„FATHER MOTHER SISTER BROTHER” (Father Mother Sioster Brother”, USA / Włochy / Francja / Irlandia / Niemcy 2025
Premiera kinowa: 16 stycznia 2026
Jim Jarmush ma opinię reżysera kultowego i każdy aktor chce
zagrać w jego filmie, a każdy widz chce ten film zobaczyć. „Father Mother
Sister Brother” nie ma najlepszych notowań, a to – moim zdaniem – film ważny i
udany.
To właściwie zbiór trzech filmowych noweletek, które
rozgrywają się w różnych miejscach, ale łączy je temat rodziny.
Na początku poznajemy rodzeństwo – Jeffa (Adam Sandler) i
Emily (świetna Mayim Bialik) – Amerykanów, którzy po dłuższej przerwie
postanawiają odwiedzić swojego Ojca (znakomity Tom Waits), który mieszka gdzieś
na prowincji. Już rozmowa brata z siostrą w drodze do domu Ojca pokazuje dystans
między nimi, a przybycie tam jeszcze ten dystans pogłębia i prowadzi do licznych
niezręcznych, niewygodnych momentów.
Przenosimy się następnie do Londynu, gdzie Matka (wspaniała jak
zawsze Charlotte Rampling) – szanowana i poczytna pisarka organizuje coroczne spotkanie
dla swoich córek - Timothei (cudowna – też jak zawsze – Cate Blanchett) oraz
Lilith (Vicky Krieps). Te pozornie tak bliskie sobie kobiety spotykają się
jedynie rak do roku. Nie spędzają razem nawet Bożego Narodzenia i praktycznie
nic o sobie nie wiedzą. Spotkanie jest sztuczne i pompatyczne.
I wreszcie trzecia nowelka Jarmusha – amerykańskie rodzeństwo:
Skye (Indya Moore) i Billy (Luka Sabatt) spotykają się w mieszkaniu tragicznie zmarłych
rodziców. Pozornie sobie bliscy, wśród niewielu ocalałych po matce i ojcu
pamiątek odnajdują informacje, których nigdy nie posiadali, choć nie była to
wiedza tajemna, ukrywana przed nimi. Są młodzi, piękni i nie do końca znają
swoje korzenie i swoją tożsamość.
Film uwidacznia chwilami w ostry i bolesny sposób, jak
specyficzne jest życie w XXI wieku, kiedy wartości rodzinne i bliskość między
członkami rodziny przestały się liczyć. Umiejscowienie akcji filmu w różnych lokalizacjach
podkreśla jedynie, że jest to problem globalny, który dotyka ludzi z różnych
warstw społecznych i różnych grup wiekowych. Czasy się zmieniają, ale pewne
wartości powinny pozostać niezmienne, nienaruszalne i Jarmush to widzi, czuje i
pokazuje w najnowszym obrazie. Rodzina jest w kryzysie i o tym opowiada film.
Piękne są zdjęcia, piękni bohaterowie i czuć jest ducha
amerykańskiego kina niezależnego i artyzm Jarmusha, choćby w nawracających
scenach chłopców – skateboardzistów.
Jarmush jak zwykle zgromadził w filmie plejadę świetnych
aktorów, także tych, z którymi uwielbia pracować.
Akcja filmu toczy się wolno, dialogi nie są bogate, ale film
jest dobry, uczy wiele o współczesności, skłania do refleksji, jest bardzo
estetyczny, dlatego z całą pewnością go polecam.
Moja ocena: 7/10