niedziela, 19 maja 2024

 
„DOBRZY NIEZNAJOMI” (All of Us Strangers), USA / Wielka Brytania 2023


Premiera kinowa: 9 lutego 2024

Na świecie powstają tak ogromne ilości filmów, że coraz rzadziej dzieje się, że jakaś produkcja całkowicie zaskakuje zarówno formą, jak i treścią. Takim zaskoczeniem z pewnością jest film „Dobrzy nieznajomi” Andrew Haigha, twórcy świetnego „45 lat” z Charlotte Rampling. Film powstał na motywach powieści „Strangers” japońskiego twórcy Taichi Yamada.

Akcję rozgrywającego się w Londynie obrazu rozpoczyna alarm przeciwpożarowy w nieomal opustoszałym wieżowcu. Okazuje się, że budynek jest zamieszkały jedynie przez dwóch młodych mężczyzn – Adama (niesamowity w tej roli Andrew Scott) i Harry’ego (coraz śmielej poczynający sobie irlandzki aktor, Paul Mescal). Między bohaterami szybko rodzi się nić porozumienia i seksualna fascynacja.

Samotny dotąd Adam ku swojemu zdziwieniu odkrywa, że ma kontakt ze swoimi nieżyjącymi od dawna rodzicami, którzy zginęli w wypadku samochodowym, kiedy był jeszcze dzieckiem. Matka (Claire Foy) i ojciec (Jamie Bell) powoli poznają dorosłe życie syna, dowiadują się o jego pracy, orientacji, nowej miłości. Kontakt z rodzicami szybko się jednak urywa, a Harry także tajemniczo znika z życia Adama. Co naprawdę dzieje się w życiu Adama? Dlaczego doświadcza tak wielu nieoczekiwanych zmian? Czemu nagle zaczyna przekraczać stany świadomości, niedostępne zwykłym śmiertelnikom?

„Dobrzy nieznajomi” to film niezwykły, trudny do interpretacji. Rodzi się pytanie (Uwaga: SPOILER), czy Adam i Harry w ogóle żyją, czy spotykają się po swojej śmierci. Być może obaj zginęli w pożarze wieżowca na początku filmu. Przeczyłaby temu jednak ostatnia scena filmu, kiedy przy dźwiękach „The Power of Love” Frankie Goes To Hollywood – jednej z najpiękniejszych piosenek wszech czasów o miłości – bohaterowie stają się jednością i światłością. Hipoteza o śmierci głównego bohatera byłaby jednak wytłumaczeniem niezwykłego pojawienia się rodziców w życiu bohatera – może wszyscy są w obrazie duchami?

Film ma tyluż entuzjastów, co przeciwników. Mnie, poza grą aktorską całej czwórki głównych bohaterów i wspaniałą ścieżką dźwiękową z przebojami z lat 80-tych i 90-tych, najbardziej ujęła tajemniczość i oniryczność filmu, akcja tocząca się na granicy jawy i snu, przenikanie się świata realnego i świata fantazji.

„Dobrzy nieznajomi” to aktorski pojedynek Andrew Scotta i Paula Mescala. Scott tworzy skomplikowaną postać młodego człowieka, mocno doświadczonego przez los (śmierć rodziców, prześladowanie w szkole), wyjątkowo wrażliwego i samotnego. Rola Harry’ego była też dużym wyzwaniem zawodowym dla Mescala – od pewnego czasu obserwuję rozwój zawodowy tego młodego Irlandczyka – od roli Connella w serialu „Normalni ludzie” na postawie powieści Sally Rooney, którą się zachwyciłem swego czasu, po rolę młodocianego ojca w filmie „Aftersun” i myślę, że Mescal jest jedną z gwiazd, do których należy przyszłość. Świetne role w „Dobrych nieznajomych” tworzą także Foy i Bell.

„All of us Strangers” nie jest filmem dla wszystkich. W filmie nie ma typowej wartkiej akcji, nic nie jest pewne, balansujemy na granicy świata realnego i niematerialnego, wszystko jest tajemnicą, ale właśnie to czyni obraz Andrew Haigha filmem wybitnym.

Moja ocena: 8,5/10

 
„BRACIA ZE STALI” (The Iron Claw), USA / Wielka Brytania 2023


Polska premiera: 16 lutego 2024

W sezonie oscarowym łatwo było przegapić ważne i wartościowe pozycje. Film „Bracia ze stali” Seana Durkina to obraz z pewnością zasługujący na większą uwagę.

Film opowiada opartą na faktach historię najsłynniejszej amerykańskiej rodziny zapaśników Von Erich – rodziców – Fritza (Holt McCallany) i Doris (Maura Tierney) oraz ich czwórki synów (piąty chłopiec zmarł w dzieciństwie) – Kevina (Zac Efron), Davida (Harris Dickinson), Mike’a (Stanley Simmons) i Kerry’ego (Jeremy Allen White). Początkowo wrestlingiem zajmowała się trójka braci, gdyż Kerry z sukcesami trenował lekkoatletykę (zakwalifikował się nawet na Olimpiadę w Moskwie), ale po amerykańskim bojkocie zawodów w Związku Radzieckim, dołączył do braci. Mordercze i niebezpieczne treningi, całkowite pozbawienie emocji i nieokazywanie sobie uczuć, bezwzględne posłuszeństwo ojcu i kwestii sportu tworzyły ciężką atmosferę domu rodziny Von Erichów. Do czego może doprowadzić takie traktowanie czwórki młodych chłopców?

„Bracia ze stali” to pokaz świetnego aktorstwa. Gdyby ktoś kiedyś powiedział mi, że Zac Efron stworzy kreację, która mnie poruszy i zachwyci, zarechotałbym szyderczo. Tymczasem Efron zmienia się do roli fizycznie i jest w niej doskonały jako zawodnik, nieśmiały i nienauczony emocji kochanek, czy posłuszny ojcu syn. Nie sądzę, żeby aktor miał jeszcze szansę otrzymać kiedyś tak dobrą rolę. Równie intrygujący jest brytyjski aktor Harris Dickinson, który dla potrzeb filmu także całkowicie zmienia swoje emploi. Simmons jako wrażliwy muzyk całkowicie niezrozumiany przez apodyktycznego ojca, czy Allen White, który po porzuceniu kariery lekkoatlety jest zupełnie zagubiony jako początkujący zapaśnik, nie ustępują Efronowi i Dickinsonowi. Bardzo dobrzy są także McCallany i Tierney jako rodzice młodych sportowców, specyficznie rozumiejący miłość rodzicielską.

Film znakomicie oddaje atmosferę przełomu lat 70-tych i 80-tych. Pokazuje jednak przede wszystkim, do czego prowadzą wybujałe, niespełnione ambicje rodziców wobec swoich dzieci i jak kończy się wychowanie bez uczuć i miłości. Metoda twardej ręki, czy żelaznego uścisku (jak film nazywa się w wersji oryginalnej) nie może chyba przynieść oczekiwanych rezultatów, choć prawdą jest, że członkowie rodziny Van Erichów odnoszą spektakularne sukcesy w sporcie.

Trudno mi jest zrozumieć, dlaczego film zupełnie przepadł w sezonie oscarowym. Jest to perfekcyjna amerykańska propozycja, skrojona na potrzeby sezonu festiwali i nagród filmowych. Dystrybucją produkcji w Polsce zajął się Gutek Film, specjalizujący się w ambitnym, wartościowym kinie artystycznym, a film nie znalazł uznania wśród krytyków nominujących do najważniejszych nagród.

„Bracia ze stali” to porządne amerykańskie kino w starym stylu i poruszająca, prawdziwa historia. Dlatego z pełną odpowiedzialnością zachęcam do obejrzenia produkcji.

Moja ocena: 8/10

sobota, 18 maja 2024

 

„KASKADER” (The Fall Guy), USA 2024


Premiera kinowa: 3 maja 2024

Komedia akcji z elementami romantycznymi – czyż już sam gatunek nie zachęca do oglądania? A na dodatek w głównych rolach pojawiają się przystojny Ryan Gosling i śliczna, brytyjska do szpiku kości Emily Blunt. Czy taki film można przegapić?

On – Colt (Gosling) jest światowej sławy kaskaderem, dublerem hollywoodzkiej gwiazdy -Toma Rydera (świetny Aaron Taylor-Johnson). Ona – Jody (Blunt) jest uznaną operatorką zdjęć, która dostaje szansę życia jako reżyserka wysokobudżetowej produkcji. On i ona mają się wyraźnie ku sobie, ale na planie filmu dochodzi do dramatycznego wypadku – Colt spada z wysokości, cudem uchodzi z życiem i porzuca karierę filmową i zawód kaskadera.

Mija rok i okazuje się, że Jody potrzebuje Colta – Tom Ryder, główna gwiazda jej najnowszej produkcji – znika w tajemniczych okolicznościach i Colt musi go w pewnych scenach zastąpić. Na miejscu – na planie filmowym w malowniczej Australii - okazuje się, że Jody wcale nie wzywała Colta, że ma mu za złe usunięcie się z filmu i z jej życia, ale Ryder rzeczywiście zaginął w tajemniczych okolicznościach. Dochodzi do całej serii nieprzewidzianych incydentów i zbiegów okoliczności z morderstwem w tle. Czy uda się odnaleźć zaginionego gwiazdora? Czy Colt i Jody mają szansę na odnowienie swojego związku? Czy prawdziwa miłość zwycięży?

Film ma w sobie wszystko – szybką akcję, parę atrakcyjnych głównych bohaterów, dobrą ścieżkę dźwiękową, liczne spektakularne sceny (jak choćby te z helikopterem). chwilami jest zabawny, a jednak… Czegoś bardzo zabrakło. Może spójności. Może lepszego scenariusza. Film swobodnie nawiązuje do klasyków kina akcji: „Jamesa Bonda”, „Miami Vice” i nawiązania te są zabawne. Bawią też aluzje do „Diuny” w „Metalstorm” superprodukcji reżyserowanej przez Jody.

W filmie zdecydowanie lepiej wypada Gosling, który już wielokrotnie udowodnił, że ma talent komediowy. Choć uwielbiam Emily Blunt, jej rola nie przekonała mnie i nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia, zdecydowanie wolę ją w rolach dramatycznych. Zarówno Gosling, jak i Blunt otrzymali w tym roku nominacje do Oscara (za „Barbie” i „Oppenheimera”) – obawiam się, że „Kaskader” nie pozwoli im na zdobycie kolejnych nominacji. Dobrze wypada Aaron Taylor-Johnson jako zblazowany gwiazdor z Hollywood, ale odkryciem tego filmu jest dla mnie Hannah Waddingham, wcielająca się w rolę przebiegłej producentki Gail – jest w tej kreacji doskonała.

„Kaskader” miał potencjał, by stać się kultową komedią z elementami kina akcji, ale pozostanie filmem zalewie poprawnym, o którym wkrótce wszyscy zapomnimy.

Moja ocena: 5/10

 

„POKÓJ NAUCZYCIELSKI” (Das Lehrerzimmer), Niemcy 2023


Premiera kinowa: 15 marca 2024

Dla wielu praca nauczyciela to przede wszystkim nieomal permanentne wakacje, przerywane krótkimi okresami pracy, nie kończące się wycieczki i coroczne powtarzanie uczniom tych samych treści (no bo przecież program się zmienia, ale angielski, niemiecki, czy matematyka pozostają bez zmian). Produkcja „Pokój nauczycielski” w reżyserii Ilkera Cataka – niemiecki kandydat do Oscara dla Najlepszego Filmu Międzynarodowego – pokazuje, że rzeczywistość pracy w szkole nie jest aż tak prosta i kolorowa.

Carla Nowak (fantastyczna Leonie Benesch) – młoda niemiecka nauczycielka polskiego pochodzenia pracuje w szkole podstawowej. Uczy wychowania fizycznego i matematyki. Praca nie jest łatwa, uczniowie nie zawsze słuchają nauczycieli i, jak to w szkole, nie zawsze stosują się do ich zaleceń. Większym problemem jest jednak seria kradzieży, która dotyka także nauczycieli. Kiedy podejrzenie pada na Alego, jednego z chłopców z wychowawczej klasy Carli, młoda i nadal pełna ideałów nauczycielka postanawia baczniej przyjrzeć się sprawie. Kiedy udaje jej się ustalić prawdziwego, zaskakującego sprawcę kradzieży, sytuacja zaczyna wymykać się spod kontroli, a Carla zostaje poddana ostracyzmowi i sama staje się ofiarą.

Choć „Pokój nauczycielski” to typowe kino zaangażowane społecznie, film ogląda się jak prawdziwy, doskonały thriller. Twórcy filmu kreują szczególną, niezwykłą atmosferę, czekamy, do czego mogą posunąć się uczniowie, nauczyciele i inni pracownicy szkoły w zaistniałej sytuacji. Leonie Benesch jako Carla tworzy naprawdę zapadającą w pamięć kreację (nominacja do Europejskiej Nagrody Filmowej dla najlepszej europejskiej aktorki). Ciężko obserwuje się jej próby walki o godność i sprawiedliwość, na szczęście nie pozostaje w tej walce zupełnie sama. Genialne role tworzą też młodzi aktorzy, głównie Leonard Stettnisch jako Oskar Kuhn.

 „Pokój nauczycielski” to bardzo prawdziwy film, który powinni zobaczyć wszyscy nauczyciele, uczniowie i rodzice, bo pokazuje szkołę taką, jaka rzeczywiście jest – jako miejsce pełne różnych osobowości, osób zaangażowanych i zniechęconych, zwycięzców i przegranych. Filmowy nauczyciel nie pracuje tylko kilku godzin, potem pieczołowicie ocenia testy, ale przede wszystkim przynosi do domu swoje problemy zawodowe, myśli o uczniach, stara się rozwiązać ich problemy, także te osobiste, bo chce im po prostu pomóc i mu / jej na nich zależy. Zachęcam do obejrzenia filmu Cataka, bo oscarowa nominacja nie jest tu dziełem przypadku.    

„Pokój nauczycielski” był ostatnią tegoroczną propozycją Filmowej Akademii Nauczyciela. Chciałbym bardzo gorąco podziękować twórczyniom projektu – Pani Małgorzacie Gasik z MSCDN Wydział w Płocku oraz Pani Joannie Zarzyckiej (Nove Kino Przedwiośnie) za realizację tego świetnego programu, za coraz ciekawsze pozycje filmowe prezentowane w projekcie, za ciągłe inspiracje i promocję kina wśród uczniów i nauczycieli. Dziękujemy, że możemy być częścią tej szczególnej edukacyjnej inicjatywy i życzymy, aby kolejny rok Filmowej Akademii Nauczyciela okazał się jeszcze bardziej udany.

Moja ocena: 9/10

niedziela, 12 maja 2024

 

„CIVIL WAR” (Civil War), USA / Wielka Brytania 2024



Premiera kinowa: 12 kwietnia 2024

Bardzo czekałem na najnowszy film Alexa Garlanda. W 2014 zachwycił mnie jego reżyserski debiut „Ex-Machina” z przepiękną Alicią Vikander w roli cyborga, nieco zaskoczył horror „Men” z 2022 roku z bardzo dobrą rolą Jessie Buckley. Garland to także doskonały scenarzysta, choćby świetnego „28 dni później” Danny’ego Boyle’a, czy adaptacji prozy Kazuo Ishiguro „Nie opuszcza mniej”. Najnowsza produkcja „Civil War” zapowiadała się jako najważniejszy i najlepszy film w jego dorobku. A jaka jest prawda?

Stany Zjednoczone trawi tytułowa wojna domowa. Część stanów odmawia posłuszeństwa prezydentowi i tworzy własną konfederację. Sytuacja całkowicie wymyka się spod kontroli, niszczone są miasta, a przede wszystkim giną tysiące niewinnych ludzi. Lee (Kirsten Dunst) – uznana fotografka wojenna i Joel (Wagner Moura) – dziennikarz postanawiają przejechać przez cały kraj, by dostać się do Waszyngtonu i przeprowadzić wywiad z Prezydentem. Dołącza do nich młoda dziewczyna (znana z tytułowej roli w filmie „Priscilla” Cailee Spaeny) - wielbicielka Lee, aspirująca do roli jej następczyni. Podróż jest niezwykle dramatyczna, momentem przełomowym jest zatrzymanie podróżujących przez żołnierzy zbuntowanej konfederacji, którym przewodzi bezwzględny żołnierz (bardzo dobra rola Jesse’go Plemonsa). Czy dziennikarze zdołają dotrzeć do objętego wojną Waszyngtonu i zdążą porozmawiać z Prezydentem?

Film jest dobrze sfotografowany i ma ciekawą ścieżkę dźwiękową (głównie spodobało mi się nagranie Breakers Roar” Sturgilla Simpsona), ale ogólnie potwornie rozczarowuje. Temat wydaje się ciekawy, zwłaszcza w obliczu wielu międzynarodowych konfliktów, choćby w Ukrainie, czy wojny Izraela z Hamasem, przekaz filmu jest właściwy, ale ogólnie „Civil War” sprawia wrażenie filmu chaotycznego, nudnego i przewidywalnego. Garland nie ustrzegł się klisz dotyczących kina wojennego i politycznego. Film, który wydawał się być niezwykle intrygującą produkcją, okazał się swoistą wydmuszką, kinem drogi, które od lat widzimy w kinie, zlepkiem wydarzeń w życiu głównych bohaterów. Mocno rozczarowuje zakończenie filmu. Reżyser próbuje tworzyć w obrazie atmosferę, chwilami film przypomina „28 dni później”, ale zaraz potem akcja wytraca tempo, dialogi tracą siłę i film przestaje interesować.

Choć bardzo chciałbym polecić ten film Garlanda, nie mogę tego uczynić. „Civil War” to kino wtórne, ocierające się o banał, niewiarygodne i nieciekawe. Jestem tą produkcją bardzo negatywnie zaskoczony.

Moja ocena: 4/10


 

EUROVISION 2024 – MOJE SPOSTRZEŻENIA


W sobotę 11 maja odbyła się 68. edycja Konkursu Piosenki Eurowizji – wydarzenia, które każdego roku zbiera przed telewizorami miliony widzów, którzy przez cały rok zarzekają się, że poprzedni festiwal był ich ostatnim i nie chcą już więcej uczestniczyć w tym święcie muzyki przeobrażonym w święto kiczu i szmiry, ale dziwnym trafem w eurowizyjną sobotę ich telewizyjny pilot około 20.30 wybiera „Jedynkę” i z wypiekami na twarzy i komentarzem na ustach śledzą przebieg konkursu.

Tegoroczna edycja była szczególna dla Polski, ale nie okazała się zbyt szczęśliwa. Obchodzimy właśnie 30-lecie naszego udziału w konkursie i każdy z pewnością pamięta naprawdę wspaniały występ Edyty Górniak z piosenką „To nie ja” w Dublinie, który zapewnił artystce 2. miejsce, a był to sukces, którego nie udało się powtórzyć już żadnemu wykonawcy z Polski. W tym roku nie mieliśmy nawet takiej szansy, gdyż Luna – nasza reprezentantka z piosenką „The Tower” – niestety, nie zdołała awansować do finału. Piosenka nie spełniła oczekiwań europejskiej (i nie tylko) widowni, choć do finału dostało się wiele bardzo miałkich i nijakich wykonawców. Nie od dziś wiadomo też, że nie należymy do ulubieńców eurowizyjnej publiczności i nigdy nie jesteśmy zalewani morzem głosów.



Konkurs 2024 odbywał się w Szwecji, w Malmo i nie mogę tej edycji uznać za udaną. Właściwie urzekło mnie tylko jedno nagranie (o tym potem), festiwal odbywał się w atmosferze skandalu – przedstawiciel Holandii został zdyskwalifikowany za nieprofesjonalne zachowanie za kulisami, a w mieście odbyły się liczne protesty przeciwko udziałowi Izraela, który prowadzi aktualnie wojnę. Poziom większości występów był niski, choć efekty specjalne i gra świateł były naprawdę genialne. I tu nie chodzi nawet o umiejętności wokalne – jak nie patrzyło się na ekran, część piosenek była nawet udana, ale nie rozumiem fenomenu tzw. joke entries, jak choćby nagranie z Estonii, czy idiotyczne i niepotrzebne wykonanie reprezentantów Finlandii. Dużo było skąpo ubranych dziewcząt z podobnymi układami choreograficznymi i słabymi piosenkami.

Zwycięzcą okazał się młody szwajcarski wykonawca „Nemo” z dość chwytliwą, lecz daleką od wybitności piosenką „The Code”. Wokalista wystąpił w urokliwej różowej spódniczce i przygotował dość oryginalny układ sceniczny, ale nie wróżę mu popularności poprzedniej eurowizyjnej zwyciężczyni ze Szwajcarii z roku 1988 – Celine Dion. Piosenka była typowym tworem eurowizyjnym skrojonym na potrzeby konkursu w XXI wieku – było trochę popu, trochę rapu i nawet odrobina opery. Zwycięstwo Szwajcarii wzbudziło wiele kontrowersji wśród publiczności, dzięki głosom której Nemo był dopiero na piątym miejscu. W tej kategorii zwyciężył niejaki Baby Lasagna z Chorwacji słabym nagraniem o intrygującym i ambitnym jak na eurowizyjne standardy tytule „Rim Tim Tagi Dim”. Kombinacja głosów jury i publiczności palmę zwycięstwa przekazała jednak Szwajcarowi.

Najwięcej punktów dzięki głosom krajowych jury zdobyły:

1.       SZWAJCARIA – 365 punktów

2.       FRANCJA – 218 punktów

3.       CHORWACJA – 210 punktów

4.       WŁOCHY –  164 punkty

5.       UKRAINA – 146 punktów

Inaczej ułożyła się kolejność artystów dzięki głosom widzów:

1.       CHORWACJA – 337 punktów

2.       IZRAEL – 323 punkty

3.       UKRAINA – 307 punktów

4.       FRANCJA – 227 punktów

5.       SZWAJCARIA  - 226 punktów

Ostatecznie po podliczeniu wszystkich głosów kolejność najlepszych wykonań ułożyła się następująco:

1.       SZWAJCARIA – 591 punktów,

2.       CHORWACJA – 547 punktów,

3.       UKRAINA – 453 punkty,

4.       FRANCJA – 445 punktów,

5.       IZRAEL – 375 punktów.



A jakie były moje typy? Moim numerem 1 nie okazał się ani faworyt profesjonalnych jury, ani zwycięzca teległosowania. Za najlepszą kompozycję tegorocznego Eurovision Song Contest uważam reprezentującą Francję pięknie wykonaną piosenkę „Mon Amour” artysty Slimane. Nagranie zostało wykonane z uczuciem, wrażliwością, dobrym głosem, piosenkarz był ubrany w luźne białe spodnie i koszulę i moim skromnym zdaniem wypadł rewelacyjnie. Moje drugie miejsce nie wzbudzi entuzjazmu wśród przeciwników udziału Izraela w tegorocznym konkursie, ale jak już izraelska piosenkarka na festiwalu się pojawiła, trzeba jej oddać, że zaśpiewała swoją dobrą piosenkę czysto i pięknie. Na moim 3. miejscu uplasowała się Ukraina – za dobry śpiew i emocje. Ostatecznie mój TOP 5 przedstawia się następująco:

1.       FRANCJA

2.       IZRAEL

3.       UKRAINA

4.       HISZPANIA (ale tylko z zamkniętymi oczami)

5.       SZWECJA



Na próżno zatem szukać tu ani Szwajcara (moje miejsce 6.), ani Chorwata (moje miejsce 18.), Największym rozczarowaniem okazał się dla mnie występ Wielkiej Brytanii, kraju, któremu zawsze bardzo kibicuję. Olly Alexander zaśpiewał mocno przeciętną piosenkę podczas słabego występu, co znalazło swoje odzwierciedlenie w głosowaniu telewidzów – piosenka „Dizzy” jako jedyna otrzymała 0 głosów w teległosowaniu. Trzeba tu dodać, że Olly Alexander jako muzyk odnoszącego w Europie spore sukcesy zespołu Years and Years i aktor filmowy i serialowy był bodaj najbardziej rozpoznawalnym uczestnikiem konkursu, tym bardziej dotkliwa jest porażka Wielkiej Brytanii.

Cieszę się, że tegorocznym komentatorem był ponownie Artur Orzech. Nie powaliły mnie dodatkowe występy szwedzkich gwiazd, nie jestem fanem Loreen i nie przypadł mi do gustu jej nowy singiel, nie zrobiły na mnie wrażenia awatary Abby – byłoby znakomicie, gdyby w pięćdziesiątą rocznicę zwycięstwa „Waterloo” członkowie grupy choćby na chwilę pokazali się i pozdrowili publiczność w swojej ojczyźnie, w miarę sympatycznym akcentem była natomiast reaktywacja Alcazar z ich hitem „Crying at the discotheque”.

Pozostaje nam czekać na kolejne wydanie Eurowizji – tym razem w Szwajcarii. Kogo wytypuje Telewizja Polska? Czym zaskoczy nas kolejna edycja (bo na pewno nie kobietą z brodą – bo to już było). Czy ta formuła przetrwa kolejne trudności? Zobaczymy. Pozdrawiam wszystkich fanów Eurowizji.



 

NATALIA FIEDORCZUK „Porodzina”, Wydawnictwo Słowne 2022



Z Natalią Fiedorczuk po raz pierwszy zetknąłem się, czytając jej debiutancką powieść „Jak pokochać centra handlowe”, w której opisywała trudy egzystencji młodej matki. „Porodzina” to zupełnie inna pozycja – to thriller z elementami powieści kryminalnej, co prezentuje autorkę z zupełnie odmiennej strony.

Natalia i Marcin Waszczyńscy to wzorcowe i wzorowe wprost małżeństwo z dwójką małych dzieci – Karolkiem i Manią. Mieszkają w Inowrocławiu w ślicznym i schludnym domu na ulicy Lawendowej. Ona – bardzo ładna i zadbana -  skończyła położnictwo na Akademii Medycznej, ale przerwała pracę, by zająć się wychowaniem dzieci. Poza tym w domu nie brakuje pieniędzy – Marcin – wzór męża, ojca i mężczyzny, absolwent London College of Economics, jest Dyrektorem Finansowym w Sodexie - największej firmie w okolicy. I wszystko byłoby doskonałe, gdyby ta rodzina z obrazka pewnego dnia po prostu nie zniknęła. Bez śladu. Bez żadnej informacji. Bez zapowiedzi.

Śledztwem zaczyna zajmować się Krystian Gruszecki – policjant w średnim wieku, po licznych przejściach. Podejrzenie zabójstwa pada na sąsiada Waszczyńskich – tak zwanego Pająka – lokalnego dziwaka, uważanego jednak za człowieka uczciwego. Poszukiwania prowadzą do odnalezienia wielu wstrząsających faktów z życia pozornie nie związanych ze sobą bohaterów i pokazują, że to, co wydaje się być idealne, może być dalekie od ideału.

Natalia Fiedorczuk tworzy zręczną, sensowną opowieść, w której wszystkie elementy prowadzą do zaskakującego rozwiązania akcji. Książka jest napisana sprawnie i utrzymuje tempo. Bohaterowie są prawdziwi, budzą zainteresowanie, zwłaszcza inteligentny policjant Gruszecki, jego przyjaciółka Ida Kalicka – nie stroniąca od alkoholu lokalna dziennikarka oraz Zenona Kubiak – doktor psychiatrii, która ma do powiedzenia w sprawie zaginięcia Waszczyńskich więcej niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Naturalny jest też język powieści, a to ostatnio nie zawsze jest cechą polskiej literatury.``

„Porodzina” nie jest wielką powieścią, która zmieni Wasze postrzeganie świata, ale książka porusza istotne współczesne tematy i czyni to w sposób wyrazisty i zachęcający, dlatego mogę tę lekturę wszystkim polecić.

Moja ocena: 7/10