czwartek, 31 października 2024

 

„REAGAN” (Reagan), USA 2024

Premiera kinowa: 27 września 2024


Niedawno gościliśmy w kinach biografię jednego z najpopularniejszych amerykańskich prezydentów, Ronalda Reagana, w reżyserii Seana McNamara. Nie jest to kino wybitne, ale może warto obejrzeć ten film w kontekście niedawnych amerykańskich wyborów…

„Reagan” to dość sztampowa, choć interesująca biografia człowieka, który porzucił karierę aktorską, by zostać amerykańskim prezydentem. Rola Reagana przypadła Dennisowi Quaidowi, zaś jego nieprzejednaną i zdecydowaną żonę Nancy gra bardzo dobrze Penelope Ann Miller. Klamrą spajającą film jest zamach na Reagana w 1981 roku, kiedy prezydent ledwo uszedł z życiem. Następnie śledzimy koleje dwóch burzliwych kadencji prezydentury Reagana, a dzięki retrospekcjom dowiadujemy się o jego młodości i początkach nie do końca udanej kariery w Hollywood. Ciekawe są spotkania prezydenta z głowami państw, zwłaszcza Margaret Thatcher (Lesley-Anne Down), czy Michaiłem Gorbaczowem (świetny Olek Krupa).

Film na szczęście nie jest panegirykiem. Pokazuje Reagana jako przywódcę, który zmienił obraz świata i w znacznej mierze przyczynił się do upadku komunizmu, ale też człowieka chwilami apodyktycznego, nieprzejednanego, konserwatywnego i upartego. Filmowy Reagan to nie znoszący sprzeciwu ryzykant, który dzięki swojej determinacji i przekonaniu o własnej nieomylności osiąga większość zamierzonych celów. Film jest hołdem dla prezydenta, ale widoczna sympatia reżysera dla Reagana nie jest nachalna i nie psuje ogólnego wrażenia.

Akcja filmu toczy się do roku 1989, kiedy Reagan musi wyprowadzić się z Białego Domu, ale w szybkim skrócie poznajemy dalsze losy amerykańskiego przywódcy, śledzimy walkę z chorobą aż do śmierci Reagana. Produkcja skupia się jednak głównie na latach 80-tych – najważniejszym momencie politycznej kariery – moich ulubionych latach, zatem projekcji filmu towarzyszyło wiele wspomnień, wzruszeń i dziecięcych reminiscencji.

Tym, co nieco przeszkadzało mi podczas projekcji, był fakt, że 70-letni obecnie Dennis Quaid (notabene bardzo dobry aktor) grał zarówno Reagana 40-letniego, jak 80-letniego. Mimo charakteryzacji, nie wyglądało to dobrze. Na szczęście podczas młodzieńczych retrospekcji w rolę młodego przyszłego prezydenta wcielił się David Henrie, bo Quaid już by chyba tego nie uniósł.

Film ogląda się dobrze, bo jest po prostu zajmujący, choć przeszkadzała mi nieco „telewizyjność’ tego obrazu – film został nakręcony w taki sposób, jakby miano go pokazać w telewizji, a nie na wielkim ekranie w kinie. Nie wiem, czy jest tak w przypadku wszystkich kopii, ale w wersji, którą miałem dane obejrzeć, napisy zostały zastąpione … głosem lektora. Nie było to dobre posunięcie.

Podsumowując, ciekawie było przypomnieć sobie koleje życia amerykańskiego prezydenta i jego niewątpliwą klasę polityczną oraz przypomnieć sobie, jak wyglądał świat w dobie Zimnej Wojny.

Moja ocena: 6/10

niedziela, 27 października 2024

 

„KULEJ. DWIE STRONY MEDALU”, Polska 2024

Premiera kinowa: 11 października 2024


Bardzo cenię biografie – jako filmy, książki, dokumenty. Z dużą przyjemnością wybrałem się zatem na film „Kulej. Dwie strony medalu” w reżyserii Xawerego Żuławskiego, choć nie lubię sportu i nie przepadam za reżyserem. Trzeba jednak przyznać, że „Kulej” – moim zdaniem – to najlepsza produkcja w reżyserskim dorobku Żuławskiego od czasu „Wojny polsko-ruskiej”. Znając twórcę „Mowy ptaków” i „Apokawixy” nieco się obawiałem, że film będzie udziwniony i ultranowoczesny, a otrzymaliśmy dość klasyczną w formie i naprawdę zajmującą historię życia Jerzego Kuleja – z pewnością najwybitniejszego pięściarza i jednego z największych polskich sportowców wszech czasów.

Film nie ukazuje całego życia Kuleja (fantastyczny, wprost stworzony do tej roli Tomasz Włosok). Wprawdzie z króciutkich retrospekcji i wspomnień dowiadujemy się o ciężkim dzieciństwie bohatera i pierwszych sportowych sukcesach, ale akcja obrazu rozpoczyna się w roku 1964 podczas igrzysk olimpijskich w Tokio, gdzie 24-letni Kulej zdobywa swój pierwszy złoty medal, zaś kończy się igrzyskami w Meksyku, gdzie Kulej sięga po kolejne złoto. Te cztery ukazane lata to pasmo niekończących się sukcesów, prób wykorzystania sportowej kariery do poprawienia warunków życia rodziny – żony Heleny (wspaniała rola olśniewającej Michaliny Olszańskiej) i małego synka oraz matki (Ewa Domańska), ale też rozlicznych upadków. Kulej wolno i stopniowo, ale niezwykle skutecznie buduje swoją legendę.

Film pokazuje Kuleja jako postać niejednoznaczną – z jednej strony sympatycznego chłopaka z Częstochowy, którego nie sposób nie lubić, duszę towarzystwa i człowieka, który nigdy się nie poddaje, z drugiej strony – niepoprawnego bon vivanta, bawidamka, który zdradza żonę i nie stroni od „bitki i wypitki” i umie układać się z komunistyczną władzą, bo taką niejednoznaczną postacią Kulej chyba po prostu był.

Bardzo ważną postacią w filmie jest piękna Helena – młoda żona Kuleja. Widoczny jest ogromny wpływ, który kobieta wywiera na męża, ale też jej bezradność w obliczu zdrad i afer alkoholowych męża, dla którego boks wydaje się ważniejszy niż rodzina. Michalina Olszańska tworzy zapadającą w pamięć i intrygującą postać, uwikłaną we współpracę z Bezpieką i zakochanym w niej bez pamięci pułkownikiem Sikorskim (Tomasz Kot).

Narratorem w filmie jest kolejna legenda polskiego boksu i trener Kuleja – słynny Feliks Stamm (Andrzej Chyra). To dla młodego boksera jedyny autorytet w życiu i jedyna postać, która jest w stanie wpłynąć na jego postępowanie. Świetne role drugoplanowe tworzą też koledzy Kuleja – Wituś (Bartosz Gelner), a zwłaszcza Aluś (znakomity Konrad Eleryk). Ciekawą postacią jest też dziewczyna Witusia – piękna Żorżeta (Monika Mikołajczak), która w 68 jest zmuszona do opuszczenia kraju jako osoba pochodzenia żydowskiego. Świetnym Gomułką jest Ryszard Kluge, a uświetniające różne filmowe uroczystości występy piosenkarek (Cerekwicka, Flinta, Rusowicz, Marika, Kleszcz, Przemyk) są także ważnym atutem produkcji.

Film jest bardzo dobrym dokumentem epoki – W obrazie nie brakuje znakomitych scen – uwiecznionych medalowych walk bokserskich, tańca Jerzego i Heleny na balach mistrzów sportu, czy komicznego momentu, kiedy Kulej przegrywa tytuł Sportowca Roku z Sobieslawem Zasadą. Żuławski ciekawie pokazuje realia lat 60-tych – z jednej strony ponurych, komunistycznych, szarych, z drugiej strony – pełnych nadziei na zmianę.

Niekwestionowaną gwiazdą numer 1 filmu jest Tomasz Włosok. Po jego rolach w „Piosenkach o miłości” i „Zielonej granicy” ciekawiło mnie, jak aktor poradzi sobie z całkowicie inną rolą, odmienną kreacją, nieomal wbrew własnemu emploi. Włosok jest genialny – „kicając” na ringu, tańcząc z Heleną, opowiadając swoje historie najważniejszym dygnitarzom w państwie na rautach i balach, upijając się do nieprzytomności z kolegami. Tak buduje swoją rolę, że każdy widz go kocha od początku filmu, nawet kiedy pije i zdradza. Czekam na kolejne aktorskie wcielenia tego zdolnego chłopaka.

Nie wszystkie filmowe biografie są udane (już wkrótce napiszę o kolejnej), ale „Kulej. Dwie strony medalu” to dobre, polskie kino i przypomnienie sylwetki sportowca, o którym nie powinno się zapomnieć. Polecam gorąco.

Moja ocena: 9/10

niedziela, 20 października 2024

 

„JOKER: FOLIE A DEUX” (Joker: Folie a deux), USA 2024

Premiera kinowa: 4 października 2024


Kiedy Todd Phillips nakręcił “Jokera” w 2019 roku, film z miejsca stał się blockbusterem, to porażające stadium psychiki człowieka o rozdwojonej jaźni – Arthura Flecka, który przeistacza się w Jokera – poruszyło widzów na całym świecie, a odgrywającemu główną rolę Joaquinowi Phoenixowi przyniosło zasłużonego Oscara. Byłem filmem zachwycony, mimo jego mrocznego wydźwięku i apoteozy przemocy.

Minęło pięć lat i kinomanów zelektryzowała wiadomość, że Phillips kręci „Jokera 2”. I tak oto doczekaliśmy się filmu „Joker: Folie a deux”. A czy było warto czekać?

Film rozpoczyna się od ciekawej animowanej sekwencji, w której przypomniane są pokrótce losy Jokera. Arthur Fleck aka Joker przebywa obecnie w stanowym szpitalu psychiatrycznym Arkham, gdzie jest ofiarą sadystycznego strażnika więziennego Sullivana (świetny Brendan Gleeson). Zbliża się termin rozprawy sądowej Jokera i wielu amerykanów widzi już go na krześle elektrycznym za brutalne morderstwa, których się dopuścił. Jego obrony podejmuje się ambitna prawniczka Maryanne (dawno niewidziana w dużym projekcie Catherine Keener). Linią obrony stać się ma niepoczytalność bohatera – tytułowa folie a deux – paranoja udzielona. W szpitalu Arthur poznaje młodą atrakcyjną doktor psychiatrii, Harleen Quinzel (Lady Gaga). Lekarka zręcznie manipuluje Jokerem i skłania go do ucieczki ze szpitala. Sprawy powoli wymykają się spod kontroli …

I mogłoby się wydawać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku – ciekawa fabuła, doskonała obsada, intrygująca ścieżka dźwiękowa – a jednak film potwornie rozczarowuje. Jest niespójny, chaotyczny, pozostaje kalką pierwszej części. Phoenix jako Joker jest, oczywiście, bardzo dobry, ale zakres jego aktorskich możliwości pozostaje ten sam i Phoenix nie wnosi nic nowego do swojej kreacji Ciekawą postacią jest też Harleen Quinzel aka Harley Quinn w interpretacji Lady Gagi – psychiatra, która sama potrzebuje wsparcia psychiatrycznego: świetnie wygląda, dobrze śpiewa, ale rola w „jokerze” nie będzie dla niej drugimi „Narodzinami gwiazdy”.

Film nieoczekiwanie przyjmuje konwencję musicalu i Harleen wraz z Jokerem wykonują całą serię amerykańskich standardów. Niektóre sceny muzyczne Phoenixa i Gagi są piękne, ale co wnoszą do jakości thrillera o bezwzględnym mordercy z rozdwojoną jaźnią?

Film jest zaskakującą artystyczną i komercyjną porażką. Ludzie nie chcą go oglądać, odstrasza musicalowa konwencja. To chyba nieco zmarnowana szansa na stworzenie kolejnego wybitnego sequela. Wydaje się, że ktoś po prostu przedobrzył i przekombinował.

„Jokera 2” nie ogląda się dobrze, film nie wpływa tak mocno na psychikę jak cześć pierwsza z 2019 roku, by nie rzec, że pozostawia widza obojętnym. Obraz jest chwilami po prostu nudny i czeka się na jego zakończenie, a „Joker 2” to potężne 138 minut projekcji. Jeśli podobała Wam się pierwsza część, spróbujcie obejrzeć też drugą, ale na swoją odpowiedzialność.

Moja ocena: 5/10

środa, 18 września 2024

 

„BEETLEJUICE BEETLEJUICE” (Beetlejuice Beetlejuice), USA 2024


Premiera kinowa: 6 września 2024

Uwielbiam Tima Burtona. Ten szalony wizjoner kina i ekscentryk od blisko czterech dekad tworzy niesamowite, barwne, zaskakujące i urzekające produkcje filmowe – od „Gnijącej panny młodej” po Edwarda Nożycorękiego”. Jednym z kultowych obrazów Burtona jest „Sok z żuka” (Beetlejuice) z 1988 roku. Kiedy usłyszałem, że po 35 latach powstaje sequel „Soku z żuka” oniemiałem. Oniemiały wyszedłem też z kina po projekcji, bo część druga – „Beetlejuice Beetlejuice” to fantastyczna i przezabawna rozrywka.

Jedna z głównych bohaterek „Soku z żuka” – Lydia Deetz (Winona Ryder) to już nie nastolatka, ale matka zbuntowanej nastoletniej córki Astrid (cudowna Jenna Ortega, niezapomniana Wednesday Adams), gwiazda telewizyjnego show o nawiedzonych domach i ukochana producenta wspomnianego programu, Rory’ego (Justin Thoroux). W tajemniczych okolicznościach ginie Charles Deetz = ojciec Lydii i macocha – Delia (przekomiczna Catherine O’Hara), sama Lydia oraz Astrid spotykają się w Domu Duchów w Winter River. Lydia jest przez cały czas prześladowana przez duchy przeszłości, na czele z przebiegłym Beetlejuice’m – bioegzorcystą z zaświatów (fenomenalny Michael Keaton). Astrid poznaje w Winter River sympatycznego Jeremy’ego (Arthur Conti), który zabiera ją do krainy umarłych. Kto ją stamtąd uratuje?

Film Burtona jest naprawdę udany – zabawny, pełen aluzji do poprzednich obrazów reżysera i do współczesnej popkultury (choćby Soul Train, który zabiera umarłych w zaświaty), kolorowy, nienaganny w kwestii kostiumów i charakteryzacji. Cała historia jest wielce nieprawdopodobna, ale zajmująca. Obraz zaświatów i wszystkich obecnych tam duchów i umarlaków robi wrażenie.

Fantastyczne jest także aktorstwo. Moją filmową ulubienicą jest, oczywiście, pełna wdzięku i uroku Astrid – Jenna Ortega. Liczę na to, że młoda aktorka nie zostanie zaszufladkowana jako bohaterka halloweenowych hitów, bo w dziewczynie tkwią talent i potencjał. Dobrze radzi sobie Ryder, O’Hara (niezapomniana mama Kevina) jest wprost boska. Wrażenie robią też Monica Bellucci jako Delores – zakochana w Beetlejucie wysysaczka dusz oraz Willem Dafoe jako Wolf Jackson.

Na wyróżnienie zasługuje też bardzo udana ścieżka dźwiękowa Danny’edo Elfmana, okraszona wieloma hitami spod znaku Soul Train, zaś Michael Keaton jako Beetlejuice śpiewający „Right here waiting” Richarda Marxa już stał się klasykiem.

„Beetlejuice Beetlejuice” nie jest filmem wyjątkowym, który przejdzie do historii kina, ale jest godnym następcą klasycznego już obrazu „Sok z żuka”. Myślę, że wszyscy nastolatkowie z lat 80-tych są wdzięczni Burtonowi za nakręcenie tego filmu. Nostalgiczny powrót do krainy duchów, w zabawnej i miłej atmosferze filmu, z pewnością nie jednemu widzowi poprawił humor. Obok filmu „Deadpool i Wolverine” film Burtona to jak dla mnie największa rozrywkowa niespodzianka tego roku. Mam nadzieję, że w okolicy Halloween film trafi do streamingu i wówczas uda mi się zobaczyć go raz jeszcze.

Moja ocena: 8/10

 

„MOTOCYKLIŚCI” (The Bikeriders), USA 2023

Premiera kinowa: 9 sierpnia 2024


Dziś słów kilka o najnowszym filmie Jeffa Nicholsa „Motocykliści” – bardzo przyzwoitej amerykańskiej produkcji.

Narratorem i główną bohaterką filmu jest urocza Kathy (Jodie Comer), która w barze poznaje przystojnego Benny’ego (Austin Butler). Okazuje się, że chłopak należy do gangu motocyklistów, któremu przewodzi charyzmatyczny Johnny (Tom Hardy). Obserwujemy Amerykę przełomu lat 60-tych i 70-tych. Członkowie grupy motocyklistów spotykają się w barze, podróżują motocyklami po Stanach i zyskują coraz większą popularność. Fenomen gangu zaczyna zataczać coraz szersze kręgi. Do grupy chcą dołączać uczestnicy z coraz odleglejszych części Ameryki, a kiedy prym z zespole pragną przejąć „młodzi”, sytuacja zaczyna wymykać się spod kontroli. A wszystko to rejestruje młody fotograf (znany z „Challengers” Mike Faist). Na podstawie jego zdjęć i dokumentacji powstała książka, na kanwie której Nichols nakręcił swój najnowszy film.

„Motocyklistów” ogląda się bardzo przyjemnie. Bohaterowie budzą sympatię, ciekawie odtworzone są realia Stanów Zjednoczonych lat 60-tych i 70-tych. Mimo obecności w filmie Toma Hardy’ego, niewątpliwą gwiazdą obrazu jest Austin Butler. To naprawdę niezwykle dobrze rokujący aktor. Uwielbiam jego popisowy występ w „Elvisie”, drugoplanowa rola w „Dunie” też robiła ogromne wrażenie. W „Motocyklistach” świetnie gra rolę nieco zagubionego, nigdy nie przestrzegającego prawa Benny’ego. Jego doskonałą towarzyszką jest kolejna obiecująca gwiazda – Angielka Jodie Comer, która coraz śmielej radzi sobie w dużych produkcjach i myślę, że jeszcze o tej aktorce dużo usłyszymy.

„Motocykliści” to przede wszystkim film o prawdziwej męskiej przyjaźni. Członkowie gangu bezwarunkowo się wspierają w myśli idei „Wszyscy za jednego”. To często ekscentrycy, nietuzinkowe postaci, skłóceni z prawem osobnicy, młodzi Amerykanie, którzy w motocyklowym gangu znajdują zrozumienie, szacunek, pasję, ale także rodzinę. A wszystko to rujnują nowi członkowie gangu.

Przyzwoite kino – te dwa słowa przychodzą mi na myśl, kiedy wspominam film „Motocykliści”. Obraz jest dobrze poprowadzony, historia nie nuży, postaci są wiarygodne, budzą emocje. Film już pewnie znika z kin, ale sądzę, że warto jest spędzić dwie godziny z szalonymi motocyklistami z filmu Jeffa Nicholsa. Zachęcam…`

Moja ocena: 7/10

poniedziałek, 16 września 2024

 

„LEE. NA WŁASNE OCZY” (Lee), USA / Wielka Brytania / Norwegia / Australia / Irlandia / Singapur 2023


Premiera kinowa: 13 września 2024

Kocham Kate Winslet. Od lat uważam ją za jedną z najwybitniejszych i najwszechstronniejszych współczesnych aktorek, zatem z dużymi oczekiwaniami i radością pobiegłem na film "Lee. Na własne oczy".

Kate Winslet gra w tej produkcji bardzo ciekawą postać - amerykańską modelkę, która w 1938 roku osiedliła się w Europie, w Wielkiej Brytanii, i stała się wybitną artystką-fotografikiem, a w czasie II wojny pracowała jako korespondentka wojenna. Jej zdjęcia znał wówczas cały świat. Aż wstyd powiedzieć, ale nigdy wcześniej nie słyszałem o tej niezwykle interesującej postaci, choć w filmie rozpoznawałem prezentowane w nim zdjęcia autorstwa Lee Miller.

Historia opowiedziana jest z perspektywy samej Elizabeth "Lee" Miller, która przedstawia koleje swojego losu synowi, Antony'emu (widziany niedawno w "Challengers" Josh O'Connor). Rozpoczyna się we Francji, gdzie Lee spędza wakacje w towarzystwie kulturalnej śmietanki towarzyskiej i gdzie poznaje Rolanda (Alexander Skarsgard). Jest już znana ze swoich śmiałych i niekonwencjonalnych zdjęć dla magazynów mody. Dla Rolanda przenosi się do Londynu, gdzie dzięki uporowi redaktor angielskiej edycji Vogue'a, Audrey Withers (bardzo dobra drugoplanowa rola Anrei Riseborough) otrzymuje pracę w tym szanowanym magazynie. Po wybuchu wojny podejmuje desperacką i szalenie odważną decyzję, by zostać pierwszą kobietą - korespondentem wojennym. Jedzie na front, fotografuje żołnierzy i miasta niszczone przez spadające bomby, tuż po wyzwoleniu dociera do obozów koncentracyjnych w Buchenwaldzie i Dachau, a jej zdjęcia stają się jednym z najistotniejszych świadectw Holocaustu.

Film jest ciekawy i prawdziwie zajmujący. Interesujące jest poznanie losów Lee - niezwykłej, barwnej i nietuzinkowej postaci. Kate Winslet jest świetna - chwilami zabawna, bardzo emocjonalna, prawdziwa, czuć w jej grze artystyczną duszę Lee Miller. To ciekawe, że do roli Amerykanki zdecydowano się wybrać brytyjską aktorkę. Może zdecydowało o tym podobieństwo Winslet do granej postaci, a może po prostu ogromny talent aktorki.

W filmie pojawia się cała plejada gwiazd, także francuskich aktorek: Marion Cotillard i Naoemie Merlant. Bardzo dobrą kreację tworzy też Andy Samberg jako David E. Scherman - amerykański przyjaciel Lee i jej współtowarzysz podczas wojennej tułaczki po Europie.

Bardzo autentyczny wydaje się być obraz wojny przedstawiony w produkcji. Film nie epatuje okrucieństwem, a sceny militarne, czy ukazujące okupowane miasta robią wrażenie wiarygodnych.

"Lee. Na własne oczy" to przede wszystkim obraz niesamowitej kobiety, kobiety, która nie bała się mówić o prawdzie i tej prawdy pokazywać, która nie przejmowała się konwenansami i łamała reguły i tabu, ale też kobiety złamanej życiem, koszmarnymi wspomnieniami z dzieciństwa oraz traumą wojny.

Bardzo polecam ten film - dla stworzonej atmosfery, dla głębszego poznania intrygującej postaci, ale przede wszystkim dla kolejnej wybitnej roli, którą na ekranie stworzyła wielka Kate Winslet. 

Moja ocena: 8/10

niedziela, 15 września 2024

 

„NIEPEWNOŚĆ. ZAKOCHANY MICKIEWICZ”, Polska 2024


Premiera kinowa” 13 września 2024

„To film piękny, wzruszający i mądry” – tak o swojej nowej produkcji powiedział reżyser biografii Adama Mickiewicz, Waldemar Szarek. Czy po obejrzeniu filmu można w pełni zgodzić się z opinią twórcy?

Akcja filmu rozgrywa się na Litwie, w okolicach Nowogródka, w roku 1822, jeszcze przed polskim przełomem romantycznym i momentem wydania „Ballad i romansów”.  Adam Mickiewicz (Nikodem Rozbicki), ubogi i skromny nauczyciel oraz początkujący, choć dobrze zapowiadający się poeta trafia do dworku rodziny Wereszczaków. Adam spotyka tam swoich przyjaciół z kręgu Filomatów i Filaretów – Michała Wereszczakę (Adrian Zaręba) i Tomasza Zana (Antoni Sałaj). Poznaje też panią Wereszczakową (Dorota Landowska), a przede wszystkim Marylę – uroczą siostrę Michała (Aleksandra Piotrowska), w której namiętnie i z wzajemnością się zakochuje.

Młodzieńcy umilają sobie czas spacerami nad jeziorem Świteź, szczebiotaniem po francusku z paniami, jazdą konną, ale także poważnymi patriotycznymi rozmowami na tematy narodowowyzwoleńcze. Niestety do dworku przybywa hrabia Wawrzyniec Puttkamer (Paweł Charyton), któremu obiecana została ręka Maryli…

Film nie jest biografią prezentującą przekrój życia naszego wieszcza narodowego, to jedynie urywek z biografii, pamiętne lato przed zdobyciem przez Mickiewicza sławy i zrewolucjonizowaniem historii polskiej literatury.

Film jest rzeczywiście pięknie nakręcony, w urokliwych sceneriach. Czuć romantyczną atmosferę i ogromną pracę twórców, którzy pieczołowicie odtworzyli realia epoki. wrażenie robią sceny kręcone pod wodą. Rozbicki, znany głównie z nienajlepszych ról w serialach i złych komediach, udźwignął tę ważną kreację i wypadł dobrze jako 22-letni Mickiewicz. Ogólnie, młodzi aktorzy są mocną stroną filmu.

Reżyser w ciekawy sposób wplata do filmu aluzje i nawiązania do twórczości poety. W dialogach słyszymy znane strofy jego poezji, na ekranie pojawiają się symbole nawiązujące do twórczości naszego narodowego wieszcza, a wszystko to przedstawione jest w sposób subtelny i nienachalny.

Co jest zatem z filmem nie tak? Czemu mnie rozczarował? Podczas projekcji myślałem sobie, że gdyby ten film zrobili Francuzi lub Brytyjczycy, byłaby to po prostu dużo ciekawsza produkcja. W filmie jest wiele dłużyzn, scen niewiele wnoszących do rozwoju akcji i pozyskania nowej wiedzy o Mickiewiczu. Mam też ogromne obawy, czy przekona młodego czytelnika do sięgnięcia po twórczość romantycznego wieszcza, która jest czytana przez uczniów niechętnie. Wątpię, czy film spełnia pokładane w nim oczekiwania – zachęcenia uczniów do czytania ambitnej klasycznej polskiej poezji. Owszem, film przybliża postać Mickiewicza, ale (może z wyjątkiem przygotowań do pojedynku z Puttkamerem) nie ukazuje go jako człowieka interesującego, czy pasjonującego.  To raczej bohater nijaki, oczywisty, nie do końca zajmujący.

Chylę czoła przed reżyserem filmu, Panem Waldemarem Szarkiem za tytaniczną pracę przy przygotowaniach do filmu, nienaganną znajomość kolei losów Mickiewicza, wrażliwość i estetykę. Nie mogę jednak wybaczyć zbytniej pasywności bohaterów, ich pozornej autentyczności oraz braku pomysłu na zainteresowanie młodego widza.

Moja ocena: 6/10