niedziela, 12 marca 2023

 

DZIŚ OSCARY – O SZANSACH „IO” JERZEGO SKOLIMOWSKIEGO – NASZEGO POLSKIEGO KANDYDATA


Dziś noc Oscarów – najważniejsza w roku noc dla twórców przemysłu filmowego, noc najbardziej prestiżowych nagród kinematograficznych (a przynajmniej jeszcze do niedawna za takie uważanych).

Dla Polski w tym roku to szczególna noc, gdyż polski film – „IO” w reżyserii Jerzego Skolimowskiego otrzymał nominację do nagrody dla najlepszego filmu międzynarodowego (dawniej nieanglojęzycznego). Takie wyróżnienie polska produkcja otrzymała po raz trzynasty, co stawia naszą kinematografię w dość dobrym świetle. Poprzednio nominowane filmy to:

1.       „Nóż w wodzie” Romana Polańskiego (1963) – zwycięzca „8 i ½” Federico Felliniego

2.       „Faraon” Jerzego Kawalerowicza (1966) – zwycięzca „Sklep przy głównej ulicy” Jana Kadara i Elmara Klosa

3.       „Potop” Jerzego Hoffmana (1974) - zwycięzca „Amarcord” Federico Felliniego

4.       „Ziemia obiecana” Jerzego Wajdy (1975) – zwycięzca „Dersu Uzała” Akiry Kurosawy

5.       „Noce i dnie” Jerzego Antczaka (1976) – zwycięzca „Czarne i białe w kolorze” Jeana-Jacquesa Annauda

6.       „Panny z Wilka” Andrzeja Wajdy (1979) – zwycięzca „Blaszany bębenek” Volkera Schlondorffa

7.       „Człowiek z żelaza”  Andrzeja Wajdy (1981) zwycięzca „Mefisto” Istvana Szabo

8.       „Katyń” Andrzeja Wajdy (2007) – zwycięzca „Fałszerze” Stefana Ruzovitzky’ego

9.       „W ciemności” Agnieszki Holland (2011) – zwycięzca „Rozstanie” Asghara Farhadiego

10.   „Ida” Pawła Pawlikowskiego (2014) – ZWYCIĘZCA !!!

11.   „Zimna wojna” Pawła Pawlikowskiego (2018) – zwycięzca „Roma” Alfonsa Cuarona

12.   „Boże Ciało” Jana Komasy (2019) – zwycięzca „Parasite” Joon-Ho Bonga

13.   „IO” Jerzego Skolimowskiego (2022) – zwycięzca - ???

Bardzo cieszy mnie ta polska nominacja i podoba mi się coraz bardziej transparentny system wyboru polskiego kandydata. Przede wszystkim od niedawna polska komisja podaje listę finalistów. W tym roku było to aż siedem filmów: poza wybranym „IO’ były to: „Film balkonowy”, „Iluzja”, „Cicha ziemia”, „Kobieta na dachu”, „Broad Peak” i „Fucking Bornholm”. Spośród wspomnianych filmów obraz Skolimowskiego miał rzeczywiście największe szanse – nie tylko ze względu na pozycję reżysera, ale przede wszystkim uniwersalny przekaz filmu, doskonałe zdjęcia Michała Dymka i montaż Agnieszki Glińskiej oraz niepokojącą doskonałą muzykę Pawła Mykietyna. Szanse na zaistnienie w Hollywood istniały także dla filmu „Kobieta na dachu” Anny Jadowskiej z wybitną kreacją Doroty Pomykały oraz znakomitego dokumentu „Film balkonowy” Marcela Łozińskiego (który to jednak przepadł w kategorii filmów dokumentalnych i nominacji nie otrzymał).

A jakie są szanse, że przypowieść o życiu, widzianym oczami osiołka, otrzyma dziś nagrodę? Szczerze mówiąc, niewielkie. Kategoria filmu międzynarodowego jest w tym roku bardzo mocno obsadzona. Konkurentami filmu Skolimowskiego są:

1.       „Na Zachodzie bez zmian” Edwarda Bergera – kandydat niemiecki, adaptacja prozy Ericha Marii Remarque’a  - brutalna opowieść o okrucieństwie I wojny światowej. Wszystko wskazuje, że Oscar dla filmu międzynarodowego powędruje do właśnie tej produkcji. Film otrzymał razem aż 9 oscarowych nominacji, w tym także dla Najlepszego filmu, zdobył 7 nagród BAFTA, w tym dla Najlepszego filmu i Najlepszego filmu nieanglojęzycznego, nominację do Złotego Globu i całą masę innych prestiżowych nagród branżowych, wraz z uznaniem krytyków i publiczności,

2.       „Blisko” Lukasa Dhonta – kandydat belgijski – kończąca się tragicznie opowieść o niezwykłej przyjaźni dwóch trzynastoletnich chłopców. Bardzo mocna propozycja z nominacją do Złotego Globu, Cezara i wielu prestiżowych nagród przemysłu filmowego,

3.       „Argentyna, 1985” – w reżyserii Santiago Mitre - kandydat argentyński – oparta na faktach historia dwóch prokuratorów, którzy postanawiają zbadać najokrutniejszą dyktaturę w dziejach kraju. Film dość nieoczekiwanie zdobył Złoty Glob, także nominację do BAFTY i wydaje się być mocnym rywalem filmu Skolimowskiego.

4.       „Cicha dziewczyna” Colma Baireada -  kandydat irlandzki – ponoć piękna (filmu jeszcze nie widziałem) historia dziewczynki, która trafia do rodziny na wsi i w pozornie spokojnym domku natrafia na rodzinne tajemnice.

Jak wypada na tym tle „IO”. Film Skolimowskiego nie otrzymał nominacji do Złotego Globu i BAFTY, ale został doceniony przez liczne filmowe stowarzyszenia krytyków, otrzymał nominację do Cezara i zdobył prawdziwe światowe uznanie. Ponadczasowe przesłanie opowieści o błąkającym się po świecie osiołku, szukającym swojego miejsca, chwyciło za serce wielu kinomanów. Nagroda dla filmu dzisiejszej nocy byłaby wielkim zaskoczeniem, ale podczas ceremonii na przestrzeni lat działy się już nie takie rzeczy. Dlatego bardzo mocno trzymajmy kciuki za „IO”, a ja bardzo gorąco ten film polecam.

sobota, 11 marca 2023

 

„Tár” (Tár), USA 2022


Premiera kinowa: 24 lutego 2023

Pośród tegorocznych oscarowych propozycji „Tár” w reżyserii amerykańskiego aktora i reżysera Todda Fielda zasługuje na szczególne wyróżnienie, głównie za sprawą wyjątkowej kreacji Cate Blanchett, moim zdaniem, najlepszej w dotychczasowej karierze aktorki.

Lydia Tár jest uznawana za najważniejszą dyrygentkę w dziejach muzyki. Właśnie objęła kierownictwo nad najlepszą i największą orkiestrą na świecie – Berlin Philharmonic. Na czym polega sukces Lydii? To przede wszystkim jej talent, doskonałe wykształcenie, nieziemska wprost muzykalność, oddanie i pracowitość, ale też bezkompromisowość, despotyzm, przekonanie o własnej nieomylności i częste stawianie się w roli demiurga, brak szacunku dla innych. Lydia tworzy udany związek z Sharon (bardzo dobra rola znanej z filmu „Barbara” niemieckiej aktorki Niny Hoss), z którą wspólnie wychowuje kilkuletnią córkę.

Tár ma jednak jedną słabość – słabość do młodych, atrakcyjnych kobiet – ślicznej rosyjskiej wiolonczelistki Olgi (Sophie Kauer), swojej asystentki Francesci (znana z „Portretu kobiety w ogniu” Noemie Merlant), czy studentki dyrygentury Kristy (Sylvia Flote). Jej słabością jest także roszczenie sobie prawa do wykorzystywania swojej pozycji. Sytuacja znacznie się komplikuje, kiedy Krista popełnia samobójstwo, a w mediach pojawiają się informacje o jej relacjach z Lydią Tár.

Cate Blanchett jest w kadrze od pierwszej po ostatnią chwilę filmu. Jest znakomita, kiedy dyryguje, kiedy udziela wywiadu, kiedy jest matką i partnerką i kiedy flirtuje z młodymi dziennikarkami i artystkami z kierowanej przez siebie orkiestry. Jako Lydia Tár jest magnetyzująca, trudno oderwać od niej wzrok. Można się nie zgadzać z jej poglądami, potępiać jej postawę, ale nie sposób oderwać wzroku od jej hipnotyzującej gry. Kiedy dyryguje na scenie, staje się muzyką, gra każdą częścią swojego ciała. Jest niezwykła i wyjątkowa. Będę niezwykle zawiedzony, jeśli nie odbierze jutro swojego trzeciego Oscara, choć nie widziałem jeszcze innej nominowanej, ponoć niesamowitej roli Andrei Riseborough.

Jedną z najistotniejszych scen z filmu jest moment zajęć Lydii Tár dla młodych adeptów dyrygentury w prestiżowym konserwatorium Julliard. Kiedy bohaterka prosi młodego, ciemnoskórego chłopca, żeby zagrał Bacha, ten odmawia, uważając, że jako niepewny swojej seksualności przedstawiciel innej rasy ma prawo odrzucać twórczość muzyka, który był białym człowiekiem o nie do końca właściwym prowadzeniu się. Dzięki tej scenie poznałem związane z poprawnością polityczną zjawisko cancel culture – odrzucania pewnych trendów, gdyż neguje się ich twórców. Jest to na tyle fascynujący, ale i niebezpieczny fenomen, że postaram się poświęcić mu oddzielny post na Popkulturalnym Maniaku.

Film wywarł na mnie bardzo duże wrażenie, choć jest specyficzny i z pewnością nie spodoba się każdemu widzowi. Jest to jednak film ważny, który zadaje wiele istotnych pytań – do jakich granic może posunąć się twórca, w jakim stopniu wolno nam wykorzystywać władzę, którą posiadamy, gdzie kończą się przywileje osób szczególnych, specjalnych, posiadających autorytet i rozliczne talenty.

„Tár” to ponad dwie godziny inteligentnego, refleksyjnego kina, kina bardzo kobiecego, opowiadającego o niezwykle silnej kobiecie, choć stworzonego przez mężczyznę. Todd Field już wcześniej pokazał swoimi produkcjami „Za drzwiami sypialni” i „Małe dzieci”, że jest reżyserem bardzo wrażliwym, wnikliwym, który potrafi poruszać ważne tematy i zaangażować się w dyskusję z widzem. A Cate Blanchett jest fenomenalna – choć jej bohaterka jest postacią fikcyjną, rys biograficzny jest tak realistyczny, a stworzona persona tak autentyczna, że ma się wrażenie, że film opowiada o prawdziwej osobie. Gorąco polecam i czekam na Oscara dla Blanchett,

Moja ocena: 9/10

wtorek, 7 marca 2023

 

„HEAVEN IN HELL”, Polska 2023


Polska premiera: 10 lutego 2023

Po obejrzeniu potwornie złej „Pokusy” obiecałem sobie, że nie będę oglądał tego typu filmów, ale złamałem swoją obietnicę i pobiegłem do kina na „Heaven in Hell” Tomasza Mandesa, reżysera „365 dni”. Czy żałuję tej decyzji?

„Heaven in Hell” to historia pięknej i ambitnej prawniczki, Olgi (Magdalena Boczarska), która samotnie wychowuje córkę Maję (Katarzyna Sawczuk), obecnie studiującą w Londynie. Olga przypadkowo poznaje przystojnego, młodego Włocha, Maksa (Simone Susinna). Spotykają się w kawiarni. Kiedy Olga otrzymuje w prezencie voucher na skok ze spadochronem, to właśnie Maks okazuje się instruktorem. Olga i Maks zakochują się bez pamięci, choć dzieli ich wszystko – wiek, pozycja społeczna, status materialny. Sympatyczny Włoch jest też związany z jedną ze spraw sądowych, które prowadzi Olga… A wcześniej był związany z Mają, córką Olgi…

„Heaven in Hell” z pewnością nie jest kinem wybitnym i wyjątkowym, ale nie jest też filmem złym, wulgarnym i szkodliwym, jak wspomniane „365 dni”. Ciekawą rolę tworzy Magdalena Boczarska, bo to po prostu dobra i zdolna aktorka. Gorzej wypada Simone Susinna, jest lekko drewniany w swoich dialogach i spojrzeniach, ale nadrabia wyglądem. Sawczuk jako córka Olgi jest początkowo irytująca, ale wypada bardzo dobrze w scenie kłótni i pojednania Olgi i Mai. Nie do końca wiadomo, czemu służy wprowadzenie do akcji przyjaciela Maksa i Mai (Sebastian Fabijański – nie wiem, co dzieje się z tym aktorem, bo kiedyś zapowiadał się na jednego z najciekawszych przedstawicieli swojego pokolenia, a teraz stał się nijaki, by nie rzec - słaby). W ciekawy epizod przyjaciela Olgi, sędziego, wciela się natomiast jak zwykle dobry Janusz Chabior.

Plusem filmu są ładne zdjęcia. Duża część filmu została nakręcona nad polskim morzem, zatem widoki są  atrakcyjne, tak jak przejażdżki łodzią Olgi.

Czy to film potrzebny? Być może tak. Rozmawiałem o nim z kilkoma kobietami i wszystkie orzekły, że to nie jest zła produkcja. Bałtyk, piękna Boczarska, przystojny i uwodzicielski Susinna. Mnie jednak film nie przekonał, ale może jest nienajgorszą propozycją na filmowy wieczór w Dzień Kobiet.

Moja ocena: 4/10

niedziela, 5 marca 2023

 

MÓJ ULUBIONY POLSKI FILM WSZECH CZASÓW – POST 350


Lubię celebrować małe jubileusze Popkulturalnego Maniaka i co 50 postów staram się zamieszczać jakiś specjalny wpis. Dziś post 350, zatem musi być w jakiś sposób szczególny. Post nr 150 opowiadał o moim ulubionym zagranicznym filmie wszech czasów, dziś napiszę o ulubionym filmie polskim.

Bardzo cenię sobie polskie kino. Myślę, że mamy wielu wybitnych reżyserów, że wspomnę Andrzeja Wajdę i Krzysztofa Kieślowskiego. 13 nominacji do Oscara dla filmu zagranicznego / międzynarodowego, które do tej pory nasza kinematografia otrzymała, nie jest dziełem przypadku. Uwielbiam filmowe adaptacje literatury, takie jak „Ziemia obiecana”, „Noce i dnie”, czy „Faraon”, kino lat 60-tych, niespokojne kino lat 80-ych, zwłaszcza „Matkę Królów” i „Przesłuchanie”, polskie kino XXI wieku jest też znakomite. Bardzo się raduję kiedy polskie filmy zdobywają tytuł mojego filmu roku – tak jak w ostatnich latach było z „Wszystko, co kocham” w 2010 roku, czy „Moim wspaniałym życiem” w 2021 roku.

Moim polskim filmem wszech czasów jest jednak komedia – ale komedia nieco gorzka, bardzo ironiczna, sarkastyczna, ukazująca absurdy życia w PRL-u. Ten film to „Miś” Stanisława Barei. Po raz pierwszy obejrzałem „Misia” w latach 80-ych, kiedy byłem małym chłopcem (hej) i film wcale mnie nie ujął. Nie do końca zrozumiałem większość żartów, w pewnych scenach, określanych już wówczas jako kultowe, nie widziałem nic zabawnego. Dziwiłem się tym wszystkim zachwytom, ochom i achom towarzyszącym filmowi. Nagromadzenie absurdalnych scen było dla mnie nadmierne. W dodatku część tych absurdów było częścią mojej rzeczywistości, widziałem je na co dzień na ulicy, w urzędach, więc co tak wszystkich bawiło?

Ponownie odkryłem „Misia” w liceum, bodaj w trzeciej klasie. Udało mi się nagrać film na VCR i potem katowałem kasetę, oglądając cały film lub jego obszerne fragmenty. Nabrałem do tego obrazu większego dystansu, lata 90-te i początek licznych zmian w kraju uwypukliły nonsensy mijającej epoki i to pozwoliło mi zrozumieć geniusz tego filmu i jego twórcy, Stanisława Barei.

O sile „Misia” świadczy fakt, jak mocno zakorzenił się we współczesnej popkulturze, jak wiele filmowych zwrotów i gagów trafiło do potocznej polszczyzny.

„Miś” to popis aktorstwa polskich gwiazd. Poza wspaniałym Stanisławem Tymem w roli Ryszarda Ochódzkiego, prezesa klubu sportowego Tęcza oraz brytyjsko-polską aktorką Christine Paul-Podlasky jako Aleksandrą, kochanką Ochódzkiego, na ekranie widzimy całą plejadę wybitnych aktorów, nawet w najmniejszych rolach drugoplanowych i epizodycznych, że wspomnę tylko Krzysztofa Kowalewskiego – kierownika produkcji na planie filmu „Ostatnia paróweczka hrabiego Barry Kenta”, czy Jerzego Turka – oddanego pracownika klubu Tęcza.

„Miś” to nostalgiczny powrót do lat 80-tych, obraz polskich sklepów, urzędów, mlecznych barów, ulic, obraz polskiej telewizji, kultury, polskiej wsi i polskiego miasta. Film kojarzy mi się bardzo ze Świętami Bożego Narodzenia, a pojawiające się w scenie końcowej nagranie Ewy Bem „Lulej że mi, lulej” uważam za jedno z najpiękniejszych wykonań polskich kolęd.

Być może to wybór nieoczywisty, ale taka jest pozycja „Misia” w moim rankingu polskich filmów wszech czasów. Od ponad 30 lat „Miś” mnie rozbawia, wzrusza, wprowadza w nostalgiczny nastrój i pozwala odkrywać coraz to nowe smaczki i naprawdę dowcipną krytykę naszej ówczesnej rzeczywistości.



niedziela, 26 lutego 2023

 

„WIELORYB” (The Whale), USA 2022

Premiera kinowa: 17 lutego 2023


Darren Aronofsky jest jednym z moich ulubionych reżyserów, jego „Czarny łabędź” z rewelacyjną Natalie Portman był moim filmem roku 2011, uwielbiam też „Requiem dla snu” z Jaredem Leto i Ellen Burstyn, dlatego bardzo czekałem na najnowszy obraz reżysera. O „Wielorybie” było bardzo głośno od światowej premiery ze względu na wyjątkową rolę Brendana Frasera.

„Wieloryb” to obraz zniszczonego życiem i chorobliwie otyłego Charliego (Fraser). Czując zbliżającą się śmierć, Charlie, który przed ośmioma laty porzucił rodzinę, bo związał się z mężczyzną, postanawia naprawić relacje ze swoją nastoletnią córką Ellie (Sadie Sink). Ojciec i córka nie widzieli się przez ten cały okres. Ellie to buntowniczka, manipulatorka, pełna gniewu i żalu dziewczyna, która od lat nie radzi sobie z sytuacją, w jakiej postawiło ją życie. Rozpoczyna się teatr, którego głównymi aktorami są Charlie i Ellie. Ich dramatyczne, pełne złości i wyrzutów rozmowy, przerywane są jedynie krótkimi chwilami pojawiania się w domu opiekunki Charliego, charyzmatycznej i zdecydowanej Liz (bardzo dobra, wyróżniona już nominacją do Oscara drugoplanowa rola Hong Chau), młodego wędrownego kaznodziei Thomasa, całkowicie pogubionego w życiu (Ty Simpkins) oraz matki Ellie i byłej żony Charliego - Mary (Samantha Morton).

Film jest oparty na sztuce teatralnej autorstwa Samuela D. Huntera i tę teatralność czuje się w filmie. Aktorzy, głównie młodzi, grają w nieco teatralny, przerysowany sposób. Akcja całego filmu rozgrywa się w małym domu, w którym z powodu swojej tuszy uwięziony jest Charlie. Brendon Fraser bez wątpienia tworzy kreację życia. Jego rola jest tak realistyczna, że można mieć wrażenie, że aktor naprawdę tak dramatycznie przybrał na wadze dla potrzeb roli. W niczym nie przypomina swoich bardziej rozrywkowych wcieleń z filmów, takich jak „Mumia”, czy „George prosto z drzewa”. Świetnie oddaje swoją niemoc, przerażenie, poddanie się, ale też nadzieję, którą daje mu próba pojednania z córką. Bardzo dobrze wypada w scenach z Hong Chau – swoją pielęgniarką, siostrą zmarłego partnera.

Film jest dobry i ma ważne przesłanie. Jedyne, co nieco mi w obrazie przeszkadzało, to jego „amerykańskość”. Bardzo amerykańska jest gra Sadie Sink, bardzo amerykańskie jest zakończenie filmu. We wcześniejszych, wspomnianych projektach Aronofsky'emu udało się tego uniknąć. Mimo to zdecydowanie film polecam, choćby dla roli Frasera, która z pewnością pozwoli mu wrócić do hollywoodzkiej elity (choć na Oscarach będę mocniej trzymał kciuki za Austina Butlera – „Elvis” i Colina Farrella – „Duchy Inisherin”).

Moja ocena: 8/10

piątek, 24 lutego 2023

 

„FILIP”, Polska 2022


Premiera kinowa: 3 marca 2023

Kinematografia przyzwyczaiła nas do regularnie pojawiających się filmów o II wojnie światowej. I to bardzo dobrze, że te filmy powstają, że o wojnie nadal się mówi, że pamięta się o tym najtragiczniejszym okresie XX wieku. Wojenną lub nawiązującą do wojny produkcję ma w repertuarze bodaj każdy szanujący się reżyser. Zdecydowanie dominują filmy martyrologiczne, ukazujące zagładę, zniszczenie lub działania militarne. Jednym z najważniejszych kandydatów oscarowych w tym roku jest film „Na Zachodzie bez zmian” – kino wojenne.

Od czasu do czasu pojawiają się produkcje ukazujące tragedię wojny w nieco odmienny sposób. Muszę tu wspomnieć o włoskim filmie „Życie jest piękne” Roberto Benigniego, czy moim ulubionym filmie 2020 roku – „Jojo Rabbit” w reżyserii Taiki Waititi. Do grupy filmów pokazujących okrucieństwo wojny nieco inaczej zaliczyłbym także bardzo dobry nowy polski film „Filip” w reżyserii Michała Kwiecińskiego, zdobywcę Srebrnych Lwów na ubiegłorocznym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, z genialną rolą Eryka Kulma Jr.

„Filip” to luźna adaptacja inspirowanej własnymi przeżyciami powieści Leopolda Tyrmanda. Filip to młody Polak, żydowski chłopak, który podczas wojny traci całą swoją rodzinę i wszystkich najbliższych, także narzeczoną Sarę. Filip ucieka z Polski do Frankfurtu – serca nazistowskiego zła, podaje się za Francuza i podejmuje pracę kelnera w ekskluzywnym hotelu Park. Niemieccy mężczyźni są na froncie, więc zatrudnienie znajdują tam młodzi chłopcy z całej Europy – Pierre z Belgii, Francesco z Włoch, Bohumil z Czech. Filip podejmuje specyficzną formę walki z niemieckim okupantem: rozkochuje w sobie niemieckie kobiety, samotne, tęskniące za mężami i narzeczonymi, wykorzystuje je i porzuca – „jak śmieci” – jak sam to określa. Sytuacja się komplikuje, kiedy na jego drodze pojawia się piękna Lisa (Caroline Hartig). Czy w obliczu tragedii i w atmosferze ciągłej niepewności Filip będzie zdolny do prawdziwych uczuć?  

„Filip” to przede wszystkim film o strachu i samotności. Główny bohater przez cały czas żyje obawą, że zostanie zdekonspirowany, że ktoś go rozpozna, że ktoś wyjawi jego żydowskie pochodzenie. Przeżywa chwile grozy, kiedy jednym z gości hotelowych okazuje się jego warszawska koleżanka (Sandra Drzymalska). Ciągłe napięcie odreagowuje w kontaktach z Niemkami i podczas wyczerpujących , niemal zwierzęcych ćwiczeń fizycznych. Kulm znakomicie pokazuje emocje – strach przez cały czas widać w jego oczach, na jego twarzy. Filip jest też potwornie samotny. Wprawdzie ma bardzo dobre kontakty z kosmopolitycznymi kolegami z pracy, ma znajomych wśród Niemców, którzy nie sympatyzują z faszyzmem, we Frankfurcie mieszka jego przyjaciel Staszek (Robert Więckiewicz), ale w życiu bohatera dominują samotność i pustka. Samotni są kelnerzy z hotelu Park, samotne są niemieckie kobiety, których mężowie walczą na wojnie, samotni są niemieccy bohaterowie filmu, którzy nie akceptują polityki Hitlera.

„Filip” to film niezwykły i potrzebny, film, który pokazuje nieco inną perspektywę wojny, ukazuje też niemieckie społeczeństwo jako jej ofiary. Eryk Kulm tworzy wyjątkową kreację, po obejrzeniu której trudno się otrząsnąć. W rytmie pulsującej muzyki obserwujemy sceny z ogarniętego wojną Frankfurtu. Wielkie wrażenie robią także doskonałe zdjęcia Michała Sobocińskiego i kostiumy Magdaleny Biedrzyckiej. Film z pewnością trzeba zobaczyć, bo to wyjątkowa produkcja w historii naszej kinematografii.

Moja ocen: 9/10

czwartek, 23 lutego 2023

 
Jacek Ostrowski „RACZYCHO”, Skarpa Warszawska 2022


Nasze płockie literackie dobro narodowe, Pan Jacek Ostrowski, zapowiedział już wydanie kolejnego tomu Serii z Papugą („Bohomaz” ma ukazać się wiosną), a ja dopiero teraz zabieram się do recenzji nadal najnowszej edycji przygód Zuzy Lewandowskiej – „Raczycho”

Dla niewtajemniczonych, a jest ich – mam nadzieję – coraz mniej, Zuza Lewandowska to bezkompromisowa płocka prawniczka, która w Polsce przełomu lat 70-ych i 80-tych prowadzi kancelarię adwokacką, ale przy okazji rozwiązuje sensacyjne lokalne zagadki kryminalne. Zuza klnie jak szewc, pali jak smok, a dobrych i drogich trunków nigdy nie wylewa za kołnierz, a przy tym z całego serca nienawidzi komuchów, milicji obywatelskiej i całego reżimowego systemu.

W najnowszym tomie jest nieco inaczej: Zuza musi odstawić ulubione używki i zamienić je na ziółka i pastylki – otrzymuje od lekarzy porażającą diagnozę: nieuleczalny nowotwór kości. Wiedząc, że nie pozostało jej już zbyt wiele czasu, Zuzanna postanawia uregulować wszystkie swoje sprawy, dotrzymać wszystkich zobowiązań i pożegnać przyjaciół – Kowalskiego – kolegę po fachu, Nowaka – byłego milicjanta (jedynego funkcjonariusza, którego nasza bohaterka akceptuje), doktora Kalickiego oraz proboszcza płockiej Katedry. Musi także zadbać o swoje ukochane zwierzęta – papugę Zgagę, psa Borysa oraz nowy zwierzęcy nabytek – kotka-kuternogę.

Podczas zamykania ostatnich spraw Zuza napotyka kolejne kryminalne tajemnice, które decyduje się rozwiązać. W Płocku regularnie giną młode kobiety – ich ciała są najpierw przywożone do kamienicy na ulicy Grodzkiej, a następnie przewożone do podziemi parafii na Górkach. Kto w okrutny sposób morduje kobiety? Zuza próbuje również rozwikłać zagadkę zaginionych niemowląt w rodzinie partyjnego dygnitarza oraz sprawę szalonego inżyniera z Łącka, który pragnie wysadzić budynek Sejmu.

Oczywiście, kapitan Mariański – wielki milicyjny wróg Zuzy – próbuje pokrzyżować jej plany. Pani mecenas jest także zmuszona do przetrzymywania w domu poważnie rannego sekretarza Marcinkowskiego, którego z Zuzą mogą łączyć więzy krwi…

A co z chorobą Zuzy? Czy uda jej się wygrać wyścig ze śmiercią? Czy w kolejnej części ktoś ją będzie musiał zastąpić? Może jej młoda, zdolna aplikantka Jolka?

„Raczycho” to kolejny udany tom coraz popularniejszej serii. Książkę czyta się z zapartym tchem, z jednej strony współczując Zuzie z powodu jej zdrowotnych problemów, z drugiej zaś kibicując jej, by raz jeszcze okazała się skuteczniejsza od milicji i służb specjalnych i wprowadziła w mieście ład i porządek. Jacek Ostrowski w znakomity sposób odtwarza polskie realia z czasów tuż po stanie wojennym, a dodatkowym smaczkiem jest wprowadzanie wszystkich topograficznych szczegółów Płocka, co dla płocczan (i nie tylko) stanowi ogromną wartość.

Zuza to bohaterka, której nie sposób nie polubić. Jest niesamowicie bystra, jej szybkie riposty zamykają usta najtęższym umysłom, włączając kolegów-prawników. To kobieta z krwi i kości, która doskonale wie, co chce osiągnąć i konsekwentnie i inteligentnie dąży do celu. Czy można sobie wyobrazić Serię z Papugą bez głównej bohaterki?

Bardzo gorąco rekomenduję „Raczycho” i całą serię kryminalnych przygód mecenas Lewandowskiej. Autorowi udało się stworzyć sagę, która nie nuży, nie powtarza tych samych rozwiązań, która stale zaskakuje i bawi. Czytajcie zatem Serię z Papugą! Panie Jacku, dziękuję!

Moja ocena: 10/10