sobota, 14 grudnia 2024

 

„WICKED” (Wicked), USA 2024


Premiera filmowa: 6 grudnia 2024

Jednym z pierwszych spektakli teatralnych, które zobaczyłem jako dziecko, był „Czarnoksiężnik z Krasiny Oz” na podstawie powieści L. Franka Bauma. Przedstawienie zafascynowało mnie swoim rozmachem, niesamowitą historią i zapadającymi w pamięć postaciami. Dorotka ze swoimi psem Toto, Blaszany Drwal, Tchórzliwy Lew i Strach na Wróble zostali ze mną na długo.

W 1995 roku amerykański pisarz Gregory McGuire stworzył powieść „Wicked: Życie i czasy Złej Czarownicy z Zachodu” – sequel historii o Czarnoksiężniku z Oz. Na podstawie książki powstał jeden z najbardziej znanych i odnoszących światowe sukcesy musicali, a w 2024 roku doczekaliśmy się filmowej adaptacji „Wicked”. To obecnie najpopularniejszy film na świecie, wyróżniony czterema nominacjami do Złotych Globów i jeden z najpoważniejszych pretendentów do oscarowych nominacji. Hype, który wytworzył się wokół filmu, przekracza wszelkie oczekiwania, głównie w USA. Na czym polega fenomen „Wicked”?

Musical Jona M. Chu rozpoczyna się od wiadomości o śmierci Złej Czarownicy z Zachodu. Informacja, że Zła Wiedźma nie żyje rozradowuje lokalną społeczność, zmęczoną i upokorzoną jej tyranią. Widaomość tę potwierdza piękna i dobra czarodziejka Glinda (Ariana Grande). Śmierć Złej Czarownicy jest okazją do cofnięcia się w czasie i wspomnień z młodości Glindy i Elphaby (Cynthia Erivo) – późniejszej Złej Czarownicy.

Dwie młode kobiety poznają się na Uniwersytecie Czarów i Magii Shiz, gdzie nieoczekiwanie otrzymują ten sam pokój. Glinda to rozpuszczona i nieprzyzwoicie bogata paniusia, uwodzicielska i czarująca, ale przesadnie skupiona na sobie, niedostrzegająca innych i przekonana o swojej wyjątkowości. W przeciwieństwie do swojej nowej współlokatorki Elphaba to skromna, choć obdarzona nadnaturalnymi mocami, zamknięta w sobie dziewczyna, od urodzenia żyjąca z piętnem swojej zielonej skóry. Nie ma towarzyskiego obycia i pozostaje obiektem niekończących się drwin, choć potrafi być stanowcza i upomnieć się o to, co jej się należy.

Musical jest historią niezwykłej przyjaźni Elphaby i Glindy, dzięki której Elphaba otwiera się na świat, a Glinda z rozkapryszonej bogaczki przeistacza się w wierną i oddaną przyjaciółkę. W filmie poznajemy także Madame Morrible (Michelle Yeoh) – najwybitniejszą nauczycielkę magii i czarów, która szybko dostrzega nieprzeciętny talent Elphaby oraz samego Czarnoksiężnika z Krainy Oz (Jeff Goldblum). Ważną postacią jest także przystojny student Uniwersytetu Shiz, książę Fijero (Jonathan Bailey), który mocno zawróci w głowie obu bohaterkom.

W nagrodę za swoje umiejętności i szybkie postępy Elphaba zostaje zaproszona do Oz przez samego Czarnoksiężnika. Co wydarzy się w pałacu w Krainie Oz? Dlaczego obdarzona dobrym sercem Elphaba stanie się znienawidzoną Złą Czarownicą?

Film nie daje odpowiedzi na wszystkie pytania i nie rozwiązuje wszelkich zagadek, gdyż jest jedynie pierwszą częścią tego spektakularnego widowiska – drugą poznamy za rok.

„Wicked” to prawdziwe fantastyczne widowisko, w którym widać dbałość o każdy ruch, każdy gest, każdy najdrobniejszy element scenograficzny i choreograficzny. Piękna jest ścieżka dźwiękowa musicalu, a popisy wokalne Ariany Grande i Cynthii Erivo robią piorunujące wrażenie. Nieprzypadkowo wymieniłem Grande jako pierwszą, choć gra rolę drugoplanową. Można uznać, że piosenkarka urodziła się, żeby wcielić się w rolę Galindy / Glindy – jest znakomita nie tylko wokalnie, ale też choreograficznie i … aktorsko. Wielu ekspertów przewiduje, że to do jej rąk powędruje Oscar za najlepszą rolę drugoplanową tego sezonu. Erivo, która posiada już jedną nominację za film „Harriet”, w tym roku powinna spodziewać się kolejnej. Obrazy skrzą się prawdziwą feerią barw, od pierwszej po ostatnią chwilę jest po prostu widowiskowo.

I choć film ma nieco dziecinną fabułę, to naprawdę piękna baśń o przyjaźni. A jeśli dodamy do tego dobrą muzykę („Popular” i „Defying Gravity” okupują już szczyty list przebojów) i niezwykłą estetykę filmu, otrzymujemy w sumie ciekawy amerykański produkt. No właśnie, nadal tylko produkt. Mimo to, doceniam film, bo lubię musicale i polecam grudniową wizytę w kinie na „Wicked”, który to film wprawi Cię w świąteczny nastrój.

Moja ocena: 8/10

niedziela, 8 grudnia 2024

 

TOP 60 DAWID PODSIADŁO

W tym tygodniu obejrzałem film „Dawid Podsiadło – dokumentalny”, podsumowujący letnią stadionową trasę artysty i dziesięciolecie jego kariery. Lubię tego chłopaka. Ma prawdziwy talent do pisania dobrych tekstów i chwytliwych melodii. Ma też wobec siebie ogromny dystans. Trudno było mu odpiąć od siebie łatkę zwycięzcy telewizyjnego talent show, ale teraz chyba już nikt o tym nie pamięta, a kariera Dawida Podsiadły to prawdziwy fenomen na naszym krajowym rynku. Właśnie wypuścił do sieci swoje nagranie i ma mnóstwo muzycznych projektów w głowie – przynajmniej tak wynikało z dokumentu. Zwycięzcą dla mnie może być tylko ten utwór – „W dobrą stronę” to nagranie, którym Dawid Podsiadło mnie do siebie przekonał i bardzo je cenię. Przedstawiam mój subiektywny zestaw TOP 60 Dawida Podsiadły! Enjoy!

60. Tu i teraz (& TATIANA OKUPNIK)
59. Byrd
58. !Happy!
57. Blant
56. Millenium
55. Nie kłami
54. Dżins
53. Forest
52. 4:30
51. Powiedz mi, że nie chcesz
50. Nie lubię Cię
49. Bridge
48. I’m searching
47. Za krótki sen (& DARIA ZAWIAŁOW)
46. T.E.A.
45. Cashew / 161644
44. And I
43. Block
42. Tapety
41. Halo
40. Vitane
39. Wirus
38. Najnowszy klip
37.
Son of Analog
36. No
35. Goodnight
34. Całe lata (& TACO HEMINGWAY)
33. Pięknie płyniesz
32. Tazosy
31. Focus
30. Four sticks
29. Wataha (MĘSKIE GRANIE ORKIESTRA 2016)
28. Elephant
27. Bóg
26. Jump
25. Nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości (MĘSKIE GRANIE ORKIESTRA 2021)
24. Eight
23. Where did your love go
22. Trofea
21.
Szarość i róże
20. Awejniak (& NOSOWSKA)
19. Pastempomat
18. Diable
17. Matylda
16. LIS
15. Bela
14. Trójkąty i kwadraty
13. To co masz Ty
12. Nie ma fal
11. Tamagotchi (Remix) (& TACONAFIDE)
10. Długość dźwięku samotności
9. Post
8. Niedopowieści (& PATRICK THE PAN)
7. Początek (MĘSKIE GRANIE ORKIESTRA 2018)
6. Nic nie może wiecznie trwać
5. Nieznajomy
4. Małomiasteczkowy
3. Mori
2. I Ciebie też, bardzo (MĘSKIE GRANIE ORKIESTRA 2021)
1. W dobrą stronę



 

„DAWID PODSIADŁO – DOKUMENTALNY”, Polska 2024

Premiera kinowa: 3 grudnia 2024


Dawid Podsiadło ma 31 lat i jest chłopakiem ze Śląska. Nie ma aparycji gwiazdy hollywoodzkiej w stylu Brada Pitta, albo George’a Clooney’a, nie ma też warunków głosowych George’a Michaela lub Freddie’go Mercury’ego. 10 lat temu niewiele osób go kojarzyło, a obecnie jest bodaj najpopularniejszym polskim wokalistą, zaś w ubiegłym sezonie jako pierwszy polski artysta sprzedał siedmiodniową trasę stadionową. Kupno biletu na to wydarzenie graniczyło z cudem.

Właśnie o tym fenomenie – fenomenie artysty i fenomenie takiej trasy koncertowej - opowiada film Tomasza Knittela „Dawid Podsiadło – dokumentalny”. Tournée objęło siedem koncertów w czterech miastach: Gdańsk, Wrocław, Poznań i Chorzów, a razem wydarzenie obejrzało ponad 500,000 widzów. Film „Dawid Podsiadło – dokumentalny” to zapis tej trasy – od 1 czerwca i występu w Gdańsku, aż po 22 i 23 czerwca, kiedy Dawid wrócił „do domu” i zaśpiewał nieopodal swojej rodzinnej Dąbrowy Górniczej – w Chorzowie.

Poznanie zaplecza organizacji takiej trasy, w którą zaangażowane są setki pracowników różnych profesji i różnych szczebli, wydaje się najciekawszą częścią filmu. Problemy techniczne, niedyspozycja ważnego członka zespołu (Patrick the Pan), nieoczekiwane zmiany pogody to tylko niektóre spośród trudności, które mnożą się podczas organizacji. Ale potem Dawid wychodzi na scenę i problemy się kończą. Dokument to także fragmenty naprawdę fantastycznie wyglądających i brzmiących koncertów, spotkania z fanami, rozmowy z nimi, krótkie przedstawienie gwiazd, które gościnnie towarzyszyły Podsiadle na scenie (Edyta Bartosiewicz, Artur Rojek, Daria Zawiałow, Vito Bambino, Kortez, Ralph Kamiński, Sanah, Kortez) i ukazanie niezwykle pozytywnej energii, która łączy artystów z Dawidem. Formuła koncertów, ich lokalizacja, organizacja to coś niesamowitego w naszej polskiej skali.

Dokument to także rozmowy z Dawidem – przygotowującym się do koncertów, ukazującym swoje przemyślenia na temat swojej pozycji na polskim rynku muzycznym i jego na nim przyszłości, podziękowanie osobom, dzięki którym dotarł tak daleko, podpatrywanie jego przedkoncertowej rzeczywistości. Podsiadło jawi się tu jako niezwykle skromny, życzliwy człowiek, mający wiele szacunku dla innych muzyków i dla swoich fanów. To, co mówi, jest proste, ale głębokie w swojej treści. Tylko czy film rzeczywiście pozwala nam dowiedzieć się czegoś nowego o Dawidzie Podsiadle – człowieku, muzyku, synu, przyjacielu? Czy intencją twórców filmu było ukazanie kulisów koncertów (to się udało znakomicie), czy przybliżenie sylwetki artysty, który dość umiejętnie chroni swoją prywatność (na tym polu film zawodzi).

Film to także możliwość ekskluzywnego zdobycia informacji o nowym nagraniu Dawida, które w nocy po premierze filmu trafiło do sieci („Pięknie płyniesz”), o planowanych kinowych pokazach zapisu koncertu w Chorzowie oraz o festiwalu muzycznym, który przygotowuje piosenkarz. Stąd kolejne pytanie: czy taki film był potrzebny młodemu artyście? Wprawdzie tego typu produkcje pojawiają się na świecie coraz częściej, pamiętam, jak z wypiekami na twarzy pobiegłem w 1991 roku do kina na film „In Bed with Madonna”, dokumentujący trasę Blonde Ambition, ale Madonna była wtedy jedną z największych gwiazd na świecie. No tak, a Podsiadło jest jedną z najważniejszych polskich gwiazd, więc może na taką produkcję już zasłużył. Ta wyprzedana trasa to naprawdę sukces spektakularny i bezprecedensowy. A ile jest w filmie komercji, a ile autentyczności?

Bardzo cenię Dawida Podsiadłę, lubię słuchać  jego muzyki, przed laty widziałem go raz na żywo i nie ukrywam, że bardzo chciałbym trafić na taki stadionowy koncert. A film? To ciekawy obraz trasy, który jednak nie wnosi nic nowego do wiedzy fana na temat samego artysty. Ponoć już za chwilę na Netflixie.

Moja ocena: 6/10

sobota, 7 grudnia 2024

 

„GLADIATOR II” (Gladiator II), USA / Wielka Brytania 2024


Premiera kinowa: 15 listopada 2024

Jednym z najczęściej zadawanych mi ostatnio pytań dotyczących kultury było pytanie: kiedy wreszcie recenzja „Gladiatora”? Czasu brakuje, los ostatnio nie obchodzi się ze mną łagodnie i nie ukrywam, że „Gladiator II” nie był moim priorytetem. Oczywiście, obejrzałem część pierwszą w roku 2000, Doceniłem scenariusz, świetną grę aktorów, głównie nagrodzoną Oscarem kreację Russella Crowe’a, niezwykle wysoko oceniam ścieżkę dźwiękową autorstwa Hansa Zimmera i rewelacyjnej Lisy Gerrard z Dead Can Dance, ale … to nie jest moje kino. Nie jestem fanem historycznych epickich opowieści z czasów starożytnych, takich jak „Ben Hur”, czy „Kleopatra”.

Wreszcie jednak się zmobilizowałem i zobaczyłem spektakularne widowisko Ridleya Scotta: „Gladiator II”.

Podczas ataku wojska rzymskiego pod dowództwem generała Acaciusa (Pedro Pascal) na tereny Numidii, Hanno (naprawdę rewelacyjny Paul Mescal) traci żonę i dostaje się do niewoli. Dzięki swoim wręcz nadprzyrodzonym umiejętnościom walki, zostaje kupiony przez zarządcę gladiatorów, Makrynusa (świetna rola Denzela Washingtona) i trafia do Rzymu, rządzonego przez psychopatyczne bliźnięta: cesarza Getę (Joseph Quinn) i cesarza Karakallę (Fred Hechinger). Dzięki mocy, inteligencji i wrodzonym umiejętnościom taktycznym Hanno udaje się wygrywać kolejne walki podczas igrzysk. Lucilla (piękna Connie Nielsen) – żona generała Acaciusa i córka Marka Aureliusza – rozpoznaje w nim swojego syna, którego przed laty została zmuszona porzucić po śmierci jego ojca, Maximusa (Crowe). Tymczasem w Rzymie wybucha powstanie…

Film jest bardzo sprawnie zrealizowany, dobry scenariuszowo, pełen spektakularnych scen zbiorowych i batalistycznych (choć chwilami efekty komputerowe nieco przeszkadzają, jak choćby podczas walki gladiatorów z krwiożerczymi małpami). „Gladiator II” zaskakująco epatuje przemocą i okrucieństwem, nie spodziewałem się, że w obrazie pojawi się aż tak wiele momentów pełnych zabijania, tortur i krwi.

Aktorstwo jest doborowe. Moją szczególną uwagę zwrócili Quinn i Hechinger jako młodzi obłąkani imperatorzy. Bardzo dobra jest Connie Nielsen jako Lucilla, matka, która po latach rozłąki odnajduje ukochanego syna. Naturalnie nie zawodzi Denzel Washington – szykuje się chyba kolejna nominacja do Oscara, ale niekwestionowaną gwiazdą filmu jest 28-letni Irlandczyk, Paul Mescal. Aktor dość mocno zaistniał już w kinie w produkcjach „Aftersun” (nominacja do Oscara) i ‘Dobrzy nieznajomi” (obie pozycje zrecenzowane na Popkulturalnym Maniaku), ale w ‘Gladiatorze” tworzy najbardziej jak dotąd nieoczekiwaną rolę. Hanno – Lucius to wrażliwiec jakiego znamy z poprzednich ról, który na arenie wciela się w niczym nieposkromionego gladiatora, gotowego zabić bez skrupułów, by tylko przetrwać. Należy też docenić, jak wielkiej metamorfozy własnego ciała dokonał aktor, by wypaść na ekranie wiarygodnie. Jeśli ktoś z obsady ‘Gladiatora II” zasłużył na oscarową nominację, z pewnością jest to Paul Mescal, który umiejętnościami i talentem dorównuje swojemu filmowemu ojcu (Russell Crowe). Miło było także zobaczyć ponownie wielkiego brytyjskiego aktora, Dereka Jacobi.

Akcja płynie bardzo wartko, blisko 150 minut mija niepostrzeżenie, w sequelu znajdziemy wiele nienachalnych nawiązań i aluzji do części pierwszej, co może pomóc nowym widzom zrozumieć zawiłości fabuły. Dobra jest muzyka Harry’ego Gregsona-Williamsa, choć nie ma siły soundtracku Hanza Zimmera.

Podsumowując, film mnie pozytywnie zaskoczył – swoim rozmachem, rozwiązaniami, znakomitą grą aktorską, choć … to nadal nie do końca moje kino, a moim ulubionym filmem Ridleya Scotta pozostaje „Thelma i Louise”.

Moja ocena: 8/10

piątek, 6 grudnia 2024

 

WIT SZOSTAK „Rumowiska”, Wydawnictwo Powergraph 2023


Moim tegorocznym odkryciem literackim jest Wit Szostak. Tak, wiem, to pisarz ze znacznym już dorobkiem, nominacjami do Nike i ustaloną wysoką pozycją w świecie książki, ale dopiero w tym roku sięgnąłem po jego pozycję – niezwykłą powieść „Rumowiska”. A stało się tak za sprawą bloga Zdaniem Szota (autorstwa Wojciecha Szota z Gazety.pl), który wybrał „Rumowiska” książką roku 2023. Dla mnie to polska powieść A.D. 2024.

„Rumowiska” to ciągnąca się na przestrzeni wielu lat historia rodziny Chodnikiewiczów. Właśnie umiera senior i centralna postać rodziny – dziadek Tomasz – wybitny umysł, intelektualista, działacz antykomunistycznej opozycji i poseł na Sejm.

„Wymazywanie dziadka Tomasza z mieszkania na Sarego mogło wyglądać brutalnie, ale było częściowe. W domu zostawała przecież babka, a z nią wspólne rzeczy, meble. Trzeba było opróżnić niektóre szuflady, i półki szaf, by życie mogło toczyć się dalej, jakby rzeczy pozostawione przez zmarłego wkręcały się w szprychy i zębatki działającego jeszcze mechanizmu, zacinając się i spowalniając…”

Głównym bohaterem książki jest jego wnuk – Tomasz junior – i to z jego perspektywy poznajemy losy rodu. Chodnikowiczowie, mieszkający w Krakowie, a potem w podkrakowskich Świniowicach, to ród mocno naznaczony wojną. Przez długie lata dziadek Tomasz i babka Helena dzielili mieszkanie z człowiekiem, o  którym nie wolno było rozmawiać, który przemykał jedynie korytarzem mieszkania w kamienicy, z którym nie było kontaktu. Ten układ był wynikiem powojennych dokwaterowań, ale dorosłemu Tomaszowi juniorowi udało się ustalić, kim naprawdę był tajemniczy lokator i że niewiele w etosie dziadka było prawdą.

„Rumowiska” to także opowieść o rodzicach Tomasza – ojcu - opozycyjnym dziennikarzu, który traci pracę, wyjeżdża do Niemiec, by harować na budowie, a po powrocie podejmuje trud budowy domu, który ostatecznie staje się przyczynkiem rozpadu rodziny oraz matce – wiecznie zabieganej i nieobecnej lekarce, robiącej karierę naukową.  Po obserwacji siermiężnych lat 80-tych otrzymujemy ciekawy obraz transformacji lat 90-tych – wściekłej, niekontrolowanej, silnie wpływającej na bohaterów. To jednak historia dalsza – czasy wojny i powojnia – odciskają największe piętro na mieszczańskiej (co często podkreślają bohaterowie, zwłaszcza dziadek Tomasz) rodzinie.

Cała powieść poprzetykana jest esejem o wodzie, ciekach, rzekach, strumieniach i potokach, które, walcząc z przeciwnościami natury, docierają wreszcie do swojego ujścia. To swoista metafora meandrów ludzkiego losu. Do terminologii wodnej odnosi się tytuł powieści – rumowiska to gruz, kamienie i inny materiał przyniesiony i zgromadzony gdzieś przez rzekę wraz z jej prądem. Powieściowe rumowiska to wszystkie rodzinne sekrety, które Tomasz powoli odkrywa, szukając swojej prawdziwej historii i tożsamości.

Ważnym aspektem literatury jest dla mnie zawsze język i tutaj Wit Szostak staje w pełni na wysokości zadania – powieść jest napisana pięknym, erudycyjnym literackim językiem, pełnym niezwykłych zabiegów stylistycznych, aluzji i nawiązań. Nie jest to bardzo łatwa lektura, ale daje wiele przyjemności i poczucia obcowania z pięknem mowy polskiej.

„Rumowiska” to książka wybitna, zajmująca, interesująco i nowatorsko skonstruowana i napisana pięknym językiem. Czego innego można oczekiwać od literatury? Powieść będzie doskonałym prezentem świątecznym dla bliskich i dla siebie.

Myślę, że niebawem na Popkulturalnym Maniaku znajdziecie recenzję wcześniejszej powieści Szostaka „Szczelinami”.

Moja ocena: 10/10

środa, 4 grudnia 2024

 
„HERETIC” (Heretic), USA / Kanada 2024


Premiera kinowa: 22 listopada 2024

Czy wam, tak jak mnie, Hugh Grant kojarzy się jedynie z rolami sympatycznych, nieco zagubionych  kolesi w romantycznych komediach? To przecież Edward z „Rozważnej i romantycznej”, uroczy Charles z filmu „Cztery wesela i pogrzeb”, partnerujący Julii Roberts William z „Notting Hill, czy wreszcie Daniel Cleaver z serii produkcji o Bridget Jones. Jak zatem Grant mógł zagrać psychopatycznego i owładniętego religią mordercę kobiet? Otóż, mógł i nawet mu się to udało.

Grant jako pan Reed w swoim najnowszym filmie „Heretic” też jest sympatyczny, ale tylko przez kilka pierwszych chwil.

Pewnego deszczowego dnia do drzwi pięknej, lecz nieco osobliwej posiadłości na wzgórzu próbują się dostać dwie młode dziewczyny – siostra Barnes (Sophie Thatcher) i siostra Paxton (Chloe East). Te młode Amerykanki to misjonarki, które z Księgą Mormona pod pachą wędrują od domu do domu, nawracając innowierców. Drzwi w willi na wzgórzu otwiera im sympatyczny pan Reed (Grant), który oferuje im placek jagodowy, rzekomo upieczony przez swoją żonę, i angażuje dziewczyny do udziału w skomplikowanej intelektualnej grze - dyspucie religijne. Deszcz przechodzi w gwałtowną burzę, ale misjonarki mino to postanawiają jak najszybciej opuścić posiadłość. Wtedy okazuje się, że wszystkie wyjścia są zablokowane, a dziewczyny trafiają do piwnicy domostwa. Wtedy sprawy wymykają się spod kontroli. Czy młodym mormonkom uda się ujść z życiem z siedziby paranoicznego porywacza kobiet?

Film jest skrzyżowaniem horroru i thrillera. Pomysł jest niezły, Grant i młode aktorki naprawdę dobrzy, ale produkt finalny potwornie rozczarowuje – chaosem, odrealnionymi pomysłami, nieoczekiwanymi rezurekcjami i ogólnym scenariuszowym bałaganem. Początek filmu jest naprawdę obiecujący, twórcy tworzą absorbujący klimat i widz może mieć nadzieję na dobre, mroczne kino z zagadką, a otrzymujemy rozczarowujące dziełko z próbą wprowadzenia nadnaturalnych elementów. Myślę, że właśnie te próby zastraszenia widzów wizją koszmarnej mistyczki i niezrozumiałymi do końca wydarzeniami, które mają miejsce w podziemiach domu Reeda są najsłabszym elementem filmu. Prostsza historia o dziewczynach uwięzionych przez religijnego psychopatę i desperacko walczących o przetrwanie byłaby z pewnością filmem ciekawszym i atrakcyjniejszym.

Czy polecam film „Heretic”? Zdecydowanie – nie. Być może wielbiciel horrorów odnajdzie w obrazie coś dla siebie, ale ogólnie – mimo mojej dużej sympatii do Hugh Granta i pełnej akceptacji ról żeńskich – film odstrasza, zatem: zostańcie w domu.

Moja ocena: 4/10

wtorek, 3 grudnia 2024

 

„MINGHUN”, Polska 2024

Premiera kinowa: 29 listopada 2024


Minghun to wzruszająca azjatycka ceremonia zaślubin dwojga zmarłych niedawno młodych ludzi. Ludzi, którzy przed śmiercią nawet się nie znali, nie zdążyli stworzyć jeszcze stałego związku, ale rodzina chce, by w zaświatach nie musieli odczuwać samotności, by mogli kogoś pokochać, być z kimś szczęśliwi.

Rytuał ten stał się kanwą najnowszego filmu Jana P. Matuszyńskiego, twórcy głośnej „Ostatniej rodziny” oraz „Żeby nie było śladów”. Akcja filmu rozpoczyna się podczas święta chińskiego Nowego Roku. Jerzy (wybitna rola Marcina Dorocińskiego) spotyka tu swoją córkę, Masię (Natalia Bui). To owoc jego związku z chińską muzyczką Lan (Fenfen Huang), która przed 15 laty zmarła na chorobę nowotworową. Masia jest piękną 21-letnią kobietą, tak jak matka jest muzykiem. Niestety, podczas powrotu z chińskiego przyjęcia noworocznego dziewczyna ginie w tragicznym wypadku samochodowym.

Jerzy zostaje sam. Rozpoczyna się okres żałoby i przygotowań do pogrzebu. Do Polski przyjeżdża także dziadek Masi, Benny (Daxing Zhang), który twierdzi, że przyśniła mu się zmarła córka i zażyczyła sobie ceremonii Minghun dla Masi.

Dwaj zdesperowani mężczyźni zaczynają poszukiwać właściwego kandydata wśród właśnie zmarłych młodych mężczyzn. Prowadzi to do nieoczekiwanych odkryć dotyczących Masi i jej życia. Czy w Polsce uda się doprowadzić do tak obcej kulturowo ceremonii?

Film jest przesycony smutkiem. Dorociński niezwykle udanie tworzy postać mężczyzny, który traci najbliższą osobę i zatraca się w bólu, jednocześnie podejmując wszelkie starania, by zapewnić ukochanej córce godny pochówek. Bardzo dobry jest też Zhang jako nieco irytujący dziadek Benny, którego nie łączą z zięciem najlepsze relacje, a z którym musi przejść przez okres żalu, rozstania i żałoby.

Film mówi dużo o śmierci i życiu po życiu. Interesujące jest ukazanie procesu żałoby w zderzeniu dwóch tak obcych sobie kultur. Jerzy i Benny muszą znaleźć jakieś wspólne elementy kulturowe, by sprostać ceremonialnym oczekiwaniom wobec śmierci Masi.

Odkryciem produkcji jest dla mnie Ewelina Starejki, która wciela się w rolę matki Borysa, przyjaciela Masi. Gra świetnie zagubioną, prostą kobietę, która właśnie straciła dziecko i musi stawić czoła chińskiemu rytuałowi Minghun.

Film ogląda się ciekawie, twórcom nie udało się jednak porwać mnie emocjonalnie. „Minghun” przywodzi wspomnienie innej doskonałej produkcji o azjatyckich rytuałach pogrzebu – japońskiego obrazu „Pożegnania” – zdobywcę Oscara dla filmu nieanglojęzycznego z 2009 roku. Tamten film wycisnął ze mnie całą moc wrażeń, jeszcze długo po seansie nie mogłem o nim przestać myśleć, do dziś uważam go za jeden z ważniejszych obrazów, jakie widziałem. „Minghun” wywołał we mnie zaledwie letnie emocje, choć muszę przyznać, że Dorociński był doskonały.

Film jest smutny, ale mimo wszystko warto go zobaczyć.

Moja ocena: 7/10