajmy zatem na tegoroczne Oscary, trzymając kciuki także za Polaków – Małgosię Turzańską za kostiumy w „Hamnecie” oraz Macieja Szczerbowskiego, nominowanego w kategorii Najlepszy krótkometrażowy film animowany za „The Girl Who Cried Pearls”.

Jedno jest pewne: to będzie bardzo interesujące rozdanie nagród.

wtorek, 24 lutego 2026

 

„WICHROWE WZGÓRZA” (Wuthering Heights), USA / Wielka Brytania 2026


Premiera kinowa: 13 lutego 2026

Już dawno tak wiele osób nie pytało mnie o opinię na temat danego filmu, a o „Wichrowe Wzgórza” był wręcz wysyp zapytań. Pora podzielić się obserwacjami na temat najnowszej adaptacji klasycznej powieści Emily Bronte w reżyserii Emerald Fennell.

Dla większości Brytyjczyków „Wichrowe Wzgórza” to Biblia, coś świętego, idealnego, romantycznego, coś, czego nie wolno zepsuć. Po premierze najnowszej adaptacji na całym świecie pojawiło się mnóstwo niezwykle negatywnych recenzji, opinii, uwag krytycznych. Nie do końca się z tym atakiem na film zgadzam. Dla mnie to także bardzo istotny tekst, bo pisałem pracę magisterską z elementów gotyckich w twórczości sióstr Bronte i z „Wichrowymi Wzgórzami” spędziłem cały ostatni rok studiów  Zachwyciła mnie adaptacja z Juliette Binoche i Ralphem Fiennesem z 1992 roku, ale tegorocznej produkcji absolutnie nie potępiam.

„Wuthering Heights” AD 2026 to całkowicie nowe i przez to nowatorskie odczytanie powieści. Film nie ma ambicji bycia wierną adaptacją, odtwarzającą realia epoki i wszystkie wątki doskonałego tekstu Emily Bronte. To film bardzo otwarty, chwilami zaskakujący, ale zrealizowany z rozmachem, z pięknymi aktorami, wyjątkową muzyką autorstwa Charlie XCX oraz cudownymi zdjęciami wyjątkowych plenerów.

A o co chodzi w historii?

Właściciel Wichrowych Wzgórz, Pan Earnshaw (okropna rola Martina Clunesa), z jednego ze swoich wojaży przywozi do swej posiadłości dziecko, małego chłopca (znany z brawurowej roli w „Dojrzewaniu” Owen Cooper). Córka Pana Earnshawa, śliczna Catherine (Charlotte Mellington) nazywa go Heathcliffem I traktuje jak brata. Chłopiec staje się kimś pośrednim między sługą a członkiem rodziny.

Mijają lata, dzieci dorastają i między Catherine (zjawiskowa Margot Robbie) a Heathcliffem (Jacob Elordi) rodzi się gorące, pełne żaru uczucie. Sytuację komplikuje pojawienie się w sąsiedztwie nowej bogatej rodziny – państwa Lintonów z młodym Edgarem (Shazad Latif) – znakomitą partią dla Catherine -  i jego podopieczną Izabelą (bardzo dobra rola Alison Oliver) oraz tajemnicze zniknięcie Heathcliffa…

Film jest spójny, intrygujący, przepięknie sfotografowany, zachwyca kostiumami (strój ślubny i pogrzebowy Cathy to mistrzostwo pracy kostiumologów), jest niezwykle ekspresyjny, zaskakuje barwami – od szarości Wichrowych Wzgórz przechodzi do przepychu kolorów Drozdowego Gniazda. A co do aktorów? O ile przekonuje mnie miłość i rozdarcie Margot Robbie jako Catherine (choć nie do końca tak wygląda moje wyobrażenie postaci na podstawie powieści – brakuje mi efemeryczności Cathy, jej delikatności i wrażliwości), to Jacob Elordi nie wypada przekonująco jako zakochany i miotany emocjami Heathcliff – wydaje mi się, że aktorowi brakuje jeszcze warsztatu i zawodowych możliwości, choć w „Frankensteinie” stworzył wyjątkową kreację. Ciekawie na ekranie wpada młody Owen Cooper i jeśli nie zrezygnuje z kariery aktorskiej, wróżę mu, że wkrótce zostanie jednym z najważniejszych brytyjskich aktorów młodego pokolenia

Niektórzy odsądzają film od czci i wiary, porównują „Wichrowe Wzgórza” do „Pięćdziesięciu twarzy Greya” – mam ogromne wątpliwości, czy to uprawnione porównanie. Mówi się o zbytnim wyuzdaniu obecnym w filmie, odejściu od książkowego pierwowzoru, o elementach kiczu obecnych w filmie – odpieram te ataki. Film nie jest wybitny, ale ogląda się go dobrze, czuć ducha powieści, a Emerald Fennell – znana z „Saltburn” i „Obiecującej. Młodej. Kobiety” -  ugruntowuje „Wichrowymi Wzgórzami” swoją pozycję ważnego kobiecego głosu we współczesnej kinematografii. Myślę, że film po prostu warto zobaczyć.

Moja ocena: 7/10

wtorek, 10 lutego 2026

 

„AVATAR: OGIEŃ I POPIÓŁ” (Avatar: Fire and Ash), USA 2025


Premiera kinowa: 19 grudnia 2025

Z dużym opóźnieniem obejrzałem w kinie trzecią odsłonę „Avatara” Jamesa Camerona. Po dwóch poprzednich częściach wiedziałem, że to nie moja bajka, nie moje uniwersum, nie moje kino, ale dałem filmowi szansę i … nie żałuję.

Film rozpoczyna się wspomnieniem tragicznej chwili, którą zakończyła się „Istota wody” – śmierci Neteyama. Ród Metkayina, który reprezentuje rodzina Jake’a Sully’ego (Sam Worthington) i Neytri (bardzo dobra Zoe Saldana) w obawie o własne bezpieczeństwo decyduje się odesłać swojego przybranego syna Pająka (znakomity Jack Champion) – chłopca – człowieka, syna okrutnego pułkownika Milesa Quaritcha (Stephen Lang), który – ich zdaniem – powinien wychowywać się wśród ludzi. Wędrówka do obozu prowadzi do nieoczekiwanych perypetii, zwłaszcza starcia z klanem Mangman i jego okrutną przywódczynią, fascynatką ognia Varang (fantastyczna rola Oony Chaplin, wnuczki samego Charlie’go Chaplina).

I to właśnie Pająk staje się centralną postacią filmu. Jego historia jest mocno wyeksponowana, a rola pozwala młodemu aktorowi na pokazanie talentu, niezwykłej sprawności fizycznej i prawdziwego zawodowego kunsztu.

Film ogląda się … świetnie. Efekty specjalne zapierają dech w piersiach, akcja jest wartka i obfituje w intrygujące wydarzenia, więc blisko trzy i pół godziny upływają dość szybko. Sceny batalistyczne są naprawdę fenomenalne. Piękna jest stworzona w obrazie natura, niezwykłe wieloryby, roślinność, ocean. W interesujący sposób ukazana jest symbioza bohaterów z przyrodą. I oczywiście najgorszą pokazaną w filmie istotą jest człowiek – bezwzględny i pozbawiony skrupułów niszczyciel, złoczyńca, zabójca.

„Avatar: Ogień i popiół” to prawdziwa plejada światowej sławy gwiazd, czasem wręcz trudno rozpoznać, że tak znani aktorzy pojawili się w produkcji: wspomniani już Sam Worthington i Zoe Saldana), ale także Kate Winslet, Sigourney Weaver (obie to mój TOP 10 najlepszych aktorek wszech czasów), Edie Falco, Brendan Cowell, czy David Thavlis. Moim avatarowym odkryciem z „Ognia i popiołu” są jednak Jake Champion jako Pająk oraz niesamowita Oona Chaplin jako Varang.

Tak jak pisałem na początku, seria „Avatar” to nie jest moje filmowe oczekiwanie, moja estetyka i moja wrażliwość, natomiast należy oddać Jamesowi Cameronowi i innym twórcom, że potrafią robić kino – filmy pełne rozmachu, o szybkiej akcji, niesamowitych rozwiązaniach technologicznych i umiejętności przyciągania przed ekrany milionów widzów. Niektórzy narzekają, że to trzecia identyczna odsłona. Nie mogę się zgodzić z taką opinią – owszem, bohaterowie i problemy pozostają te same, ale fabuła każdej części jest jednak różna i pozwolę sobie na stwierdzenie, że w przypadku części trzeciej – „Avatar: Ogień i popiół” chyba nawet lepsza niż w przypadku „Istoty wody”.

Moja ocena: 7/10

niedziela, 8 lutego 2026

 

„FATHER MOTHER SISTER BROTHER” (Father Mother Sioster Brother”, USA / Włochy / Francja / Irlandia / Niemcy 2025


Premiera kinowa: 16 stycznia 2026

Jim Jarmush ma opinię reżysera kultowego i każdy aktor chce zagrać w jego filmie, a każdy widz chce ten film zobaczyć. „Father Mother Sister Brother” nie ma najlepszych notowań, a to – moim zdaniem – film ważny i udany.

To właściwie zbiór trzech filmowych noweletek, które rozgrywają się w różnych miejscach, ale łączy je temat rodziny.

Na początku poznajemy rodzeństwo – Jeffa (Adam Sandler) i Emily (świetna Mayim Bialik) – Amerykanów, którzy po dłuższej przerwie postanawiają odwiedzić swojego Ojca (znakomity Tom Waits), który mieszka gdzieś na prowincji. Już rozmowa brata z siostrą w drodze do domu Ojca pokazuje dystans między nimi, a przybycie tam jeszcze ten dystans pogłębia i prowadzi do licznych niezręcznych, niewygodnych momentów.

Przenosimy się następnie do Londynu, gdzie Matka (wspaniała jak zawsze Charlotte Rampling) – szanowana i poczytna pisarka organizuje coroczne spotkanie dla swoich córek - Timothei (cudowna – też jak zawsze – Cate Blanchett) oraz Lilith (Vicky Krieps). Te pozornie tak bliskie sobie kobiety spotykają się jedynie rak do roku. Nie spędzają razem nawet Bożego Narodzenia i praktycznie nic o sobie nie wiedzą. Spotkanie jest sztuczne i pompatyczne.

I wreszcie trzecia nowelka Jarmusha – amerykańskie rodzeństwo: Skye (Indya Moore) i Billy (Luka Sabatt) spotykają się w mieszkaniu tragicznie zmarłych rodziców. Pozornie sobie bliscy, wśród niewielu ocalałych po matce i ojcu pamiątek odnajdują informacje, których nigdy nie posiadali, choć nie była to wiedza tajemna, ukrywana przed nimi. Są młodzi, piękni i nie do końca znają swoje korzenie i swoją tożsamość.

Film uwidacznia chwilami w ostry i bolesny sposób, jak specyficzne jest życie w XXI wieku, kiedy wartości rodzinne i bliskość między członkami rodziny przestały się liczyć. Umiejscowienie akcji filmu w różnych lokalizacjach podkreśla jedynie, że jest to problem globalny, który dotyka ludzi z różnych warstw społecznych i różnych grup wiekowych. Czasy się zmieniają, ale pewne wartości powinny pozostać niezmienne, nienaruszalne i Jarmush to widzi, czuje i pokazuje w najnowszym obrazie. Rodzina jest w kryzysie i o tym opowiada film.

Piękne są zdjęcia, piękni bohaterowie i czuć jest ducha amerykańskiego kina niezależnego i artyzm Jarmusha, choćby w nawracających scenach chłopców – skateboardzistów.

Jarmush jak zwykle zgromadził w filmie plejadę świetnych aktorów, także tych, z którymi uwielbia pracować.

Akcja filmu toczy się wolno, dialogi nie są bogate, ale film jest dobry, uczy wiele o współczesności, skłania do refleksji, jest bardzo estetyczny, dlatego z całą pewnością go polecam.

Moja ocena: 7/10

czwartek, 5 lutego 2026

 

"SPRINGSTEEN: OCAL MNIE OD NICOŚCI" (Springsteen: Deliver me from nowhere), USA 2025


Premiera kinowa: 24 października 2025

Jestem wielbicielem biografii muzycznych, czekam teraz z niecierpliwością na film "Michael", nic zatem dziwnego, że na biografię Bossa - Bruce'a Springsteena - pobiegłem z wielkimi oczekiwaniami. I nie rozczarowałem się.

Kiedy Springsteen osiągnął wyżyny swojej sławy, nie byłem jego wielkim fanem - był dla mnie - 10-latka zbyt rockowy, wolałem new wave, nowych romantyków i gwiazdki synthpopowe. Sympatia i podziw dla Bossa nadeszły potem, już w latach 90-tych, a piosenkę "Streets of Philadelphia" uważam za jedną z najważniejszych w historii.

"Springsteen: Ocal mnie od nicości" nie jest typową biografią - przekrojem przez pełne życie artysty - to jedynie wycinek, powiedzmy roku, kiedy w 1982 Springsteen - wbrew obowiązującym trendom i rozwojowi swojej kariery - nagrywa płytę "Nebraska". Artysta właśnie ma pierwszy hit TOP 10 na liście amerykańskiego "Billboardu" - utwór Hungry Heart" dociera do 5 miejsca, a macierzysta płyta dla tego singla - "The River" osiąga sam szczyt listy przebojów. Bruce zaczyna być rozpoznawalny, gra koncerty dla tłumów, wytwórnia naciska na nagranie i wydanie optymistycznej, przebojowej płyty, czuje potencjał w nowej piosence "Born in the USA", ale artysta, wbrew oczekiwaniom swoich przełożonych, porzuca studio, zaszywa się w swoim domku w New Jersey i na czterościeżkowym magnetofonie nagrywa kameralny, folkowy album "Nebraska". 

Ten album to nie tylko dowód niezależności artysty, to przede wszystkim zapis intymnego rozliczenia się z mrokami przeszłości, trudnym dzieciństwem, które poznajemy w retrospekcjach, despotycznym ojcem (Stephen Graham), ale też niepoukładanym życiem osobistym, rozdarciem między inicjowaniem światowej kariery a pozostaniem artystą niszowym, gwiazdą dla swoich najważniejszych fanów oraz - co zaskakuje - walką ze stanami depresyjnymi.

Wydaje się, że ktoś tak spełniony jak 30-letni Springsteen musi być szczęśliwym człowiekiem, który robi to, co kocha. Okazuje się, że Boss coraz głębiej zanurza się w depresyjnej otchłani.

Film jest zajmujący i poruszający. Grający główną rolę znany z serialu "The Bear" Jeremy Allen White jest bardzo dobry - nie tylko przypomina Springsteena fizycznie, świetnie wypada w scenach koncertowych, ale przede wszystkim błyskotliwie gra, okazując swoje emocje i zagubienie. To dobrze, że doceniono aktora nominacją do Złotego Globu, ale trochę żal, że został pominięty podczas nominacji oscarowych. Drugą naprawdę niezłą rolę gra Jeremy Strong - gwiazda ubiegłorocznego anty-Trumpowskiego "Wybrańca" i serialu "Sukcesja" - jako Joe Landau, przyjaciel i manager Springsteena. Chciałbym także wyróżnić Odessę Young jako Faye - uroczą dziewczynę Bruce'a. 

Film jest bardzo prawdziwy, realia wczesnych lat 80-tych są naturalnie odtworzone i Scott Cooper - reżyser filmu - wykonał dużą i ważną pracę. Film powinien spodobać się wiernym fanom Bruce'a Springsteena, ale także tym, którzy znają zaledwie kilka najbardziej przebojowych piosenek, a chcą dowiedzieć się czegoś nowego o Artyście. Polecam.

Moja ocena: 8/10

sobota, 31 stycznia 2026

 

„WIELKI MARTY” (Marty Supreme), USA 2025


Premiera kinowa: 30 stycznia 2026

Czy możliwe jest nakręcenie biografii fikcyjnego tenisisty stołowego, którą ogląda się z zapartym tchem przez 2,5 godziny, a film nawet na chwilę nie wytraca tempa i poziomu adrenaliny u widzów? Sztuka ta bezbłędnie udała się Joshowi Safdie’mu, którego „Wielki Marty” z tytułową rolą Timothee Chalameta właśnie otrzymał 9 nominacji do Oscara i wkroczył śmiało na ekrany polskich kin.

Marty Mauser to 23-letni amerykański pingpongista absolutnie przekonany o swoim nadprzyrodzonym talencie. Sport, któremu się oddał, nie jest popularny w jego ojczyźnie, dlatego porzuca pracę w salonie obuwniczym wuja i udaje się na turniej do Wielkiej Brytanii. Choć przed wyjazdem udaje mu się zrobić dziecko Rachel (boska rola Odessy A’zion), w Londynie poznaje aktorkę, Kay Stone (Gwynyth Paltrow), z którą – mimo różniącego ich wieku – nawiązuje płomienny romans. Marty jest rzeczywiście wybitnym tenisistą stołowym, ale okazuje się, że są lepsi. Jego nemesis staje się Japończyk, Koto Endo (Koto Kawagutchi), z którym stale rywalizuje w finałach i próbuje wygrać. Niemiłosiernie się przy tym zadłuża, ma coraz więcej wrogów, ale się nie poddaje – jest waleczny, bezczelny i uważa się za niezastąpionego.

Czy fabuła wydaje Ci się zbyt prosta? Otóż prawie każda scena okraszona jest dodatkową perypetią, Marty cały czas spotyka niewłaściwych ludzi, jak choćby właściciela zagubionego psa (świetna rola Abla Ferrary) swojego zwariowanego przyjaciela, Wally’ego (zaskakująca rola Tylera the Creator – przez cały film zastanawiałem się, czy to może być on), czy biznesmana Miltona Rockwella (Kevin O’Leary), męża swojej kochanki, Kay.

Jaki jest Marty? Chalamet tworzy nietuzinkową postać, którą się jednocześnie kocha i której się nienawidzi. Jest bezczelny, cały czas pozostaje w ruchu, nie interesuje go, że niszczy życie wielu osób, bezrefleksyjnie dostaje się do epicentrum dramatycznych wydarzeń, a mimo to nie sposób go nie lubić – za jego niezłomność, błyskotliwość, opiekuńczość i wrażliwość (scena po narodzinach dziecka naprawdę rozbraja). Myślę, że już w marcu Chalamet odbierze za tę rolę Oscara.

Choć akcja filmu rozgrywa się w latach 50-tych, cały obraz – choćby przez fenomenalną ścieżkę dźwiękową i sposób ukazywania rzeczywistości – przywodzi raczej na myśl kinematografię lat 80-tych. Produkcja ma dużo z estetyki tej dekady i to właśnie the Eighties były latami takich spektakularnych karier, jakiej doświadczył Marty Mauser. W filmie można usłyszeć świetne nagrania Alphaville, Petera Gabriela, New Order i The Korgis, a klamrą spinającą są piosenki Tears For Fears – „Change” rozpoczyna projekcję, a „Everybody wants to rule the world” kończy seans i kiedy nagranie rozbrzmiewa w kinie, można naprawdę w uniesieniu opuścić przybytek X muzy.

Film jest, moim zdaniem, świetny – szalony, szybki, nieobliczalny, nieprzewidywalny, pełen szoków, zaskoczeń, niesamowitych zwrotów akcji. Timothee Chalamet gra zjawiskowo, choć irytuje i szarżuje przez cały czas. Świetna jest też Odessa A’zion jako Rachel – aż dziw, że dziewczyna nie otrzymała za film nominacji do Oscara

Lubię takie filmy – prawdziwy rollercoaster scen, postaci i emocji. Czy Ty także polubisz „Wielkiego Marty’ego” i film Cię oszołomi? Przekonaj się sam…

Moja ocena: 10/10

 
„HAMNET” (Hamnet), Wielka Brytania / USA 2025


Premiera kinowa: 23 stycznia 2025

Już dawno żaden film nie wzbudzał tak wielu kontrowersji i tak wielu sprzecznych opinii, jak wyróżniony właśnie ośmioma nominacjami do Oscara „Hamnet” w reżyserii Chloe Zhano. Od recenzji entuzjastycznych, pełnych zachwytu i wzruszenia historią i niezwykłą grą aktorów oraz trafnymi nawiązaniami do twórczości Shakespere’a, po oskarżenia o kicz, rażące błędy scenariuszowe, granie tanim sentymentalizmem i karykaturalne przedstawienie żałoby. Ja z pewnością jestem w grupie entuzjastów.

„Hamnet” to adaptacja bestsellerowej powieści Maggie O’Farrell. To kolejny film o życiu Williama Shakespeare’a, kolejny, w którym sam bard ze Stratfordu nie gra głównej roli. Film opowiada o związku Shakespeare’a (niesamowity Paul Mescal) z Agnes (brawurowa rola Jessie Buckley), a właściwie o narodzinach ich trójki dzieci: Susanny i bliźniąt Judith i Hamneta. Śmierć chłopca wywołuje emocjonalne spustoszenie w rodzinie i na zawsze zmienia relacje między Agnes a Williamem.

Cała trójka dzieci Shakespeare’a gra w filmie wybornie, natomiast rola Jacobi’ego Jupe’a jako Hamneta z pewnością przejdzie do panteonu najlepszych ról dziecięcych w historii. W każdej sekundzie na ekranie chłopiec emanuje wręcz wrażliwością, subtelnością i dobrocią. Wzruszające są sceny, kiedy żegna ojca odjeżdżającego do pracy w londyńskim teatrze, jego miłość do matki i sióstr, jego poświęcenie w obliczu choroby Judith. Możemy mieć nadzieję, że chłopiec nie wytraci swojej pasji i swojego talentu i będzie kontynuował działalność aktorską.

Także Jessie Buckley tworzy jedną z najwybitniejszych żeńskich ról pierwszoplanowych ostatnich lat – jako dziewczyna z lasu, przepowiadająca przyszłość zielarka z sokołem na ramieniu, która zdobyła serce młodego Shakespeare’a i właściwie sama wychowała trójkę jego dzieci, podczas gdy dramatopisarz i aktor rozwijał swoją sceniczną karierę w Londynie. Buckley poraża swoim talentem w scenie śmierci Hamneta, jest też doskonała, kiedy dociera do londyńskiego Globe Theatre na premierę dramatu „Hamlet”, inspirowanego śmiercią Hamneta. Zbiorowa scena premiery przedstawienia jest jedną z najlepszych w całym filmie i intrygująco ukazuje katharsis przez sztukę.

Dla mnie – jako anglofila i nauczyciela języka angielskiego – film był duchową i kulturową ucztą. Nie ważne jest, ile w obrazie było literacko-filmowej improwizacji i fikcji. Wizerunek Anglii z przełomu XV i XVI wieku, stroje, realia sprawiały, że choć film rzeczywiście nie ma wartkiej akcji, ogląda się go z zachwytem i rewerencją. Obraz średniowiecznego Stratfordu, piękne zdjęcia natury autorstwa Polaka, Łukasza Żala (żal to ogromny, że Żal nie otrzymał nominacji do Oscara za ten film), znakomite kostiumy autorstwa Polski, Małgosi Turzańskiej (tu kostiumolożce w udziale przypadła nominacja Amerykańskiej Akademii Filmowej), piękna muzyka Maxa Richtera czynią film wyjątkowym i wybitnym.

„Hamnet” nie jest filmem dla każdego odbiorcy. To wolno płynąca fabuła, bolesny obraz żałoby po utracie dziecka, twórcza wizja życia w Anglii w czasach elżbietańskich. To film, po obejrzeniu którego trudno jest się otrząsnąć. Dla mnie pozycja genialna.

Moja ocena: 10/10