niedziela, 17 grudnia 2023

 

„SOUND OF FREEDOM. DŹWIĘK WOLNOŚCI” (Sound of Freedom), USA / Meksyk / Kolumbia 2023


Premiera kinowa: 15 września 2023

Dziś o jednym z najgłośniejszych filmów tego sezonu, amerykańskiej produkcji „Sound of Freedom. Dźwięk wolności” w reżyserii Alejandro Monteverde. Film zdobył ogromną popularność, choć ze względu na poruszaną problematykę miał duże trudności ze znalezieniem dystrybutora. „Sound of Freedom” to obraz walki z pedofilią w Stanach Zjednoczonych i w krajach Ameryki Południowej.

Film rozpoczyna porażająca scena, rozgrywająca się w Hondurasie, podczas której rzekoma modelka namawia ojca dwójki atrakcyjnych dzieci na zgodę w sesji fotograficznej, mogącej być prognostykiem udanej kariery. Kiedy jednak ojciec wraca po dzieci do wyznaczonej sali, znajduje jedynie opustoszały pokój hotelowy. Rocia (Cristal Aparicio) i jej młodszy braciszek Miguel (Lucas Avila) dostają się w ręce handlarzy dziećmi, współpracujących z siatką pedofili.

Na ślad zaginionego chłopca trafia Tim Ballard, amerykański agent federalny, specjalizujący się w poszukiwaniu ofiar pedofilii. Dzięki zeznaniom chłopca i jednego z porywaczy udaje się ustalić, że jego siostra została przewieziona do Kolumbii. Ballard porzuca pracę na rzecz rządu amerykańskiego, zostawia swoją rodzinę i wyjeżdża do Ameryki Południowej, by w porozumieniu z tamtejszą policją walczyć z plagą pedofilii i handlu dziećmi. Nieoczekiwanie znajduje sprzymierzeńca w osobie Vampiro, lokalnego mafioza (Billy Camp). Jak potoczą się losy Tima i poszukiwanych dzieci?

Film ma formę sprawnie zrealizowanego thrillera i to bardzo istotne, że powstał i ostatecznie trafił do widzów, bo porusza problem, ogromu którego nie jesteśmy absolutnie świadomi. Film pokazuje wiele faktów i statystyk dotyczących procederu uprowadzania i sprzedawania dzieci na całym świecie, a liczby i metody sprawców porażają. Jedyne, co może przeszkadzać w filmie, to nieco nachalna symbolika oraz uduchowienie głównego bohatera.

Grający główną rolę twardego agenta Jim Caviezel wypada na ekranie przekonująco, choć nie jest łatwo zrozumieć i utożsamić się z jego spontaniczną decyzją o porzuceniu pracy, rodziny i wyjeździe do „jądra ciemności” Ameryki Południowej. To dobry i ambitny aktor, którego karierę przerwała główna rola w „Pasji” Mela Gibsona, w której wcielił się w rolę Jezusa. Rolą tą przeszedł do historii kina, ale stała się ona dla niego piętnem, które przeszkodziło mu na wiele lata w karierze. „Sound of Freedom” jest pierwszym filmem aktora od czasów „Pasji”, który okazał się komercyjnym przebojem.

„Sound of Freedom. Dźwięk wolności” poraża, przeraża, jest to jednak film, który powinno się zobaczyć, by zrozumieć rozmiar problemu pedofilii i handlu małymi dziećmi, który dotyczy przecież także naszego kraju, i zacząć temu problemowi masowo przeciwdziałać.

Moja ocena: 7,5/10

piątek, 15 grudnia 2023

 

JACEK OSTROWSKI „Kuba”, Skarpa Warszawska 2023


Wielbiciele Zuzanny Lewandowskiej – rezolutnej płockiej prawniczki – mogą mieć powody do zadowolenia: Zuza powróciła – w jubileuszowej, już dziesiątej części Serii z Papugą. A powróciła w wielkim, latynoskim stylu.

Trwają ponure lata 80-te, Polską rządzą komuniści. Naszą bohaterkę spotyka jednak ogromna niespodzianka: po wielu próbach uzyskania paszportu (co – dla niewtajemniczonych – w dobie komunizmu graniczyło z cudem) Zuzanna odbiera z biura paszportowego upragnioną książeczkę, uprawniającą do podróży za granicę. Jej pierwszą destynacją, wbrew oczekiwaniom, nie okazuje się wymarzona Ameryka, ale „wyspa jak wulkan gorąca” – Kuba. Zuza pragnie doświadczyć nieco egzotyki, ale przede wszystkim chce uświetnić swoją obecnością ceremonię ślubu swojego przybranego brata z Kuby – temperamentnego Eduardo.

Socjalistyczne władze nie mogą wypuścić rzekomo wywrotowej Zuzy z kraju bez żadnej kontroli, dlatego w ślad za nią podążają od lat prześladujący panią adwokat funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej – kapral Opara i idiotyczny kapitan Mariański. Zuza zabiera ze sobą ukochaną, choć niezwykle gadatliwą i złośliwą papugę, Zgagę.

A na Kubie… Pan Jacek Ostrowski bezkarnie puszcza wodze fantazji i Zuzie zaczynają się przydarzać coraz bardziej niezwykłe historie. Zuza dołącza do polskiej wycieczki objazdowej, dzięki której ma zwiedzić intrygujące zakątki Kuby, Hawanę, farmę krokodyli. Zamiast cieszyć się urokami wspaniałej wyspy, Zuza musi jednak rzucić się w wir pracy – na wycieczce dochodzi do serii brutalnych morderstw, wśród podejrzanych są krokodyle, rekiny oraz niejaka (nijaka???) Pawłowicz, która w niezwykłych okolicznościach pojawia się wśród polskich turystów wraz z tajemniczym Niemcem.

Na szczęście pobyt na Kubie to nie jedynie rozwiązywanie afer szpiegowskich, zagadkowych zaginięć i potwornych morderstw, to przede wszystkim szansa na … płomienny romans ze znanym Kubańczykiem, który rozkochuje w sobie Zuzę i zapewnia jej na wyspie rozmaite atrakcje, łącznie z romantycznymi oświadczynami. Jak skończy się pobyt Zuzanny w tym niezwykłym, pięknym miejscu? Czy Zuza wróci do Płocka, do swoich przyjaciół i kancelarii na Tumskiej?

„Kuba” to bardzo udana, przezabawna i bardzo zaskakująca część sagi o Zuzie. Przede wszystkim akcja niemal całej książki rozgrywa się poza Płockiem, poza Polską, w nieoczekiwanym, egzotycznym miejscu. Zuzanna jest zmuszona podejmować próby rozwikłania tajemniczych zagadek na nowym, nieznanym, często wrogim gruncie. Poznajemy także nową stronę zwykle twardej i nieprzejednanej bohaterki – okazuje się, że Zuza może stracić zdrowy rozsądek i bez reszty oddać się uczuciu równie gorącemu jak cała wyspa. Bardzo mi ta nowa odsłona przygód i nowa twarz Zuzy przypadły do gustu.

Przygody Zuzy ani trochę nie zaczynają mi się nudzić i bardzo serdecznie je wszystkim polecam. Jubileuszowe gratulacje dla Pana Jacka – dziesiąty tom i niesłabnąca popularność serii to prawdziwy sukces. Z niecierpliwością czekam na kolejny tom.

Moja ocena: 10/10 (bo moja miłość do Zuzy nie słabnie)

niedziela, 10 grudnia 2023

 TOP 60 MARYLA RODOWICZ

Jubilatką tego tygodnia jest jedna z najważniejszych i najbardziej rozpoznawalnych polskich wokalistek, Maryla Rodowicz, która 8 grudnia obchodziła urodziny.. Najwyższy zatem czas na TOP 60 Maryli. Z Artystką chcieli współpracować i tworzyli dla Niej najlepsi, a tandem, który tworzyła z Agnieszką Osiecką na zawsze przeszedł do historii. Piosenkarka stworzyła całe dziesiątki przebojów, które do dziś zna i śpiewa cala Polska. Maryla Rodowicz obdarzona jest niezwykłym głosem, a przy tym niesamowitą osobowością i ogromną charyzmą. Stworzyła swój niepowtarzalny styl i jest naszym dobrem narodowym. Zapraszam na mój subiektywny TOP 60 Maryli Rodowicz. Enjoy!

60. Wio koniku
59. Kiedy się dziwić przestanę
58. Jak Cię miły zatrzymać
57. Wielki trójżaglowiec
56. Nie wiem, czy wytrzymasz ze mną, mały
55. Ludzie, kocham Was
54. Mówiły mu
53. Zostały mi
52. Dworzec
51. Z tobą w górach
50. Urodzajny rok
49. Nie ma jak pompa
48. Kasa sex
47. Bar przed zakrętem
46. Marusia
45. Dentysta sadysta (& RÓŻOWE CZUBY)
44. Żyj mój świecie
43. A gdzie to siódme morze
42. Powołanie
41. Tango na głos, orkiestrę i jeszcze jeden głos
40. Jest cudnie
39. Za górami
38. Nietakt
37. Gejsza nocy
36. Łza na rzęsie (mi się trzęsie)
35. Człowiek, człowiek
34. Dzięcioł i dziewczyna
33. Chcę mieć syna
32. Trzy, może nawet cztery dni
31. Jadą wozy kolorowe
30. Polska Madonna
29. Gołębi song
28. Krąży, krąży złoty pieniądz
27. Diabeł i raj
26. Ludzkie gadanie (& SEWERYN KRAJEWSKI)
25. Cyrk nocą
24. Damą być
23. Do łezki łezka
22. Ballada wagonowa
21. Wielka woda
20. Pejzaż horyzontalny
19. Gimnastyka
18. Kolorowe jarmarki
17. Bossanova do poduszki
16. Sing sing
15. Małgośka
14. Dobranoc, panowie
13. To już było
12. Święty spokój
11. Jej, żeglujże żeglarzu
10. Wariatka tańczy
9. Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma (& STAN BORYS)
8. Przytul mnie (& GRZEGORZ SKAWIŃSKI)
7. Remedium
6. Rozmowa przez ocean
5. Futbol
4. Szparka sekretarka
3. Gaj (& MAREK GRECHUTA)
2. Łatwopalni
1. Niech żyje bal 



sobota, 9 grudnia 2023

 

„UWIERZ W MIKOŁAJA”, Polska 2023

Premiera kinowa: 10 listopada 2023


W roku nieobecności kolejnej części „Listów do M.” do kin trafia „Uwierz w Mikołaja” – polska świąteczna produkcja na motywach powieści Magdaleny Witkiewicz. To najnowszy produkt tandemu Łepkowska/Lampke, a reżyserii podjęła się Anna Wieczur.

Agnieszka (Aleksandra Grabowska), na wieść o wypadku babci Helenki (Teresa Lipowska), udaje się w samotną podróż do rodzinnego domku w górach. Podróż utrudnia śnieżyca i Agnieszka po drodze napotyka porzucony przez kierowcę samochód.

Tymczasem Helena trafia do domu opieki o wdzięcznej nazwie „Happy End” – dość ekskluzywnej placówki prowadzonej przez sympatyczną Krystynę (Dorota Kolak), gdzie przebywa już duża grupa pensjonariuszy, a tworzy ją elita polskiej sceny aktorskiej po 70-ce, a często po 80-tce: zgorzkniała Sabina (Marta Lipińska), egzaltowana Eleonora (dawno nie  widziana, a trzymająca fantastyczną formę Elżbieta Starostecka), wesoła Irena (Izabela Olejnik), katoliczka Teresa (świetna Krystyna Tkacz), która dzieli pokój z buddystką Malwiną (Ewa Szykulska), i wreszcie szalona Jagoda (Dorota Stalińska). Są też panowie: erotoman Zenon (Bohdan Łazuka) i uroczy Janek (Maciej Damięcki w swojej ostatniej roli).

Kierowcą samochodu, na który po drodze natknęła się Agnieszka, okazuje się przystojny Mikołaj (Grzegorz Daukszewicz). Śnieżyca i brak prądu zamykają Agnieszkę i Mikołaja w górskiej chacie na kilka dni, a co może z tego wyniknąć, łatwo się domyślić…

W tle jest jeszcze wątek Anny (Agnieszka Więdłocha) i jej rezolutnej córeczki Zosi (Wiktoria Nowak), prześladowanych przez Artura (Antoni Pawlicki), którym próbuje pomóc Robert – nowy dzielnicowy (Mateusz Janicki).

Oczywiście, wszystko się dobrze kończy, wielu bohaterów okazuje się ze sobą skoligaconych, Święta ich łączą, wzajemnie sobie pomagają i – jak wskazuje nazwa domu opieki z filmu – mamy happy end.

Film na pewno wprowadza nas w świąteczny nastrój, ale twórcy nie ustrzegli się momentów co najmniej niezręcznych, banalnych, czy infantylnych, ale może tak już w tym gatunku być musi. Film jest słabszy niż pierwsze części „Listów do M.”, ale z pewnością lepszy od ostatnich odsłon cyklu. Atrakcją „Uwierz w Mikołaja” jest możliwość ponownego spotkania na dużym ekranie z czołówką polskich aktorów lat 70-tych i 80-tych – to dobrze, że kino ponownie się o nich upomniało.

Film można obejrzeć, ale chyba trudno o potrzebę kolejnego kontaktu z bohaterami „Uwierz w Mikołaja”. Na próżno będziecie się doszukiwać w polskiej produkcji uroku innych świątecznych obrazów, choćby „To właśnie miłość”, które właśnie wraca na ekrany.

Moja ocena: 5,5/10

środa, 6 grudnia 2023

 

TO WŁAŚNIE MIŁOŚĆ” (Love Actually), Wielka Brytania / USA / Francja

Premiera kinowa: 21 listopada 2003 oraz 8 grudnia 2023



Dziś Mikołajki i z tej okazji przypominam swój ulubiony film świąteczny. Filmy o tematyce Bożego Narodzenia trafiają do kin i do telewizji właściwie co roku – w grudniu tuż przed Świętami. Wiele z nich to klasyki, bez których nie wyobrażamy sobie Świąt. Część z nich to filmy przeznaczone typowo dla widza dziecięcego, inne – to filmy dla odbiorcy dorosłego.

Moim ulubionym filmem o tematyce świątecznej jest cudowny i uroczy obraz Richarda Curtisa „To właśnie miłość”, który w najbliższy piątek powraca do kin z okazji 20-tej rocznicy premiery. Ten Christmasowy przebój to urokliwa mozaikowa historia, z plejadą brytyjskich gwiazd, fantastyczną ścieżką dźwiękową i wieloma chwilami wzruszeń i zabawy.

„To właśnie miłość” to zestaw kilku pozornie niezwiązanych ze sobą opowieści, które ostatecznie w zaskakujący sposób się ze sobą łączą – a łączy je magia Świąt. Pierwszą historię tworzy Daniel (Liam Neeson), który po śmierci żony samotnie wychowuje syna Sama (Thomas Brodie-Sangster). Poznajemy także sympatyczną Karen (Emma Thompson), która przeżywa poważny kryzys małżeński, gdyż jej mąż Harry (nieodżałowany Alan Rickman) ma romans z młodszą koleżanką z pracy, Mią (Heike Makatsch). Jest też sam Premier Wielkiej Brytanii (przezabawny Hugh Grant), w którym bez pamięci zakochana jest jego asystentka (urocza Martine McCutcheon) oraz samotny gwiazdor rocka Billy Mack (znakomity Billy Nighy), który kręci właśnie teledysk do świątecznego hitu „Christmas is All Around”. Kolejną historię tworzą nowożeńcy Juliet (Keira Knnightley) i Peter (Chiwetel Ejiofor) z kochającym Juliet do szaleństwa Markiem (Andrew Lincoln) w tle. Jest też urocza para: Judy (Joanna Page) i John (Martin Freeman), zabawny Chris (Colin Frissell), który jedzie do USA w poszukiwaniu dziewczyny i Jamie (Colin Firth), który przypadkowo poznaje miłość życia -  Aurelię (Lucia Moniz). Ostatnią historię tworzą Sarah (Laura Linney), która żywi niespełnione uczucie wobec przystojnego Karla (Rodrigo Santoro).

Jest cukierkowo, ale nie mdławo. Jest nieco stereotypowo, ale nadal uroczo. Niektóre sceny, jak choćby taniec Premiera przy dźwiękach przeboju „Jump” Pointer Sisters / Girls Aloud, przeszły już do historii kina. W filmie jest znakomite aktorstwo, wyróżnię tu wspaniałą Emmę Thompson, która w niezwykły sposób pokazuje rozdarcie po odkryciu zdrady męża, oraz naprawdę śmiesznego w roli szefa brytyjskiego rządu Hugh Granta.

20 lat temu zobaczyłem film w kinie dwukrotnie – tak bardzo mi się spodobał. Potem jeszcze wiele razy oglądałem go w telewizji i na DVD, także z moimi uczniami. Aż trudno uwierzyć, że od premiery mija już tyle lat. „To właśnie miłość” to moja „guilty pleasure” i jak znam siebie, w tym roku ponownie pobiegnę do kina zobaczyć tę cudną brytyjską komedię romantyczną ze świątecznymi akcentami.

niedziela, 3 grudnia 2023

 

„ZABÓJCA”  (The Killer), USA 2023

Premiera kinowa: 27 października 2023

O tym, że David Fincher jest wyśmienitym reżyserem, nie muszę nikogo przekonywać. Kilka jego filmów: „Siedem”, „Podziemny krąg”, „Zodiak”, „Czy ciekawy przypadek Benjamina Buttona” to dla mnie (a myślę, że nie tylko dla mnie) klasyki i hollywoodzka elita. Czy najnowszy film Finchera „Zabójca” też trafi do tego wyjątkowego zestawu?

„Zabójca” to typowe kino gatunkowe. Głównym bohaterem jest elitarny płatny zabójca (Michael Fassbender). Prawie nic o nim nie wiemy, nie znamy nawet jego imienia, ale w pierwszej części filmu otrzymujemy szczegółowy opis jego pracy – od momentu otrzymania zlecenia, po jego wykonanie. Widzimy, jak przygotowuje się do przeprowadzenia egzekucji, jak kontroluje emocje i własne ciało, choćby przyspieszony puls, jak przygotowuje broń i jaka ścieżka dźwiękowa (niezapomniane hity Morrisseya i jego grupy The Smiths) towarzyszy jego działaniom.

Widzimy wreszcie moment strzału – zaskakująco – dla samego bohatera – chybionego. Zabójca przez przypadek zabija kobietę znajdującą się w pokoju potencjalnej ofiary. I to jest moment końca kariery zabójcy – prawdziwy assassin nie popełnia błędów. Pomyłka staje się tożsama z wydaniem na siebie wyroku. Rozpoczyna się ostra, bezlitosna i bezkompromisowa walka o przetrwanie, tym bardziej bezwzględna, że stawką jest też ukochana zabójcy – piękna dziewczyna z Dominikany, z którą mieszka w ukrytym miejscu, a do której docierają już ci, którzy otrzymali zlecenie na zabójcę. Jak skończy się ta nierówna gra?

Film jest dobry, ale bardzo specyficzny. Fincher buduje tu napięcie w zupełnie inny sposób niż w „Podziemnym kręgu, czy „Siedem”. Tamte filmy oglądało się z zapartym tchem na brzegu kinowego fotela – w „Zabójcy” takich emocji brakuje – czeka się po prostu na rozwiązanie akcji i na moment, który wyłoni zwycięzcę; zabójcę lub jego przeciwników. Michael Fassbender buduje ciekawą postać, z którą trudno jednak sympatyzować i której trudno sekundować. To przecież pozbawiony skrupułów płatny morderca, który gotowy jest na wszystko i nie ma żadnych zahamowań.

Ciekawe w filmie są brutalne sceny walki. W ciekawych epizodach pojawiają się Charles Parnell jako Hodges – właściciel biura, które zajmuje się pośredniczeniem w płatnych zabójstwach oraz jak zwykle niezawodna Tilda Swinton jako ekspertka, która ma wykonać wyrok na zabójcy za niedotrzymanie warunków umowy.

„Zabójca” to wnikliwe studium jednostki – człowieka całkowicie pozbawionego emocji, który – by całkowicie panować nad sobą – w nieskończoność jak mantrę powtarza sobie w głowie zasady, którym musi być wierny, by wykonać swoją pracę. Być może ten stan emocjonalny bohatera powoduje, że trudno jest wywołać w sobie jakiekolwiek emocje podczas projekcji filmu. Dlatego jestem najnowszą produkcją Finchera nieco rozczarowany, co nie oznacza, że takie kino nie spodoba się innym widzom. Film można zobaczyć w wybranych kinach i jest już dostępny na Netflixie.

Moja ocena: 6/10

piątek, 1 grudnia 2023

 

MADONNA – CELEBRATION TOUR – BERLIN
– 29 LISTOPADA 2023



Wczoraj historia zatoczyła swoiste koło – w 2008 roku zobaczyłem koncert Madonny po raz pierwszy w Berlinie, a wczoraj udało mi się zobaczyć ją po raz kolejny – już czwarty – także w Berlinie. I powiem krótko: koncert był fenomenalny.

W 1990 roku też o mały włos nie zobaczyłem Madonny na żywo – właśnie w Niemczech. Uczestniczyłem wówczas w wymianie młodzieży z naszego liceum ze szkołą w Darmstadt i rodzina, u której mieszkałem, chciała mi zrobić urodzinową niespodziankę – wyjazd do Monachium na koncert ulubionej Gwiazdy chłopca z postkomunistycznej Polski, ale na Blond Ambition  Tour … nie było już biletów.

Jeśli ktoś mocno wierzy, marzenia się spełniają – i wreszcie moją boginię zobaczyłem na Stadionie Olimpijskim w Berlinie podczas fantastycznej trasy Sticky and Sweet Tour i ponownie w 2009 w Warszawie na lotnisku Bemowo podczas tej samej trasy. W 2013 roku kolejny raz uczestniczyłem w koncercie – na Stadionie Narodowym w Warszawie podczas nieco słabszej trasy MDNA Tour i wreszcie wczoraj – w berlińskiej Mercedes-Benz Arena – zobaczyłem kolejną odsłonę trasy „Celebration Tour”, podsumowującej 40-letnią spektakularną karierę Artystki, która sprzedała najwięcej płyt na świecie.

Z powodu poważnych problemów zdrowotnych Gwiazdy trasa była poważnie zagrożona – rozpoczęła się z trzymiesięcznym poślizgiem, ale koncert berliński odbył się zgodnie z planem!

Były to ponad dwie godziny niezwykłych układów choreograficznych, doskonałych efektów wizualnych i – przede wszystkim – przebojów Artystki totalnej (choć półtoragodzinne opóźnienie uważam za zgoła niepoważne).

Na początku publiczność rozgrzał Bob the Drag Queen – amerykański entertainer, wykorzystując wielkie przeboje, choćby „Material Girl” i „Bitch I’m Madonna”.

Aż wreszcie na scenie pojawiła się Onna … Madonna!!! Koncert rozpoczął się od pięknego wykonania „Nothing Really Matters” – Madonna zaśpiewała utwór w szacie z aureolą. To nie jest moje ulubione nagranie Piosenkarki, ale na koncercie wypadło rewelacyjnie. Następnie Artystka przywitała się z rozentuzjazmowaną widownią i zaprosiła wszystkich na opowieść o swojej 40-letniej historii. W tle często pojawiały się zdjęcia Gwiazdy pochodzące z różnych etapów Jej kariery. Pierwszą część zdominowały hity z moich ulubionych lat 80-tych. Zabrzmiały „Everybody” – pierwszy singiel Madonny, świetne gitarowe, ostro wykonane „Burning up”, „Into the Groove” i „Open Your Heart” – dwa bardzo jasne fragmenty koncertu i radosne, kolorowe „Holiday”. Następnie pojawiły się dwa poważniejsze, refleksyjne momenty koncertu. Wprowadziła je sekwencja nagrania „In this life” z płyty „Erotica”, w którym Madonna żegna się ze swoimi przyjaciółmi zmarłymi na AIDS, a następnie w niezwykle wzruszający i emocjonalny sposób wykonała „Live to Tell”, a na ruchomych telebimach pojawiły się zdjęcia ofiar epidemii, w tym Freddie’go Mercury’ego.

W ciekawej oprawie scenicznej Madonna wykonała także mój przebój wszech czasów „Like a prayer” w medley’u z kontrowersyjnym „Act of Contrition” z albumu „Like a Prayer” i „Unholy” z repertuaru Sama Smitha i Kim Petras. . Bardzo innowacyjnym rozwiązaniem okazało się wykonanie części piosenek w specjalnej konstrukcji – sześcianie, w którym Madonna podróżowała nad widzami.

W drugiej części koncertu, poświęconej latom 90-tym, zrobiło się dużo bardziej sensualnie i seksualnie, a Madonna zaśpiewała „Erotica” z owacyjnie przyjętym przez widzów fragmentem „Papa Don’t Preach”, „Justify My Love”, zmysłowe „Fever’, doskonałą interpretację „Bad Girl” – kolejny z wyjątkowych momentów koncertu, podczas którego Madonnie na scenie towarzyszyła córka Mercy, akompaniując Artystce na fortepianie. Następnie pojawił się przebojowo-popisowe nagranie „Vogue” z ciekawą choreografią, żywiołowe „Hung up” i „Crazy for You” – cieszę się, że ta ballada pojawiła się na set liście koncertu.

Potem w programie koncertu znalazło się świetnie wykonane „Die Another Day”, bardzo dobrze przyjęte westernowe „Don’t Tell Me” – mój  trzeci ulubiony moment wieczoru, dedykowane przedwcześnie zmarłej matce Artystki „Mother and Father” oraz „I Will Survive”  z repertuaru Glorii Gaynor z mocnym przesłaniem w wiarę w życie i człowieka. Podczas koncertu pojawiało się wiele haseł i przekazów wiary w siebie, odrzucenia strachu, tolerancji, bycia sobą i słów wsparcia dla społeczności LGBTQ+. Były to mocne i ważne chwile podczas przebojowego show. Artystka oddala też hołd zmarłej w tym roku Sinead O’Connor – w pewnej chwili w tle pojawił się wizerunek irlandzkiej artystki.

Publiczność oszalała, kiedy z głośników popłynęły dźwięki nagrania „La Isla Bonita” – jest coś w tej piosence, co daje widowni mnóstwo pozytywnej energii i Madonna chętnie wykonuje ją podczas koncertów (to także najczęściej odtwarzane nagranie Gwiazdy w serwisie youtube). Latynoskie klimaty utrzymało „Don’t Cry for Me, Argentina”, a następnie Madonna poeksperymentowała z nagraniami „Bedtime Story”, perfekcyjnym, energetyzującym wykonaniem „Ray of Light” oraz piękną interpretację jednej z moich ulubionych ballad „Rain”.

Na koniec na scenie Madonna wystąpiła z … Michaelem Jackson. Na tle historycznych już zdjęć Króla i Królowej Popu w teatrze cieni przedstawiony został fantastyczny medley utworów „Like a Virgin”, „Billie Jean” i „The Way You Make Me Feel” – poczułem się, jakbym znów był nastolatkiem, „touched for the first time”, oglądającym występy Madonny i Jacksona w MTV. Było … znakomicie.

Na koniec scenę ogarnęło szaleństwo „Bitch I’m Madonna” i „Celeration”, po czym światła na scenie zgasły, a zapaliły się na widowni. Ładne wnętrza Mercedes-Benz Areny zaczęły pustoszeć.

Wiem, że nie jestem do końca wiarygodnym recenzentem koncertów Madonny, bo jestem ogromnie oddanym fanem i wczorajsze widowisko było dla mnie wspaniałe pod każdym względem – przemyślane, błyskotliwe, profesjonalne, nostalgiczne, zabawne, zaskakujące, dające wiarę w człowieka. Mam świadomość, że Madonna nie jest już nastolatką, że nie ma walorów wokalnych Barbry Streisand, Mariah Carey, czy Whitney Houston, ale koncert był znakomity – cieszę się, że Madonna się nie poddaje, że potrafi tak kreatywnie wykorzystać katalog swoich przebojów i że jest … WIELKA! Obcowanie z taką Gwiazdą w tej samej sali koncertowej było dla mnie niesamowitym przeżyciem i wyróżnieniem. Dobrze się czułem wśród Madonnowej publiczności, bo – w przeciwieństwie do Openera, czy choćby koncertu Harry’ego Stylesa – nie byłem na widowni najstarszy – udało mi się wyłowić wśród publiczności wiele podrygujących w rytm wielkich przebojów Gwiazdy głów w mocno już gołębich barwach. Ogromnie cieszy jednak obecna na widowni ogromna rzesza (nomen omen w Berlinie) nastolatków i ludzi po 20-tce, szalejących przy piosenkach, które doskonale znali, pamiętając każde słowo ich tekstów. To było niesamowite!

Miło też było spotkać Michała – największego fana Madonny, jakiego znam. Dla niego to też był czwarty koncert, ale czwarty – podczas obecnej Celebration Tour, a wcześniejszych były z pewnością całe dziesiątki.

Bardzo doceniam to, że obok tych wszystkich ogromnych hitów pojawiły się też nagrania nieco bardziej nieoczywiste, nieoczekiwane, jak choćby „Mother and Father”. A czy czegoś zabrakło? Chętnie usłyszałbym „Frozen” i „Take a Bow”, bo to dla mnie kultowe kawałki, może „Power of Goodbye”, ale najbardziej oczekiwałem na wskrzeszenie piosenki „Gambler” – doskonałego, ale zapomnianego przeboju z roku 1985. Natomiast, jeśli w artystycznym dorobku ma się ponad 200 utworów, z których blisko setka to globalne hity, nie można wprowadzić do repertuaru koncertowego ich wszystkich.

Madonna wyglądała świetnie. Jest ładna, zgrabna i atrakcyjna, nie wiem, dlaczego w sieci pojawia się tak wiele jej szpetnych i mocno wyretuszowanych zdjęć. Trzykrotnie zmieniała peruki i pojawiała się w różnych kostiumach, najczęściej w zmysłowym gorsecie à la Jean Paul Gaultier. Jej kreacje i sceniczne wcielenia nawiązywały do Jej wieloletniej kariery jako królowej reinwencji.

Podsumowując – cudowne widowisko z nowoczesnymi technologiami, produkt dopracowany do perfekcji, z dbałością o szczegóły, ciekawy polski akcent z obrazami Tamary Łempickiej w tle, ogromne przeboje, intrygujące układy choreograficzne i ponad dwie godziny rozrywki na najwyższym poziomie! Brawa i wielki szacunek, Madonna!

Bardzo dziękuję Jusi za pomoc w organizacji tego nieco skomplikowanego logistycznie wyjazdu, ale przede wszystkim dziękuję Szanownym Darczyńcom, którzy podarowali mi ten koncert jako prezent – niezwykłą niespodziankę. 29 listopada już zawsze będzie mi się kojarzył z Wami i z Madonną w Berlinie. Wielkie gorące podziękowania!

Czy to był mój ostatni koncert Madonny? Cóż, cztery to zacna liczba, ale czy pięć nie brzmi dumnie? Czas pokaże…

Moja ocena: 10/10!!!!!