sobota, 22 sierpnia 2026

 
„REQUIEM DLA SNU” (Requiem for a Dream), USA 2000


Premiera kinowa: 16 marca 2001, wznowienie kinowe: 24 lipca 2026

Film „Requiem dla snu” Darrena Aronosky’ego miał swoją premierę 25 lat temu. Pamiętam, że wtedy prawdziwie wstrząsnął moim dużo młodszym jestestwem. W związku z rocznicą odrestaurowany film wrócił na ekrany i postanowiłem zobaczyć obraz ponownie, z nieco innej perspektywy i z zupełnie innymi doświadczeniami życiowymi i kulturowymi.

Film jest historią trojga związanych ze sobą ludzi: Sary (wyśmienita Ellen Burstyn) – starszej już kobiety, która spędza większość czasu przed telewizorem, jej syna Harry’ego (błyskotliwy Jared Leto) – narkomana i dilera oraz Marion (niezwykła Jennifer Connelly) – jego dziewczyny, także ofiary nałogu narkotykowego. Początkowo nic nie zapowiada katastrofy, wszystko wskazuje na to, że Harry i Marion kontrolują swój nałóg i większym problemem i niebezpieczeństwem jest zaangażowanie się Harry’ego w handel narkotykami, w którym wspiera go przyjaciel – Tyrone (Marlon Wayans). Szybko jednak okazuje się, że życie Marion, Harry’ego i Tyrone’a to równia pochyła. Sceny, w których piękna Marion sprzedaje swoje ciało, by zdobyć pieniądze na narkotyki, porażają.

Historia Sary – normalnej amerykańskiej kobiety – jest równie dramatyczna. Otrzymuje telefon z telewizji, który zaprasza ją do udziału w ulubionym teleturnieju. Chociaż to najprawdopodobniej scam, Sara postanawia jak najlepiej wypaść w ukochanym programie. Dlatego decyduje się na terapię odchudzającą. Pod wpływem zażywanych leków szybko traci kontakt z rzeczywistością. Szokująca jest scena, kiedy sąsiadki-przyjaciółki odwiedzają Sarę w szpitalu.

Aronofsky tworzy film w bardzo specyficzny i nowatorski wówczas sposób. Wiele scen przypomina raczej video clipy niż film fabularny. Tempo obrazu jest bardzo szybkie, pojawiają się sceny stroboskopowe. W ten sposób reżyser ukazuje świat halucynacji i całkowitego odrealnienia, w który coraz głębiej popadają wszyscy bohaterowie.

Trzy kreacje aktorskie, które widzimy w filmie, są wybitne, a każda z gwiazd posiada w swoim dorobku Oscara, jednak nie za „Requiem dla snu”. Zacznijmy od Ellen Burstyn – najbardziej uznanej aktorki w filmie, dla której nominacja do Oscara za „Requiem dla snu” była już szóstą w karierze. Posiadała już nagrodę za rzeczywiście świetną rolę w filmie „Alicja już tu nie mieszka” z 1975 roku. Rola, którą tworzy u Aronofsky’ego, to – moim zdaniem – jedna z najwybitniejszych kreacji kobiecych tego wieku. Burstyn jako uzależniona od leków matka narkomana jest fenomenalna, zachwyca każdą sceną, przechodzi na ekranie niesamowitą metamorfozę. Jest genialna. Musiała jednak uznać wyższość Julii Roberts, która wówczas odebrała Oscara dla najlepszej aktorki w filmie „Erin Brockovich”. Obiema rolami byłem zachwycony, lecz dziś po ponownym seansie „Requiem dla snu”, przyznałbym palmę pierwszeństwa Ellen Burstyn.

Pora na Jareda Leto – aktorskiego kameleona i geniusza. Pierwszy raz zobaczyłem Leto w filmie „Ostatnie takie lato” (The Last of the High Kings) w 1996 roku i pomyślałem sobie – „O kurczę, ten chłopak dostanie kiedyś Oscara”. Pierwsza okazja pojawiła się właśnie przy okazji „Requiem dla snu”, ale Leto za rolę uwikłanego w dilowanie narkomana – nie otrzymał nawet nominacji. Pierwsza nominacja i Oscar przyszły dopiero w 2014 roku za rolę umierającego na AIDS transwestyty w filmie „Witaj w klubie”. Leto był tu genialny, ale czy rola w „Requiem dla snu” była słabsza?

I wreszcie – piękna i utalentowana Jennifer Connelly. W filmie Aronofsky’go tworzy bardzo trudną rolę, pewne sceny z jej udziałem są na granicy dobrego smaku. Nie dostaje nominacji, ale otrzymuje ją wraz z Oscarem rok później za „Piękny umysł”. Upieram się, że w „Requiem dla snu” stworzyła lepszą i bardziej wymagającą rolę drugoplanową.

Film jest bardzo dobry, ząb czasu w ogóle go nie nadgryzł, nadal przeraża swoim przesłaniem i trzema wielkimi rolami. Bardzo ten film polecam. Jest po prostu świetny.

Moja ocena: 9/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz