piątek, 10 września 2021

 

Beata Kozidrak „Beata. Gorąca krew” Wydawnictwo Agora 2021


Niedawno Beata Kozidrak trafiła do wszystkich serwisów informacyjnych z powodu przykrego i niewybaczalnego incydentu alkoholowego. Celem dzisiejszego wpisu nie jest jednak sąd nad Beatą i publiczne jej napiętnowanie, a zaprezentowanie nowej biografii artystki: „Beata. Gorąca krew”.

Książka Beaty nie jest typową biografią – tekst jest przedstawiony dwutorowo – pierwsza płaszczyzna to zaprezentowane chronologicznie losy Beaty – od wczesnego dzieciństwa spędzonego w Lublinie, przez niełatwe początki Bajmu, lata 80-te i apogeum sukcesu w latach 90-tych i na początku XXI wieku, druga przestrzeń dotyczy dnia rozwodu artystki z wieloletnim mężem i artystycznym partnerem, Andrzejem Pietrasem – to podróż Beaty z Warszawy do Lublina na rozprawę rozwodową.

Obie części przeplatają się w książce i są umiejętnie połączone – np. w części rozwodowej czytamy: „Wróciłam do pokoju, zamknęłam drzwi i położyłam się na łóżku. Pomyślałam z dumą: „Jestem teraz wolną kobietą. Wybucham, kiedy chcę. Jak ETNA”, podczas gdy część retrospektywna zaczyna się od słów „ETNA – taki tytuł nosiła nasza siódma płyta”, czy „Moja przyjaciółka dostała zamówione, w końcu solidne danie. Ja poprosiłam tylko o SZKLANKĘ WODY” czytamy w opowieści o rozwodzie oraz „Po sukcesie mojej solowej płyty przyszedł czas na SZKLANKĘ WODY” Beata pisze we fragmencie historyczno-biograficznym.

W swojej opowieści Beata wydaje się być szczera i prawdziwa. Pisze o swoim życiu w Lublinie, fascynacją starszym i popularnym już Andrzejem Pietrasem, o początkach kariery, festiwalu w Opolu, pierwszych przebojach, recitalu „Bajm na dachu” (pamiętam ten program ze swego wczesnego dzieciństwa, byłem nim zahipnotyzowany), o radzeniu sobie z sukcesem, wczesnym i dojrzałym macierzyństwie, kompleksach, rodzinie i przyjaciołach.

Nie sposób nie lubić książkowej Beaty – to dziewczyna z sąsiedztwa, normalna kobieta, borykająca się z licznymi problemami, pełna marzeń i energii do ich realizacji. To z jednej strony jedna z największych gwiazd polskiej estrady, świadoma swojej siły i talentu, z drugiej zaś krucha istota potrzebująca miłości, opieki, akceptacji. Jest taka sama, jak my wszyscy.

W biografii zamieszczonych jest też wiele tekstów piosenek Beaty – często w kontekście przedstawionych okoliczności powstania lub po interpretacji autorki nabierają nowego wyrazu. W książce pojawia się także wiele fotosów – pokazujących różne oblicza piosenkarki w różnych dekadach. Beata opisuje chwile dramatyczne, rozstania z najbliższymi, ale w książce nie brakuje dozy poczucia humoru autorki. Mnie najbardziej zapadła w pamięci anegdota z pobytu w Stanach Zjednoczonych, gdzie wszyscy pytali Beatę, czy zna „Medana” i czy się z nią porównuje. Kim jest ta tajemnicza „Medana”? – myślała Kozidrak. Dopiero po powrocie do Polski okazało się, że to zdobywająca coraz większą popularność Madonna.

„Beata. Gorąca krew” nie jest wybitną lekturą, która trafi do kanonu obowiązkowo czytanych książek biograficzny, ale to przyjemne wspomnienie muzyczno-obyczajowe z czterech ubiegłych dekad – bo właśnie mija 40 lat od początków kariery Bajmu i Beaty. Dlatego mogę tę pozycję śmiało polecić nie tylko wielkim fanom muzyki zespołu. Książka z pewnością pomaga zrozumieć fenomen Bajmu, a może też to, co wydarzyło się kilkanaście dni temu…

Moja ocena: 6/10

środa, 1 września 2021

 

MISTRZ, Polska 2021

Premiera kinowa: 27 sierpnia 2021



Dziś rocznica wybuchu II wojny światowej. To dobry moment, by podzielić się obserwacjami i wnioskami po seansie filmu „Mistrz” w reżyserii Macieja Barczewskiego, gdyż film ten tematyki wojny bardzo mocno dotyka.

„Mistrz” to historia wybitnego przedwojennego pięściarza, Tadeusza „Teddy’ego” Pietrzykowskiego, który w jednym z pierwszych transportów trafił do obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu jako więzień z numerem 77. Właśnie od przybycia boksera do obozu zagłady rozpoczyna się akcja tego przejmującego filmu. Tadeusz musi morderczo ciężko pracować w obozie, jest świadkiem bestialskich mordów i nieludzkiego traktowania innych ludzi. Jego sytuacja zmienia się, kiedy trafia na obozowego kapo, Niemca, boksera – mistrza Hamburga, który rozpoznaje Teddy’ego. Władze obozu postanawiają zorganizować walkę między zawodnikami. Zwycięstwo pozwala Polakowi na zdobycie łatwiejszej pracy w stajni obozowej, a kolejne walki pozwalają na pozyskiwanie jedzenia, lekarstw i innych form pomocy dla współwięźniów. Tadeusz ratuje wielu ludzi od śmierci i głodu. Staje się bohaterem nie tylko jako wybitny sportowiec, ale przede wszystkim wielki człowiek – humanista, który służy dobru innych.

Niewątpliwie najjaśniejszą stroną obrazu jest grający główną i tytułową rolę Piotr Głowacki. Aktor tworzy wybitną, zapadającą w pamięć kreację, ukazując przy tym, że jest twórcą wszechstronnym i fenomenalnym. Głowacki, którego tak często widujemy na ekranach, często w rolach intelektualistów, czasem dziwaków, otrzymał rolę jak gdyby wbrew własnemu emploi. Jako bokser okazuje się jednak niezwykle wiarygodny, prawdziwy i magnetyzujący. Jest świetny.

Nie można przyczepić się też do scenariusza – historia Tadeusza Pietrzykowskiego jest oparta na faktach biograficznych, a twórcy filmu starali się odtworzyć prawdę historyczną.

Mówi się, że najlepsze filmy wojenne robią Amerykanie, Rosjanie i Polacy. Nie wiem, czy mogę w pełni zgodzić się z tym stwierdzeniem. „Mistrz” to film dobry, ale nie wybitny. Autorom nie udało się uniknąć patosu, nieco przejaskrawionych scen i dialogów. To film ciężki, ale z pewnością, mimo pewnych mankamentów, godny naszej uwagi.

Moja ocena; 7/10 (ale 10/10 dla Piotra Głowackiego)

niedziela, 29 sierpnia 2021

 

ZUPA NIC, Polska 2021



Polska premiera: 27 sierpnia 2021

Do kin trafia właśnie osadzona w latach 80-tych komedia w reżyserii znanej z obrazów „Moje córki krowy”, czy „Zabawa zabawa” Kingi Dębskiej.

Film przedstawia perypetie trzypokoleniowej polskiej rodziny w siermiężnych latach PRL. Rodzice to Tadeusz (świetny jak zawsze Adam Woronowicz) – architekt, któremu nie udało się zbić fortuny oraz Elżbieta (cudna i cudowna Kinga Preiss) – pielęgniarka, działaczka i liderka właśnie utworzonego w szpitalu oddziału Solidarności. Dzieciaki to nastoletnia Marta (Barbara Papis), która właśnie przeżywa pierwszą młodzieńczą miłość i nieco młodsza Kasia (Alicja Warchocka) – role dziecięce są w „Zupie nic” równie udane jak role dorosłych, profesjonalnych aktorów. Jest wreszcie Babcia (Ewa Wiśniewska) – twarda, zdecydowana i nieustępliwa uczestniczka Powstania Warszawskiego. Nie można nie wspomnieć o bracie Elżbiety, Zenku (Rafał Rutkowski) i jego żonie Lucynie (Katarzyna Kwiatkowska), którym powodzi się znacznie lepiej dzięki prywatnej inicjatywie i przynależności do partii.

W filmie widzimy szereg chwilami zabawnych, chwilami nostalgicznych obrazków z peerelowskiej Polski. Jestem pod wrażeniem, jak bardzo twórcom filmu udało się odtworzyć atmosferę lat 80-tych, a pamiętam te lata bardzo dobrze, bo byłem wówczas w wieku Marty, bohaterki filmu. Ogromne wrażenie wywarły na mnie czarnobiałe fragmenty komedii, stylizowane na obrazy z epoki. Ciekawie jest przypomnieć sobie sceny z ówczesnych prywatek, rodzinnych spotkań, ze szkoły, ze sklepów (przezabawny zakup wypoczynku „Edyta”), radości z zakupu samochodu (nawet jeśli jest to maluszek, ale za to piękny), marzeń o wyjeździe zagranicznym (choćby nad węgierskie jezioro Balaton).

I wszystko byłoby świetne – ciekawe sceny, zabawa i wzruszenie, doborowe aktorstwo, wierność historyczna, ale filmowi czegoś brakuje. I jest to brak jasno zarysowanej fabuły. Film to zestaw nie do końca związanych ze sobą obrazków z peerelowskiej Polski. „Zupę nic” można porównać do nadal goszczącej na ekranach kin komedii „Czarna owca” – to także historia trzech pokoleń rodziny, ale – w przeciwieństwie do filmu Kingi Dębskiej – był to film niezwykle spójny, stanowiący pełną całość, poprowadzoną od początku do końca. W „Zupie nic” takiej fabularnej spójności nie udało mi się odnaleźć.

Mimo tych mankamentów „Zupę nic” można obejrzeć. Dla pokoleń 40+ będzie to sentymentalna podróż do przeszłości, dla młodszych widzów – spojrzenie na egzotyczną Polskę, którą zna się  jedynie z rodzinnych opowieści.

Moja ocena: 7/10

 TOP 60 REPUBLIKA

Dziś swoje urodziny obchodziłby Grzegorz Ciechowski – przedwcześnie zmarły wybitny muzyk, wizjoner, poeta, lider zespołu Republika. 22 grudnia 2019 roku z okazji rocznicy śmierci Artysty przygotowałem zestawienie najlepszych, moim zdaniem, utworów Grzegorza Ciechowskiego. Znalazły się tam zatem nagrania nie tylko Republiki, ale także Obywatela G.C. i folkowego wcielenia muzyka – Grzegorza z Ciechowa. Bezapelacyjnie wygrało wówczas nagranie „Nie pytaj o Polskę”. Dziś pora na mój subiektywny TOP 60 ulubionych nagrań zespołu Republika. Kiedy 20 czerwca 1984 roku ułożyłem pierwsze notowanie mojej listy przebojów (prowadzę ją do dziś), to właśnie Republika znalazła się na szczycie tego wyjątkowego zestawienia. Republika nie przekonała mnie od samego początku, przełomem było tu nagranie „Nieustanne tango”, a potem uznałem geniusz tej formacji. Zespół muzycznie, artystycznie i koncepcyjnie wyprzedzał swoje czasy. Do dziś Republika to dla mnie elita polskiej muzyki. Enjoy!

60. Dar dla Pana B.
59. Republika
58. Układ sił
57. Koniec czasów
56. Będzie plan
55. Prąd
54. Fanatycy ognia
53. Jestem poławiaczem pereł
52. Nie pójdę do szkoły
51. Balon
50. Nasza pornografia
49. Jestem w niebie
48. Przeklinam Cię za to
47. Siódma pieczęć
46. Mantra ,ma
45. Wielki hipnotyzer
44. Józef K.
43. Amen
42. Reinkarnacje
41. 13 cyfr
40. Betlejem jest wszędzie
39. Jej brzuch
38. Zielone usta
37. Nowe sytuacje
36. System nerwowy
35. Przeczekajmy noc
34. Lawa
33. Na barykadach walka trwa
32. Moja Angelika
31. W ogrodzie Luizy
30. Gramy dalej
29. Zróbmy to (Teraz) (Kurtyna)
28. Zawsze ty (Klatka(
27. Obejmij mnie Czeczenio
26. Kombinat
25. Znak „=”
24. Halucynacje
23. Hibernatus
22. Nostradamus
21. Republika marzeń
20. W końcu
19. Stojąc w kolejce
18. Śmierć na pięć
17. Raz na milion lat
16. Mamona
15. Sam na linie
14. Śmierć w bikini
13. Sexy doll
12. Telefony
11. Moja krew
10. Gadające głowy
9. Biała flaga
8. Odchodząc
7. Arktyka
6. Zapytaj mnie, czy Cię kocham
5. Psy Pawłowa
4. Poranna wiadomość
3. Tak długo czekam (Ciało)
2. Nieustanne tango
1. Obcy astronom 



sobota, 28 sierpnia 2021

 

Paulina Józwik „Strupki”, Znak  2019



Na debiutancką powieść Pauliny Józwik „Strupki” natknąłem się przypadkiem – zarekomendowała ją dla mnie księgarnia online, w której zwykle kupuję swoje zdobycze. Zaintrygował mnie tytuł, spodobała okładka, przekonała seria Proza PL, w której ukazała się książka (a w której wydają choćby Chutnik, Denhel, Papużanka i Tulli). A że był to właściwy wybór, przekonało mnie jedno z pierwszych zdań powieści:

„Cichą śmierć miała moja babka Helena. Cichą śmierć miał jej brat Stefan. W ciszę zamienialiśmy nasze rozmowy. W milczenie wkładaliśmy to, co nas najbardziej bolało. Po cichu kochaliśmy tych, którzy byli nam przeznaczeni. Sprawy załatwialiśmy tak, żeby nikt przypadkiem nie usłyszał. To, co ważne, nosiliśmy w sobie, jak najcenniejszy skarb ukryty w koszach pełnych zboża, w które nikt nie miał odwagi włożyć ręki.”

I od razu wiedziałem: ta dziewczyna potrafi pisać, a jak powiedziała Joanna Bator: „ Oto narodziła się pisarka.”

Główną bohaterką książki jest Pola – młoda artystka-plastyk, która wyrwała się z rodzinnej wsi i zamieszkała w dużym mieście. Śmierć babki Heleny zmusza dziewczynę do powrotu do rodzinnego domu i zmierzenia się z przeszłością. Babcia odegrała bardzo znaczącą rolę w życiu Poli i jej siostry Ireny, wychowała dziewczyny, które wcześnie stały się najpierw eurosierotami (rodzice wyjechali do pracy do Niemiec), a później matka zginęła w tragicznym wypadku. Babka była zatem nie tylko rodzicem i wychowawcą dla wnuczek, ale też skarbnicą pamięci, rodzinnych historii, tradycji, wiedzy o wsi i jej mieszkańcach. Pamięci, którą Babka bezpowrotnie straciła z powodu szybko postępującej choroby.

Pola musi zmierzyć się z wyrzutami sumienia, bo kiedy Babka zachorowała, właściwie przestała przyjeżdżać z miasta, pozostawiając chorą kobietę pod opieką siostry. Musi poznać Dankę, która w życiu ojca zastąpiła zmarłą matkę. Musi spotkać Romana, swoją młodzieńczą niespełnioną miłość, musi wreszcie poznać rodzinne, skrywane latami tajemnice dotyczące relacji Babki Heleny z jej siostrą Pełką oraz bratem Stefanem, który jako młody chłopak nagle opuścił wieś i już nigdy nie skontaktował się z pozostawioną tam rodziną.

„Strupki” to piękna i poetycka powieść o życiu i śmierci, o pamięci i przemijaniu, o tym jak wiele błędów popełniamy i jak wielu z nich nie możemy już nigdy naprawić. Józwik znakomicie przedstawia wiejską mentalność, tworzy galerię ciekawych zróżnicowanych bohaterów, z których każdy ma wpływ na ważne wydarzenia z przeszłości i teraźniejszości. Zachwycił mnie język młodej autorki, niezwykle subtelny, wrażliwy, pełen nieoczekiwanych skojarzeń i stylistycznych tropów.

Książka Pauliny Józwik to bardzo udany, przejmujący debiut. Powieść czyta się bardzo szybko, nie ma w niej banałów i oczywistości, choć często eksploatowany wątek rodzinnych tajemnic mógł spłaszczyć treść i uczynić książkę nudną i przewidywalną. Z niecierpliwością czekam na kolejną pozycję w artystycznym dorobku Pauliny Józwik.

Moja ocena: 9/10

 

„SOUND OF METAL” (Sound of Metal), USA 2019



Polska premiera: 5 marca 2021

“Sound of metal” w reżyserii Dariusa Mardera to faworyt sezonu nagród i festiwali 2020/2021, z sześcioma nominacjami do Oscara, film zajmujący, ciekawy i znakomicie zagrany.

Ruben (Riz Ahmed) i Lou (Oliwia Cooke) są parą w życiu I parą na scenie – tworzą zdobywający coraz większą popularność zespół heavy-metalowy: on jest perkusistą, ona gra na gitarze I zapewnia zespołowi wokal. Podczas koncertów są w stanie zapanować nad tłumem, hipnotyzują muzyką i śpiewem, podróżują po Stanach Zjednoczonych kamperem i dużo występują, marząc o nagraniu płyty. Para muzyków to ludzie po przejściach, mają za sobą wiele rodzinnych dramatów, byli uzależnieni od twardych narkotyków.

Podczas jednego z koncertów Ruben zauważa, że dużo słabiej słyszy, po kilku dniach traci słuch prawie całkowicie, a wizyta u audiologa nie pozostawia złudzeń – młody mężczyzna całkowicie straci słuch, musi natychmiast zakończyć karierę, a pomocą może być jedynie wszczepienie niezwykle kosztownych implantów.

Ruben przechodzi załamanie nerwowe. Trafia do ośrodka dla głuchych z uzależnieniami, które prowadzi charyzmatyczny i bardzo religijny Joe (w tę rolę wciela się Paul Raci – to bodaj najwybitniejsza rola w życiu 73-letniego aktora, otrzymał za nią nominację do Oscara dla najlepszego aktora drugoplanowego). Na początku chłopak ma ogromne trudności z podporządkowaniem się rygorom ośrodka, spotyka tam jednak serdecznych ludzi, uczy się języka migowego, zaczyna podejmować zajęcia i czuć się potrzebny. Ale czy może czuć się  szczęśliwy i spełniony?

„Sound of metal” to poruszający i potrzebny film, który pokazuje, jak jedna chwila może całkowicie zmienić nasze życie i jak możemy starać się odnaleźć w życiu to, co jest naprawdę dla nas istotne. Riz Ahmed (nominowany do Oscara za najlepszą męską rolę pierwszoplanową) tworzy wybitną, zapadającą w pamięć kreację człowieka, któremu zawalił się świat, mężczyzny miotanego skrajnymi emocjami, który uczy się akceptować los i swoje nowe życie. Wyznam, że nazwisko i wizerunek aktora nic mi nie mówiły, dopiero podczas filmu przypomniałem sobie ważną rolę Ahmeda w „Wolnym strzelcu” z Jake’m Gyllenhaalem. Mam nadzieję, że „Sound of metal” pomoże temu brytyjskiemu aktorowi zdobywać jeszcze ciekawsze angaże.

Film kończy piękna scena, w której Ruben zapada się w ciszy w Paryżu z wzruszającym nagraniem „Green” Abrahama Mardera. Zwróćcie uwagę na ten moment filmu – jest naprawdę piękny.

„Sound of metal” to pozycja obowiązkowa dla wielbicieli dobrego, niezależnego kina, to gwarancja wzruszeń i ciekawych obserwacji i przemyśleń. Jedna z ciekawszych pozycji, które miałem szansę zobaczyć w tym roku.

Moja ocena: 8,5/10



wtorek, 24 sierpnia 2021

 

Rebecca Makkai „Wierzyliśmy jak nikt”, Wydawnictwo Poznańskie 2020

Przekład: Sebastian Musielak


Po książkę „Wierzyliśmy jak nikt” Rebecci Makkai sięgnąłem z pewnym opóźnieniem – ta niezwykła, epicka, często nagradzana powieść ukazała się w roku 2018, a na polski rynek wydawniczy trafiła w ubiegłym roku. Wielu blogerów uznało tę pozycję za najważniejszą książkę 2020. To niezwykły, choć bardzo przykry i poruszający tekst, który bodaj nikogo nie pozostawi obojętnym.

Akcja powieści rozgrywa się dwutorowo. Pierwszą płaszczyznę stanowi opis społeczności gejowskiej Chicago w latach 80-tych (dokładnie od roku 1985 po 1992). Głównym bohaterem jest Yale Tishman, trzydziestolatek, który pracuje w Galerii Briggsów na Uniwersytecie Northewestern, pozyskując pieniądze i dzieła sztuki dla muzeum. Odnosi znaczne sukcesy zawodowe, ale jego życie prywatne nie jest aż tak udane, choć żyje w monogamicznym związku ze swoim partnerem, dziennikarzem Charliem. Cała społeczność żyje w cieniu groźby zarażenia się nowym wirusem HIV i chorobą AIDS, która dziesiątkuje duże miasta Ameryki. Bohaterów poznajemy na pogrzebie jednego z członków społeczności – Nico. Jego siostra Fiona do końca wspomagała brata na łożu śmierci, choć była tylko nastolatką. Fiona bezgranicznie oddała się pomocy umierającym na AIDS mieszkańcom Chicago, przyjaciołom zmarłego brata, ludziom często samotnym, porzuconym przez najbliższych, całkowicie bezbronnym.

Druga płaszczyzna powieści przenosi nas do roku 2015, do Paryża, gdzie pięćdziesięcioletnia Fiona poszukuje swojej córki, która związała się z sektą, a – jak wynika z ustaleń detektywa – obecnie przebywa we Francji ze swoją córeczką. Pobyt w Paryżu jest także okazją do obejrzenia retrospektywnej wystawy znanego fotografika Richarda Campa, która poświęcona jest ofiarom epidemii AIDS w Chicago na przełomie lat 80-tych i 90-tych.

Makkai tak buduje fabułę książki, by między obiema płaszczyznami tekstu istniało wiele wspólnych nici i kontekstów. Dopiero w Paryżu dowiadujemy się o przyczynach pewnych postaw i zachowań bohaterów, których poznajemy w latach 80-tych. Dowiadujemy się, komu udało się uniknąć zabójczego wirusa, kto przetrwał, kto doczekał wynalezienia leków i gwarancji skutecznej kuracji.

Książka jest bardzo przygnębiająca, od pierwszych stron dowiadujemy się o postępach epidemii. Umierają kolejni bohaterowie, młodzi, inteligentni, sympatyczni, zwykle dobrze wykształceni ludzie. Czemu rosnąca świadomość i wiedza na temat wirusa nie powstrzymała ich przed ryzykownymi zachowaniami? Dlaczego poprzez swoje postawy prowadzili swoje życie do nieuchronnej śmierci? Paryż daje nam też odpowiedź, jakie winy Fiony w stosunku do jej córki ciążą na bohaterce? Czy pobyt w Paryżu będzie szansą na rehabilitację i odkupienie tych win? I czy rzeczywiście należy traktować je w kategorii winy? Dlaczego nikt nie pomógł młodej, nastoletniej Fionie, która bez reszty poświęciła się chorym?

„Wierzyliśmy jak nikt” to powieść niezwykła. Chylę czoła przed autorką, bo choć jest mieszkanką Chicago, musiała wykonać ogromną pracę przy przygotowywaniu fragmentów tekstu z lat 80-tych. Książka jest pełna wiedzy, choć przez karty powieści przewijają się dziesiątki bohaterów, każdy jest ważny i pełni istotną rolę przy rozwoju akcji. Autorka wie, jak poruszyć najczulsze struny i wywołać głębokie emocję. Na aplauz zasłużył także tłumacz powieści, Sebastian Musielak. To także dzięki niemu powieść czyta się tak dobrze, mimo że jest pełna naturalistycznych scen i przygnębiających opisów. Wydaje się, że tłumacz różnicuje język lat 80-tych oraz bardziej współczesny, ten z drugiej dekady XXI wieku. Już sam oryginalny tytuł „The Great Believers” jest przetłumaczony w piękny sposób – „Wierzyliśmy jak nikt”, a tytuł ten może się odnosić do różnych aspektów tekstu.

Nie wiem, czy „Wierzyliśmy jak nikt” to powieść dla każdego. Sam kilkakrotnie myślałem o porzuceniu lektury, choć jest bardzo wciągająca i można się z niej wiele dowiedzieć; o historii, o życiu, o sztuce, o niszczycielskich żywiołach, takich jak wojna, terroryzm, czy śmiertelna choroba. Jest to z pewnością tekst, który pokazuje dobrą kondycję współczesnej prozy amerykańskiej. Z zainteresowaniem sięgnę po inne książki autorki.

Moja ocena: 9/10