czwartek, 5 października 2023

 

JAKUB MAŁECKI „Święto ognia", Wydawnictwo SQN 2021


„Jak sobie myślę o przyszłości, to czuję, że będzie całkiem fajnie, a może nawet ekstra. I żeby nie było – ja dobrze wiem, co mogę, a czego nie, i wiem, że na przykład Łucja to będzie miała ze mną duży problem, bo jak przyjdzie ten moment, co go nawet nie chcę głośno nazywać, to mnie przecież dostanie w spadku po tacie. Ale ogólnie to jestem zdania, że bycie smutnym jest do niczego niepotrzebne, więc nie jestem smutna – zwykle, bo czasem to wiadomo – i ogólnie lubię myśleć o rzeczach fajnych, które dopiero będą, a będą przecież różne” – to słowa Anastazji, Nastki – jednej z głównych bohaterek i narratorek powieści „Święto ognia” Jakuba Małeckiego.

Anastazja to jedna z trojga narratorów powieści. Ma 20 lat, właśnie zdała maturę i ma porażenie mózgowe – z trudem się komunikuje (rozumie ją tylko jej siostra – Łucja), porusza się na wózku, bez którego wszelki ruch stanowi ogromny kłopot. Ale to niezwykle optymistyczna, sympatyczna dziewczyna, która kocha każdą chwilę swojego życia. Jej entuzjazm i pozytywne myślenie muszą udzielić się każdemu czytelnikowi.

Łucja to starsza siostra Anastazji, blisko 30-letnia już tancerka baletu. Dziewczyna poświęca swoje życie baletowi i opiece nad chorą siostrą. Łucja jest powściągliwa, zrównoważona, zupełnie inna niż Anastazja, ale może właśnie to pozwala siostrom kochać się tak mocno.

Jest jeszcze Poldek – ojciec Łucji i Anastazji, który jest gotów zrobić wszystko, żeby jego córki czuły się szczęśliwe i spełnione. Często ucieka wspomnieniami do przeszłości, szuka samotności. To on jest trzecim narratorem powieści.

Kolekcję bohaterów uzupełnia barwna i ekscentryczna pani Józefina – sąsiadka Łabendowiczów, która pewnego dnia postanawia zaangażować się w pomoc Nastce.

Brakuje jedynie mamy…

Akcja powieści rozgrywa się wokół przygotowań do przestawienia „Święto ognia”, w którym Łucja ma zagrać główną rolę. Prowadzona trójdzielnie narracja pozwala jednak poznać losy rodziny Łabendowiczów, skrywane rodzinne tajemnice, życie domu, w którym jedno z dzieci cierpi z powodu niepełnosprawności.

W „Święcie ognia” Małecki rezygnuje z tak charakterystycznych dla siebie klimatów małomiasteczkowych i przenosi akcję powieści do Warszawy. Książka jest niezwykła – pełna dowcipu i wzruszeń, Moja słabość do prozy Małeckiego nie mija. Delektuję się jego pomysłami, postaciami, językiem. Uważam go za jednego z najwybitniejszych współczesnych polskich pisarzy.

Recenzja książki zbiega się z premierą kinową jej adaptacji, bo do kin trafia dziś film „Święte ognie” z całą plejadą polskich gwiazd. Obiecuję, że recenzja filmu niebawem, a teraz pora sięgnąć po  literacki pierwowzór.

Moja ocena: 9/10

 

„ZIELONA GRANICA”, Polska / Czechy / Francja / Belgia 2023

Premiera kinowa: 22 września 2023


Obawiałem się tego seansu. Kryzys uchodźczy nie należy do tematów łatwych, ale wiedziałem, że „Zielona granica” jest filmem, który zobaczyć trzeba, żeby wyrobić sobie swoje własne zdanie, nie na podstawie nic nie mówiących fragmentów bez szerszego kontekstu i opinii innych, ale na podstawie całości. A zrecenzowanie najnowszego filmu Agnieszki Holland jest niezwykle trudne.

Dla mnie to przede wszystkim film o ofiarach.

Ofiarami są przede wszystkim uchodźcy – ludzie, którzy inwestują wszystkie oszczędności i narażają życie, by otrzymać przepustkę do białego, uprzywilejowanego świata, którym podli i wyrafinowani oszuści obiecali transfer z Białorusi przez Polskę do bogatych krajów europejskiego Zachodu, którzy nieświadomie dostali się w pułapkę, bo chcieli żyć inaczej, ale nie mogą realizować swoich marzeń, bo mają ciemną skórę i reprezentują inny krąg kulturowy.

Ofiarami są żołnierze pogranicza, często rozdarci między lojalnością wobec przełożonych a zwykłymi, ludzkimi odruchami, zagubieni, żyjący w ciągłym napięciu, narażeni na niebezpieczeństwo, reagujący agresją i szukający zapomnienia.

Ofiarami są aktywiści, osoby niosące humanitarną pomoc, jak choćby grana przez Maję Ostaszewską psycholożka Julia, pogubieni, cierpiący w niemocy, obawiający się złamania prawa i przekroczenia pewnych zasad.

W filmie padają oskarżenia – wobec Unii Europejskiej i ekip rządzących, także w naszym kraju. I słusznie, bo ludzie u władzy nie radzą sobie z tym problemem humanitarnym, zarówno w Polsce, jak i w większości, by nie rzec we wszystkich krajach europejskich. 

Nie rozumiem oskarżeń, że film jest rzekomo antypolski – „Zielona granica” w monochromatycznych barwach pokazuje, że świat nie jest jednolity, że zarówno wśród uchodźców, jak i pograniczników, członków zespołów niosących charytatywną pomoc, jak i u zwykłych mieszkańców przedstawionej w filmie  części naszego kraju są ludzie dobrzy, szczerzy, prawdziwi, ale zdarzają się też łotrzy i kanalie, tak też jest w świecie lekarzy, prawników, nauczycieli, choć o tym już film Agnieszki Holland nie mówi. Nie ma w tym nic obraźliwego, złego, antypolskiego, reżyserka po prostu ukazuje różne oblicza świata, także różne twarze Polaków.

„Zielona granica” to dwie i pół godziny wielkich emocji, smutku, niepokoju. Przykro tylko, że w kraju, z którego przez ostatnie 100 lat emigrowały miliony ludzi – do Stanów, do Niemiec, do Wielkiej Brytanii i Irlandii i do wszelkich innych zakątków świata – z powodu wojen, represji, czy wreszcie za chlebem, za lepszym życiem – zrozumienie problemu uchodźctwa jest tak niskie.

Nie wylewajcie na mnie pomyj nienawiści, że wypowiadam się o tym filmie pozytywnie, nie nazywajcie mnie świnią, która siedzi w kinie – kocham kino i chcę oglądać filmy różne, te przyjemne i familijne, ale też te trudne i bolesne. Idźcie do kina, aby zobaczyć „Zieloną granicę” i więcej zrozumieć, sprawdzić, dlaczego film wzbudza tyle emocji i ukształtować własną, autonomiczną opinię o tym obrazie. Dlatego idźcie do kina, po prostu.

A oceny dziś nie będzie.

sobota, 30 września 2023

 

DZIŚ 400. POST NA POPKULTURALNYM MANIAKU – O MOIM ULUBIONYM ZAGRANICZNYM PISARZU


Dziś kolejny mały jubileusz mojego bloga – post numer 400. Wprowadziłem tradycję, że każdy co pięćdziesiąty wpis jest szczególny i mówi o jakimś najistotniejszym aspekcie mojej popkulturowej fascynacji. Było już o książce mojego dzieciństwa, książce życia, ulubionym reżyserze, polskim i zagranicznym filmie wszech czasów, ulubionej polskiej wokalistce, a dziś wpis o – moim zdaniem – najlepszym pisarzu zagranicznym.

Od czasów studiów filologicznych fascynuję się literaturą brytyjską, jej rozwojem, niezwykłymi osiągnięciami, niepowtarzalnością. Jest coś w brytyjskiej powieści, co bardzo do mnie przemawia, a nie znalazłem tego w wyśmienitej przecież literaturze amerykańskiej. Na studiach bez wahania zapisałem się na seminarium z powieści angielskiej i z tej dyscypliny pisałem swoją pracę magisterską. Nic zatem dziwnego, że właśnie z tego kręgu kulturowego wybrałem swojego ulubionego pisarza. Kandydatów było dwóch: noblista Kazuo Ishiguro, którego wielbię i kocham czytać od momentu lektury „Okruchów dnia” oraz Ian McEwan. And THE WINNER is … the latter one: Ian McEwan.

McEwan to obecnie 75-letni pisarz angielski, zdobywca wielu nagród, w tym najbardziej przeze mnie cenionej Nagrody Bookera. Z twórczością pisarza po raz pierwszy zetknąłem się dopiero w 2002 roku. Podczas pobytu w Londynie moje zainteresowanie przyciągnęła książka z intrygującym zdjęciem dziecka na okładce. Powieść była eksponowana na wystawach większości sklepów, reklamy pojawiały się na billboardach, pisano o niej jako o literackim wydarzeniu i była jednym z najgorętszych tytułów i najpoważniejszym kandydatem do Booker Prize tego roku (książka ostatecznie przegrała z „Prawdziwą historią gangu Kelly’ego” Australijczyka Petera Careya). Była to „Atonement”, czyli „Pokuta” – jedna z najważniejszych i najpiękniejszych powieści XXI wieku. Książka urzekła mnie językiem, swoją epickością, dbałością o szczegóły i tym, że każde, najdrobniejsze wydarzenie, ma swoje konsekwencje w późniejszej postawie bohaterów. Bardzo podobał mi się monumentalny film oparty na powieści, ale nie zbliżył się nawet do jakości literackiego pierwowzoru.

I tak zacząłem odkrywać prozę McEwana – sięgnąłem po jego wcześniejsze teksty, z których chciałbym wyróżnić „Amsterdam” i „Dziecko w czasie”, a potem z niecierpliwością czekałem na nowe pozycje w twórczym dorobku autora. Pokochałem niepokojącą „Sobotę”, subtelną „Na plaży w Chesil”, nowatorskie „Maszyny jak my”, poruszające „W imię dziecka”, trzymającą w napięciu jak powieść szpiegowska „Słodką przynętę”. Uwielbiam czytać taką prozę.

Często nawet bardzo dobrzy pisarze powtarzają się w swojej twórczości, powielają utrwalone schematy, posługują się podobnymi zabiegami literackimi. Nie ma tego u McEwana – każda powieść pisarza jest inna, świeża, zaskakująca i inaczej zbudowana, co nie oznacza, że bezkrytycznie akceptuję jego wszystkie dokonania. Autor nie przekonał mnie do końca swoją wczesną twórczością, nie przepadam też za powieścią „W skorupce orzecha”, McEwan nie ujął mnie „Czarnymi psami”, ale pozostałe pozycje po prostu uwielbiam. Autor zachwyca mnie swoim językiem, przemyślanym, bogatym, ale nie pełnym niepotrzebnych ozdobników. Jest bardzo sugestywny i cenię go za tę umiejętność.

Ian McEwan cichutko i nieśmiało pojawia się na listach potencjalnych kandydatów do Nagrody Nobla. Bukmacherzy i eksperci dają mu na razie niewielkie szanse, brytyjskim faworytem wydaje się być obecnie Salman Rushdie, a poza tym literacki powędrował do Brytyjczyka stosunkowo niedawno – w 2017 nagrodę otrzymał Kazuo Ishiguro. Było to wtedy całkowicie nieoczekiwane i głęboko wierzę, że któregoś roku przeczytam wiadomość, że laureatem literackiego Nobla został właśnie Ian McEwan – mój ulubiony pisarz.

Pozostaje mi jedynie zachęcić wszystkich do twórczości McEwana, jeśli jeszcze jej nie znacie. Koniecznie zacznijcie od „Pokuty”, a już nigdy nie uwolnicie się od literackiego świata tego wybitnego angielskiego pisarza.


Źródło grafiki: https://literariness.org/2022/07/24/analysis-of-ian-mcewans-first-love-last-rites/

 

„TEŚCIOWIE 2”, Polska 2023

Polska premiera: 15 września 2023

Czy pamiętacie film „Teściowie” z 2021 roku, w którym w eleganckim hotelu ma odbyć się wesele Łukasza (Ignacy Martusewicz) i Weroniki (Katarzyna Chojnacka)? Do ślubu ostatecznie nie dochodzi, ale film pozwala nam poznać rodzinę niedoszłych państwa młodych. Łukasz pochodzi z zamożnej i wykształconej rodziny z wielkiego miasta. Jego dystyngowana mama Małgorzata (Maja Ostaszewska) to wybitny lekarz-okulista i pracownik naukowy, zaś ojciec Andrzej (Marcin Dorociński) prowadzi przynoszący krocie biznes rodzinny. Zupełnie inny społeczny background ma Weronika: pochodzi z prowincji z niezamożnej rodziny, jej ojciec Tadeusz (Adam Woronowicz) cieszy się z etatu w lokalnej mleczarni, a mama Wanda (Izabela Kuna) jest gospodynią domową. Zetknięcie tych dwóch światów prowadzi do nieoczekiwanych zwrotów akcji i przezabawnych perypetii.

Mija kilka lat i Łukasz postanawia jednak poślubić Weronikę – ślub ma odbyć się na plaży (ku rozpaczy rodziców panny młodej - nie w kościele), a rodzina i goście zostają zakwaterowani w eleganckim nadbałtyckim spa. Co ciekawe Małgorzata nie przybywa na uroczystość z Andrzejem, który porzucił ją spektakularnie dla innej, lecz z młodszym partnerem – Janem (Eryk Kulm Jr). Okazuje się to być grą pozorów, gdyż mężczyzna jest jej doktorantem, zaproszonym na ślub jedynie do towarzystwa. Wandzia i Tadeusz też nie przybywają sami – zabierają ze sobą uroczego yorczka – Mirelkę, który biega po hotelu w ślicznym różowym kubraczku. Czy tym razem dojdzie ostatecznie do szczęśliwych zaślubin?

„Teściowie 2” to naprawdę zabawna, skrząca się komicznymi i groteskowymi dialogami komedia. To także popis aktorstwa na najwyższym poziomie. Świetna jest Izabela Kuna – jej odkrywająca swoją kobiecość i seksualność Wanda to kobieta z krwi i kości. Kroku dotrzymuje jej Maja Ostaszewska, która pod maską wyrafinowania i pewności siebie skrywa samotność i zagubienie. Królem filmu jest bez wątpienia Adam Woronowicz – doskonały w roli małomiasteczkowego, nieobytego towarzysko i nieco zagubionego ojca panny młodej. Pewnym mankamentem jest brak w obsadzie Marcina Dorocińskiego i choć Eryk Kulm robi wszystko, żeby go godnie zastąpić, odstaje nieco od doświadczonych kolegów. To z całą pewnością wybitny aktor, jego rolę w filmie „Filip” uważam za jedną z najważniejszych (jeśli nie najważniejszą) pierwszoplanową kreację męską tego roku, jednak w „Teściach 2” nieco rozczarowuje. Pierwszorzędna jest natomiast Ewa Dałkowska jako babcia Łukasza.

Film w doskonały sposób ukazuje nasze przywary – złośliwość, tendencję do plotek i oceniania innych, brak tolerancji, przywiązanie do patriarchatu i ksenofobię – i naprawdę bawi. Bardzo wysoko oceniam ponownie popularne ostatnio komedie, w których seria wydarzeń prowadzi do szokującej kulminacji na końcu filmu. Renesans  zapoczątkowały niesamowite argentyńskie „Dzikie historie”, a w Polsce gatunek wykorzystał choćby film „Atak paniki”, a potem „Teściowe”. Część pierwsza cyklu o pechowym weselu Łukasza i Weroniki wydaje mi się jednak lepsza, ciekawsza scenariuszowo. Obawiam się, że w „Teściach 2” przekroczony został lekko poziom szyderstwa, czy wręcz „szydery”.

Film płocczanki Kamili Alabrudzińskiej jest dobry, rozrywkowy, można go zdecydowanie obejrzeć, ale od sugerowanej na końcu trzeciej części oczekiwałbym nieco więcej finezji.

Moja ocena: 7/10  

wtorek, 26 września 2023

 

„STRZĘPY”, Polska 2022


Premiera kinowa: 22 września 2023

Właśnie skończyła się tegoroczna edycja Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, a do kin trafił dopiero teraz obraz nagrodzony podczas ubiegłorocznego festiwalu – film „Strzępy” Beaty Dzianowicz – porażający i przytłaczający obraz rodziny dotkniętej chorobą Alzheimera – rodziny, bo choć na zaburzenie cierpi dziadek Gerard, ofiarą tego stanu są wszyscy najbliżsi bohatera.

Gerard Paterok (naprawdę wybitna rola Grzegorza Przybyła) to 60-letni profesor Politechniki Warszawskiej, wybitny specjalista w zakresie budowy wiaduktów, intelektualista, człowiek wielkiego umysłu i wielu pasji. Poznajemy go w górach, kiedy z synem Adamem (Michał Żurawski) fotografuje naturę. Wraz z nimi mieszka Bogna, żona Adama (Agnieszka Radzikowska) oraz ich nastoletnia córka Zoja (Pola Król). Spokój rodziny zakłócają nawracające specyficzne zachowania Gerarda – zapomina, myli użycie przyborów, potrafi wkroczyć do sypialni syna w najbardziej intymnym momencie. Spotkanie z lekarzem kończy się jednoznaczną diagnozą – szybko postępująca dziedziczona choroba Alzheimera.  

Choroba rzuca cień na życie rodziny. To nie tylko ogromy problem Gerarda, który niemal z dnia na dzień traci pracę, samodzielność, pamięć, świadomość i normalne życie, ale także potworna obawa, że gen choroby odziedziczył Adam – nauczyciel historii. Życie rodziny powoli zmienia się w piekło, a miłość Adama do ojca nie pozwala mu oddać go do specjalistycznej placówki. Sytuacje, które zaczynają powtarzać się w rodzinie Pasternaków całkowicie wymykają się spod kontroli. Czy rodzina będzie w stanie podnieść się po traumie choroby?

„Strzępy” to film bardzo przykry, niepokojący, po którym bardzo trudno się otrząsnąć. Największa w tym zasługa Grzegorza Przybyła, który tworzy niesamowitą, wstrząsającą kreację człowieka, który traci siebie, a choroba odbiera mu godność. Ten znany aktor z potężnym dorobkiem artystycznym w „Strzępach” tworzy rolę życia – wybitną, przejmującą, paraliżująca. Niezwykła jest przemiana bohatera – z wesołego, błyskotliwego profesora w wrak człowieka – agresywną, nieprzewidywaną postać bez pamięci i świadomości. Wielką rolę tworzy także Michał Żurawski – mężczyzny, który miota się między synowską miłością do ojca i poświęceniem mu a oddaniem rodzinie i trosce o jej bezpieczeństwo. Bardzo dobra jest także Agnieszka Radzikowska – niezwykle sugestywna i prawdziwa jako Bogna.

Film „Strzępy” bardzo mnie poruszył i nie pozwolił mi przestać o nim myśleć przez wiele dni. Filmów o chorobie Alzheimera było już wiele, choćby „Motyl Still Alice” z niezwykłą i przejmującą rolą Juliette Moore, ale jeśli miałbym wybrać jeden z tych filmów, bez wahania wskazałbym „Strzępy”. Bardzo gorąco rekomenduję ten pełen emocji obraz, choć ostrzegam, że oglądanie filmu to niemal traumatyzujące doświadczenie.

Moja ocena: 9/10

niedziela, 17 września 2023

 

TOSHIKAZU KAWAGUCHI „Zanim wystygnie kawa”, Grupa Wydawnicza Relacja 2022


Dziś recenzja bodaj najchętniej kupowanej w Polsce w tym roku książki zagranicznej – „Zanim wystygnie kawa” japońskiego pisarza Toshikazu Kawaguchi. Bardzo się cieszę, że sięgnąłem po tę książkę i będę się dziś starał przekonać do tego czytelników dobrej literatury. Na pierwszej karcie książki widnieje motto – pytanie: „Gdybyś mógł cofnąć się w czasie, z kim chciałbyś się spotkać”. Niech was to jednak nie zniechęci, to nie jest powieść fantasy, choć obraz współczesnych Japończyków miesza się w książce z elementami realizmu magicznego.

„Zanim wystygnie kawa” to zestaw czterech opowiadań, które łączy miejsce akcji – stara tokijska kawiarnia, w której można podróżować w czasie. Każdej podróży towarzyszy jednak pięć zasad, których nie można złamać. Pierwsza zasada głosi, że „w przeszłości można się spotkać tylko z osobami, które odwiedziły kiedyś kawiarnię’. Po drugie: „choćby nie wiadomo jak się starać w przeszłości, nie można zmienić teraźniejszości”. Po trzecie: „żeby wrócić do przeszłości, trzeba usiąść na tym krześle i żadnym innym”. Zgodnie z czwartą regułą „podczas pobytu w przeszłości nie można się ruszyć z tego krzesła”, zaś zasada piąta mówi, że obowiązuje limit czasu” – do teraźniejszości trzeba wrócić, zanim wystygnie kawa.

Może się wydawać, że brzmi to nieco naiwnie, zbyt bajkowo i infantylnie, ale cztery opowiadania zebrane w tomiku „Zanim wystygnie kawa” to piękne, wzruszające historie, które powodują, że mocno trzymamy kciuki za bohaterów podróży w czasie i ich losy. W pierwszym opowiadaniu poznajemy młodą kobietę, Fumiko, która pragnie cofnąć czas, gdyż pod wpływem emocji pozwoliła swojemu ukochanemu na wyjazd do Stanów Zjednoczonych. W drugim chwytającym za serce opowiadaniu Kohtake chce wrócić do przeszłości, by raz jeszcze porozmawiać ze swoim mężem, który obecnie już jej nie rozpoznaje, gdyż cierpi na chorobę Alzheimera. Opowiadanie trzecie przynosi nam historię dwóch sióstr, z których jedna ginie w nieszczęśliwym wypadku, a druga pragnie choć raz jeszcze ją zobaczyć i naprawić wyrządzone krzywdy. Nieco inne jest opowiadanie czwarte, które mówi o podróży do przyszłości – oczekująca dziecka Kei ma świadomość, że nie przeżyje porodu, ale mimo to decyduje się je urodzić i chce zobaczyć swoją córkę zanim odejdzie.

Książka Kawaguchi wzbudza silne emocje – mówi o rzeczach niemożliwych, o niespełnionych pragnieniach, o tym, jak silnie jesteśmy uzależnieni od innych – naszych najbliższych, rodziny, przyjaciół, a wszystko odbywa się w niezwykłej, zabytkowej kawiarence, gdzieś w bocznej uliczce Tokio. Poza magią książka przynosi także odrobinę egzotyki – nieczęsto się zdarza, że sięgam po literaturę japońską, więc poznanie życia bohaterów, ich zwyczajów, zachowań przynosi nowe literackie doznania.

Bardzo serdecznie polecam wszystkim książkę Toshikazu Kawaguchi. To lektura szczególna, której warto poświęcić czytelniczą uwagę i – co bardzo istotne – to książka dla każdego.   

sobota, 16 września 2023

 

„ZAKONNICA 2” (The Nun II), USA 2023

Premiera kinowa: 8 września 2023


W kinach powiało grozą: na ekrany trafił horror „Zakonnica 2” Michaela Chavesa. To druga część spin-offu dość udanej serii „Obecność’, ale – niestety - część słaba i rozczarowująca.

Akcja filmu rozgrywa się we Francji, gdzie potwierdzono poważne paranormalne przypadki, głównie w katolickiej szkole dla dziewcząt. Wszystko wskazuje na to, że źródło zła pochodzi z Rumunii, a jego uosobieniem jest konserwator ze szkoły, Maurice (Jonas Bloquet). Władze kościelne po raz kolejny zwracają się o pomoc do odważnej siostry Irene (w tej roli urocza Taissa Farmiga, o 21 lat młodsza siostra Very Farmigi, która u boku Patricka Wilsona gra główną rolę w serii „Obecność”), a towarzyszy jej nieposłuszna i buntownicza siostra Debra (Storm Reid). Czy dwóm młodym zakonnicom uda się wygrać z szatanem w siedlisku zła, gdzie trup ściele się gęsto?

Plusem filmu jest umiejętnie budowana atmosfery grozy – typowa dla horroru tajemnicza muzyka, odpowiednia scenografia, długie, niepokojące sceny zanim stanie się coś złego, ciekawa charakteryzacja i kostiumy. Ukazująca się znienacka demoniczna Zakonnica naprawdę przeraża i powoduje przyspieszenie bicia serca, ale filmu za sukces uznać nie można. Dobre wrażenie psuje scenariusz – niespójny, chwilami groteskowo żałosny, co psuje całościowy odbiór filmu. Niektóre sceny są nieporadne i brakuje im sensownego rozwiązania, podczas gdy inne naprawdę powodują, że widz podskakuje na kinowym siedzeniu.

Horror nie należy do gatunków, które cenię i oglądam często, na pewno nie jestem koneserem i wielbicielem kina grozy, ale kiedy decyduję się na pójście do kina na horror, mam większe oczekiwania – pragnę otrzymać całościowo spójny produkt, który mnie przestraszy, ale przede wszystkim pozwoli śledzić ciekawą fabułę, prowadzącą do zaskakującego rozwiązania akcji. O ile te cechy można było dostrzec w pierwszej odsłonie „Zakonnicy”, druga część jest ich właściwie pozbawiona. Dobry scenariusz horroru zaprezentował ostatnio obraz „Demeter: Przebudzenie zła”, ale miał on swoje korzenie z znakomitym materiale literackim, jakim jest fantastyczny „Dracula” Brama Stokera, zaś „Zakonnica 2” oparta jest na scenariuszu oryginalnym.

„Zakonnica 2” to kolejny wyraz fascynacji filmowców i kinomanów złem, szatanem, demonami. Czekam na horror, który czymś zaskoczy, zachwyci, będzie oparty na nowym koncepcie. „Zakonnica2” jedynie powiela starsze, stereotypowe wzorce horroru.

Moja ocena: 5/10