niedziela, 29 czerwca 2025

 

„MISSION IMPOSSIBLE – THE FINAL RECKONING” (Mission Impossible – The Final Reckoning), USA 2025


Premiera kinowa: 13 maja 2025

Jednym z największych tegorocznych przebojów z Hollywood jest ósma odsłona przygód tajnego agenta Ethana Hunta z cyklu Mission Impossible, kontynuacja „Dead Reckoning – Part One” z 2023 roku. Czy to możliwe, że to koniec jednej z najpopularniejszych serii szpiegowskich wszech czasów?

Naprawdę trudno w to uwierzyć, że Ethan po raz pierwszy zagościł w kinach blisko trzydzieści lat temu. Pamiętam tę premierę w 1996 roku i znakomity temat przewodni autorstwa duetu Larry Mullen i Adam Clayton. Film rozpoczyna się od podróży w przeszłość i wspomnień z bogatej i intrygującej kariery jednego z najpopularniejszych superagentów świata. Fabuła ósmej części nawiązuje ściśle do „Dead Reckoning”. Trwa walka z okrutnym Gabrielem (Esai Morales), który posiada część klucza do Entity – sztucznej inteligencji, która pragnie zyskać kontrolę nad światem. Druga część klucza znajduje się na dnie oceanu w zatopionej rosyjskiej łodzi podwodnej Sewastopol, której kapitanem był notabene sam Marcin Dorociński, który na chwilę w retrospekcjach pojawia się w filmie. Nasz niezłomny Ethan z narażeniem życia postanawia dostać się na pokład łodzi, by uratować świat. Wspomaga go niezastąpiona ekipa: Benji (świetny i do bólu brytyjski Simon Pegg), Luther (Ving Rhames), Paris (Pom Klementieff) oraz piękna Grace (Hayley Atwell). Zejście na dno oceanu niesie za sobą ogromne ryzyko. Czy Ethanowi uda się ujść z życiem i uratować planetę przed wpływami Entity?

Obsada w filmie tworzy znakomicie współdziałającą całość, którą dopełnia Angela Bassett jako Erika Sloane - amerykańska Pani Prezydent. Dobra jest też epizodyczna rola Hannah Waddingham jako Admirał Neely.

Seria zmieniła się na przestrzeni trzech dekad. Z odcinka na odcinek pojawiały się efekty specjalne tworzone z coraz większym rozmachem, u boku Hunta pojawiały się coraz piękniejsze kobiety, akcja stawała się coraz szybsza, by nie rzec coraz bardziej zawiła, a Ethan nie tracił na sprawności i kreatywności.

Premiera filmu zbiegła się z informacją, że Tom Cruise otrzyma w najbliższym roku Honorowego Oscara. To trochę dobra wiadomość, a trochę rozczarowanie, bo Cruise zasłużył na nagrodę aktorską już wielokrotnie, choćby za „Magnolię”, „Rain Mana”, „Urodzonego czwartego lipca”, czy nawet „Top Gun”. Poza tym jest nadal stosunkowo młodym i nadal aktywnym aktorem i być może w jego ręce mogłaby powędrować regularna statuetka, a nie Oscar Honorowy – nagroda pocieszenia.

Ósma część „Mission Impossible” jest, oczywiście, filmem zrealizowanym bardzo sprawnie i efektownie, za ogromne pieniądze, lecz nie jest to najlepsza odsłona cyklu. Trudno mi uwierzyć, że to koniec i jestem nieomal pewien, że Ethan Hunt będzie kontynuował swoje sztuczki superszpiega na kinowych ekranach.

Moja ocena: 7/10

niedziela, 18 maja 2025

 
69. KONKURS PIOSENKI EUROWIZJI ZA NAMI

Jak każdego roku dzielę się na blogu moimi spostrzeżeniami i opiniami dotyczącymi Konkursu Piosenki Eurowizji. Tegoroczna edycja odbyła się w Szwajcarii, w Bazylei, po ubiegłorocznym zwycięstwie Nemo. Szwajcarzy przygotowali naprawdę spektakularne widowisko z niesamowitymi efektami cyfrowymi. A poziom konkursu.  No cóż, było jak co roku.

Obok pięknych, świetnie zaśpiewanych typowo festiwalowych piosenek w stylu starej dobrej Eurowizji, pojawiły się piosenki słabe, kiczowate, że wspomnę tu przedstawicieli Malty, Finlandii, San Marino, czy Armenii. Nie brakowało także tzw, joke performances – czyli muzycznych żartów, które już nie raz zwyciężały. W tym roku propozycje Szwecji, czy Estonii także zdobyły uznanie, głównie dzięki telewidzom. .

Zdecydowanym zwycięzcą został JJ – przedstawiciel Austrii – z piosenką „Wasted Love”. Nie sposób nie dostrzec tu podobieństw do ubiegłorocznego zwycięzcy – Szwajcara Nemo – mariaż ambitnego popu ze śpiewem operowym, dramatyzm wykonania, dobry głos i ciekawy minimalistyczny zamysł choreograficzny. JJ zdecydowanie zwyciężył głosowanie jurorskie, zdobywając 258 punktów (druga Szwajcaria miała ich o 44 mniej), choć widzowie umieścili tę kompozycję poza podium – na 4. miejscu ze 178 punktami.

Na drugim miejscu znalazła się naprawdę piękna i fenomenalnie wykonana przez Yuval Raphael piosenka „New Day Will Rise” z Izraela. Jurorzy przyznali jej jedynie 66 punktów, ale bezapelacyjnie wygrała teległosowanie, zdobywając 297 punktów (Estonia na miejscu 2. w tej kategorii miała o 39 punktów mniej). Piosenkarce z Izraela nie było łatwo wystąpić na eurowizyjnej scenie z powodów politycznych, ale pokazała klasę i umiejętności.

W głosowaniu jury zwyciężyła Austria, na 2. miejscu uplasowała się znakomita Szwajcaria, na trzecim – Francja, na czwartym – Włochy, a na piątym - Holandia. Teległosowanie jako zwycięzcę wyłoniło Izrael, na drugim znalazła się Estonia, na trzecim – Szwecja, na czwartym – Austria, a na piątym – zaskakująco – Albania.

A co z naszą reprezentantką – Justyną Steczkowską. Nie ukrywam, że bardzo cenię tę wokalistkę, głównie za jej talent wokalny i pracowitość, choć Justyna z początków kariery i dzisiejsza Justyna po 30 latach to dwa różne światy i ten poprzedni świat bardziej mi odpowiadał. Steczkowska bez problemu przeszła do finału, pobijając tym rekord najdłuższej przerwy w występach na Festiwalu Eurowizji. Od jej pierwszego występu z przepiękną piosenką „Sama” mija właśnie 30 lat. Gdyby norweskie eliminacje wygrał żeński duet Bobbysocks – zwyciężczynie z 1985 z piosenką „Let It Swing” (pamiętam tę edycję Eurowizji, bo miałem wtedy świnkę), Justyna nie pobiłaby tego rekordu. 30 lat temu nasza reprezentantka zdobyła 18. miejsce, tym razem dotarła do 14. miejsca. Czy to sukces, czy porażka?

Porażką jest z pewnością brak dostrzeżenia tego nagrania przez profesjonalne jury w głosujących krajach. Polka otrzymała za bardzo dobrze wykonaną, ambitną piosenkę jedynie 25 głosów jurorskich: 5 z Australii, 4 z Azerbejdżanu, po 2 z Niemiec, Belgii i Estonii oraz 1 punkt z Francji i Izraela, co dało jej zaledwie 24. miejsce (spośród 26 uczestników).

Znacznie lepiej ze Steczkowską obeszli się widzowie Eurowizji, przyznając jej 139 punktów, co w tej kategorii dawało jej zasłużoną, wysoką 7. lokatę. Polka otrzymała następującą punktację od głosujących: 12 punktów – Islandia i Irlandia, 10 punktów – Belgia, Holandia i Wielka Brytania, 8 punktów – Norwegia, Hiszpania, Czechy, 7 punktów – Niemcy, Francja, Dania, 6 punktów – San Marino, Szwecja, 5 punktów – Austria, 4 punkty – Cypr i reszta świata (skumulowane głosy), 3 punkty – Ukraina, Luksemburg, Włochy, Szwajcaria, 2 punkty – Malta, 1 punkt – Australia. Dziękujemy wszystkim za te głosy i to bardzo cieszy, że występ Steczkowskiej został dostrzeżony.

Piosenka Justyny Steczkowskiej „Gaja” nie należy do prostych i łatwo wpadających w ucho. To dość ambitny utwór z przesłaniem. Artystka i jej ekipa postawili na show: piosenkarka przebiegła na scenie więcej niż ja przez cały ostatni rok, podbiegając prawie codziennie do autobusu komunikacji miejskiej, skakała, wiła się na scenie i wisiała nad sceną, podwieszona na linie, a przy tym cały czas śpiewała swoim dobrym, scenicznym głosem. To był naprawdę spektakularny performance. Ostatecznie Steczkowska zajęła 14. miejsce.

A na kogo głosowało polskie jury (w składzie: Anna Jurksztowicz, Krystian Ochman, Katarzyna Walczak, Jan Stokłosa i Tycjana Acquasata): 12 punktów – Szwajcaria, 10 – Holandia, 8 – Włochy, 7 – Austria, 6 - Litwa, 5 – Albania, 4 – Grecja, 3 – Francja, 2 – Norwegia i 1 punkt – Wielka Brytania. Tak jak w przypadku całej Europy, głosy profesjonalistów minęły się z głosami telewidzów – 12 punktów – Ukraina, 10 – Estonia, 8 – Szwecja, 7 – Austria, 6 – Litwa, 5 – Niemcy, 4 – Albania, 3 – Norwegia, 2 – Łotwa i 1 punkt – Finlandia, zatem wspomogliśmy sąsiadów.

Miło było posłuchać sympatycznych komentarzy Pana Artura Orzecha, a podająca nasze głosy Ola Budka z Radia 357 (i nie tylko) zrobiła to bardzo profesjonalnie.

Tak zakończył się festiwal łączący w sobie kicz i sztukę, przesłanie ze scenicznym żartem, talent z jego całkowitym brakiem. Zobaczymy, co za rok wydarzy się w Austrii…

Poniżej zdjęcie z moimi przyznawanymi przez cały koncert pozycjami.





sobota, 17 maja 2025

 

„INNEGO KOŃCA NIE BĘDZIE”, Polska 2024

Premiera kinowa: 28 lutego 2025


Dawno nie widziałem tak dobrego filmu, jak „Innego końca nie będzie” w reżyserii Moniki Majorek. Ten pozornie kameralny, statyczny obraz rodziny to prawdziwy wulkan emocji, porażające katharsis dla bohaterów i widzów.

28-letnia Ola (brawurowa rola Mai Pankiewicz) przybywa z Warszawy do swojego rodzinnego miasteczka po trzyletniej przerwie. Ola to ceniona artystka-fotografik, zdobywająca liczne prestiżowe nagrody, fotograf gwiazd. To kobieta niezależna i dobrze radząca sobie w życiu. Znajduje na swoim domu informację, że posesja jest na sprzedaż, zaś wewnątrz spotyka matkę (Agata Kulesza) z nowym partnerem (Cezary Łukaszewicz). Po raz pierwszy po trzech latach widzi się ze swoim rodzeństwem: jej brat Pipek (też bardzo dobry Sebastian Dela) nie podjął studiów, cały czas spędza w domu, a na pytanie, co zamierza robić w życiu, reaguje agresją. Jest też nastoletnia Ajka (Klementyna Karnkowska) – kiedy Ola wyjeżdżała z domu była jeszcze dzieckiem, teraz to dorastająca dziewczyna. Od początku między członkami rodziny istnieje wyczuwalne, trudne do zniesienia napięcie, głównie relacja matka – córka co chwila wybucha niekontrolowanymi emocjami, zarzutami, przywoływaniem kryzysów z przeszłości.

Natomiast między rodzeństwem szybko odżywa nić miłości i wzajemnego zrozumienia, wspomagana przez wspomnienia, wspólne oglądanie taśm rodzinnych, obrazów szczęśliwego domu ich dzieciństwa. Na zdjęciach i zarejestrowanych filmach można także zobaczyć ojca (Bartłomiej Topa), ale teraz jest on nieobecny w życiu rodziny. Co takiego wydarzyło się w tym typowym domu, w tej pozornie szczęśliwej rodzinie, której przyszłość poznajemy z urywków opowieści, rodzinnych taśm video, radosnych fotografii? Dlaczego Ola  nie pojawiła się w swojej miejscowości, w domu rodzinnym przez całe długie trzy lata?

Odkryciem filmu jest dla mnie Maja Pankiewicz – gra tak niezwykle naturalnie, przekonująco, jest niesamowita. Nigdy wcześniej nie widziałem tej dziewczyny na ekranie, a myślę, że przy odrobinie szczęścia już za chwilę może stać się najważniejszą polską aktorką swojego pokolenia. To ona jest motorem filmu, to ona dąży do prawdy i chce zrozumieć rodzinne tajemnice i katastrofy. Jej gra jest pełna emocji, ale potrafi być też powściągliwa. Dzielnie partneruje jej kolejna postać z młodego pokolenia – Sebastian Dela – jako niepogodzony z życiem, zagubiony i zamknięty w sobie, ale bardzo wrażliwy Ajko. Kulesza – jak zawsze – tworzy świetną, wyrazistą, zapadającą w pamięć rolę niepozbieranej emocjonalnie matki, która chce uciec od przeszłości i zacząć normalnie żyć.

Innego końca nie będzie, bo być nie może. Pewne rzeczy minęły i czasu nie można cofnąć, tak jak cofa się film na starym magnetowidzie, choć pragną tego wszyscy członkowie tej pokrzywdzonej przez los rodziny. Wspólne, pełne wspomnień i rozliczeń z przeszłością spotkanie rodzinne po raz kolejny na zawsze zmienia relacje między bohaterami i pozwala na odbudowę tego, co zostało zaprzepaszczone przez tragedię i trzyletnią rozłąkę.

Film jest świetny. Ogląda się go w całkowitej ciszy, każda scena jest ważna, każde słowo wnosi coś nowego do zrozumienia skomplikowanej rodzinnej sytuacji. To z pewnością najlepsza polska produkcja, jaką zobaczyłem w 2025 roku, a być  może mój film roku.

Moja ocena: 10/10

niedziela, 11 maja 2025

 

„FLOW’ (Strause), Łotwa / Belgia / Francja 2024



Premiera kinowa: 24 stycznia 2025

„Flow” to tegoroczny zwycięzca Oscara dla najlepszej animacji. Co ciekawe, nie jest to produkt Pixara, Disneya, czy innego wysokobudżetowego amerykańskiego studia. To film łotewski w reżyserii Gintsa Zilbalodisa. Czy to rzeczywiście najlepsza animacja sezonu?

Głównym bohaterem filmu jest sympatyczny czarny kot, samotnik, lekkoduch, który beztrosko biega sobie w okolicy lasu, kiedy nagle świat dotyka armagedon – zostaje zalany przez wody. Nasz zwinny czworonożny bohater ratuje się ucieczką na łódź. Szybko dołączają do niego inne zwierzęta: kapibara, ptak-sekretarz oraz lemur. I chociaż początki nie są najłatwiejsze i bohaterom trudno jest się porozumieć, wzajemne przełamywanie trudności prowadzi do ocalenia z żywiołu. Początkowe wzajemne animozje przeradzają się w owocną współpracę, która ratuje wszystkie zwierzęta od śmierci w wodnych odmętach.

Świat w filmie „Flow” to apokaliptyczny świat bez ludzi. W filmie nie pada nawet jedno słowo, a mimo to ogląda się go z zapartym tchem. „Flow” to swoiste ostrzeżenie, że jeżeli się nie zmienimy, jeśli nie wprowadzimy nowych nawyków, przyjaznych dla naszej Matki-Ziemi, świat w formie jaką znamy zniknie i władzę przejmą zwierzęta – bo to one mają lepsze instynkty, szybciej się przystosowują i to one mają większe szanse, żeby przetrwać kataklizm. Tym, co uderza w filmie, jest także solidarność bohaterów, ich umiejętność wspólnego radzenia sobie w trudnościach, ich współpraca i zrozumienie – mimo gatunkowej odmienności. To druga lekcja, która płynie z ekranu: jedynie współpraca i próba przełamywania niechęci wobec inności może nas doprowadzić do zwycięstwa.

Kot – główny bohater – jest postacią, której nie sposób nie lubić, choć nie znamy nawet jego imienia. Wszyscy zwierzęcy bohaterowie są bardzo pozytywni, nawet psy gończe, które przed wielką powodzią chcą schwytać kota, by w obliczu tragedii zawiązać z nim więzi przyjaźni i wzajemnie się wspierać, stają się dobrymi bohaterami.

„Flow” to piękna bajka z mądrym przesłaniem. Myślę, że spodoba się każdemu – zarówno dziecięcemu, jak i dorosłemu odbiorcy. To także ciekawe przełamanie amerykańskiej hegemonii w przemyśle kina animowanego. Polecam gorąco!

Moja ocena: 9/10

sobota, 10 maja 2025

 

„THE LAST SHOWGIRL” (The Last Showgirl), USA 2024


Premiera kinowa: 28 kwietnia 2025

Każdy pamięta piękną kanadyjską aktorkę Pamelę Anderson. Szczyt jej popularności przypadł na lata 90-te, kiedy u boku Davida Hasselhoffa zagrała rolę CJ – uroczej ratowniczki w serialu „Baywatch – Słoneczny Patrol”. Czy wyobrażacie ją w sobie w roli dramatycznej, chwytającej za serce?

Taką rolę udało się stworzyć Pameli Anderson w filmie „The Last Showgirl” w reżyserii Gii Coppoli. Anderson gra w filmie Shelley, gwiazdeczkę rewii, która dowiaduje się, że teatr, gdzie piękne kobiety tańczą i w świetle reflektorów pokazują swoje wdzięki to przeżytek, zainteresowanie rewią jest znikome i instytucja musi zostać zamknięta. Shelley nie jest ani profesjonalną aktorką, ani tancerką, ale rewia to całe jej życie. To przez pracę straciła kontakt ze swoją jedyną córką, Hannah (Billie Lourd). Ta pięćdziesięciokilkuletnia kobieta jest całkowicie zagubiona, nie wie co zrobić, pozbawiona pracy, zarobków, ale przede wszystkim tego, co kochała najbardziej – bycia na scenie.

Film „The Last Showgirl” napełnił mnie bezgranicznym smutkiem i refleksją nad przemijaniem czasu, jak szybko stajemy się niepotrzebni i jak łatwo jest nas zmiąć i wrzucić do kosza. Pamela Anderson i Janie Lee Curtis tworzą dwie przejmujące kreacje kobiet, które niegdyś odnosiły sukcesy, prezentowały swoje wdzięki i umiejętności na scenie, w pięknych kostiumach, pośród blichtru i reflektorów, a dziś są już nikomu niepotrzebne. Anderson tworzy rolę, o jaką nigdy byśmy jej nie podejrzewali – kobiety odartej z piękna i młodości, która jest jednak silna – walczy o siebie, nie chce odejść. Otrzymała za tę kreację nominację do Złotego Globu oraz Złotą Malinę – ale jest to tzw. Malina Odkupienia – dla aktorów, którzy dotychczas grali poniżej swoich możliwości. Świetna jest Jamie Lee Curtis. Jej scena tańca do „Total Eclipse of the Heart” Bonnie Tyler w kasynie to jedna z najbardziej poruszających scen w filmie – smutek, odejście, pożegnanie z karierą. To za tę rolę powinna otrzymać Oscara (a przynajmniej nominację), a nie za „Wszystko wszędzie naraz”.

Ten film to także oskarżenie w stronę Ameryki i ukazanie, że American Dream już od dawna nie działa, że Ameryka jest raczej krajem, w którym łatwo zostać pozbawionym wszelkich złudzeń niż naprawdę osiągnąć prawdziwy sukces. Nasuwa to pewne podobieństwa z ubiegłoroczną „Substancją” z Demi Moore – to, co nam jest już niepotrzebne, można usunąć, pozbyć się tego.

„The Last Showgirl” to ciekawe, poruszające amerykańskie kino niezależne. Film przemyka właśnie przez ekrany polskich kin i warto go zobaczyć.

Moja ocena: 7/10 (ale dla Anderson i Curtis po mocnym „9”)

piątek, 9 maja 2025

 

TOP 60 BILLY JOEL

Dziś urodziny obchodzi ulubieniec Ameryki, świetny piosenkarz i multiinstrumentalista, Piano Man, Mr Billy Joel. Piosenkarz jest świetny – potrafi uwodzić soulowym głosem w przepięknych balladach, ale w repertuarze ma też mnóstwo chwytliwych popowych kawałków, jak choćby „Uptown Girl”. Przygotowując tę listę obejrzałem sobie kilka teledysków Joela i doszedłem do wniosku, że aktor posiada także niekwestionowany talent aktorski. Już dawno powinienem był przedstawić mój subiektywny TOP 60 nagrań Billy’ego Joela, co niniejszym czynię. Enjoy!

60. A room of our own
59. My life
58. Big shot
57. The entertainer
56. The stranger
55. Pressure
54. That’s not her style
53. Sometimes a fantasy
52. Only the good die young
51. Worse comes to worst
50. All shook up
49. You may be right
48. Movin’ out (Anthony’s song)
47. No man’s land
46. She’s right on time
45. Keeping the faith
44. Until the night
43. You’re my home
42. Tomorrow is today
41. Travelin’ prayer
40. Modern woman
39. Back to the U.S.S.R.
38. Vienna
37. And soi t goes
36. Big man on Mulberry Street
35. This night
34. Allentown
33. Nobody knows but me
32. Stiletto
31. All my life
30. To make you feel my love
29. Say goodbye to Hollywood
28. Leave a tender moment alone
27. Sleeping with the television on
26. An Innocent man
25. You’re only human
24. Tell her about it
23. Goodnight Saigon
22. Honesty
21. Don’t ask me why
20. Baby Grand (& RAY CHARLES)
19. The night is still young
18. I go to extremes
17. All about soul
16. Scenes from the Italian restaurant
15. Lullaby (goodnight, my angel)
14. Turn the lights back on
13. This is the time
12. The longest time
11. A matter of trust
10. It’s still rock’n’roll to me
9. She’s got a way
8. Leningrad
7. The Downeaster Alexa
6. Uptown girl
5. Piano man
4. Just the way you are
3. She’s always a woman
2. We didn’t start the fire
1. The river of dreams



środa, 7 maja 2025

 

ROBERT HARRIS „Konklawe”, Wydawnictwo Albatros 2017


Czy może być lepszy dzień na promocję doborowej powieści mistrza thrillera politycznego Roberta Harrisa „Konklawe” niż dzień rozpoczęcia procedury wyboru nowego papieża?

Konklawe (od łac. cum clavis – pod kluczem) to zgromadzenie kardynałów w celu wyboru Ojca Świętego, zwykle po śmierci jego poprzednika. Wszystko odbywa się w sekrecie, w Watykanie, a wyborowi nowej głowy Kościoła towarzyszą skomplikowane przepisy i regulacje. Czy można napisać wciągającą, fascynującą powieść na ten pozornie arcynudny temat? Okazuje się, że tak.

Umiera papież. Dziekan Kolegium Kardynałów, Jacopo Lomeli, dostaje zlecenie organizacji konklawe. Do Rzymu przybywają kardynałowie z całego świata. Dość nieoczekiwanie dołącza do nich nikomu nieznany Filipińczyk, Vincent Benitez, mianowany in pectore przez Ojca Świętego tuż przed jego śmiercią. Podczas wyborów szybko wyłania się grupka faworytów. Są wśród nich afrykański biskup Adeyemi – po jego zwycięstwie byłby pierwszym czarnoskórym papieżem, konserwatywny Włoch Tedesco i włoski liberał Bellini, kanadyjski kardynał Tremblay oraz sam Dziekan Lomeli.

Po każdym głosowaniu atmosfera się zagęszcza, na jaw wychodzą różne sensacyjne informacje dotyczące przeszłości faworytów, a Dziekan Lomeli bacznie czuwa nad prawidłowym przebiegiem konklawe. Ile w decyzjach kardynałów jest natchnienia Ducha Świętego, a ile koniunkturalizmu, walki o władzę, chęci zysku i awansu oraz zwykłych ludzkich grzechów i przewinień?

Książkę w przekładzie Andrzeja Szulca czyta się rewelacyjnie, jak najlepszy thriller. To także źródło wiedzy o wyborze głowy Kościoła, o aktualnych tendencjach w kwestii religii, o historii Watykanu i papiestwa.  

„Konklawe” Harrisa to także ciekawe spostrzeżenia dotyczące kondycji współczesnego Kościoła i refleksja nad tym, ile w religii jest nadal prawdy i wiary, a ile udawania i kultu wartości dalekich od tych, które sławi Pismo Święte. Kardynałowie, których poznajemy, to intrygujące postaci, działające często na granicy prawa, dobra i zła. Zakończenie powieściowego konklawe przynosi ogromne zaskoczenie i prowadzi do wielu ciekawych refleksji.

Polecam tę lekturę wszystkim, bez względu na poglądy religijne i opinię o Kościele, bo to po prostu dobrze napisany, umocowany w źródłach tekst. Nie można także zapomnieć o niezwykle udanej adaptacji powieści Harrisa w reżyserii Edwarda Bergera z 2024 roku ze znakomitą rolą Ralpha Fiennesa jako Lomeliego (recenzję filmu także można odnaleźć na Popkulturalnym Maniaku).

Moja ocena: 8/10