sobota, 11 grudnia 2021

 

Wszystkie nasze strachy, Polska 2021



Premiera kinowa: 5 listopada 2021

Do kin trafił niedawno zdobywca Złotych Lwów na tegorocznym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, obraz Łukasza Rondudy i Łukasza Gutta „Wszystkie nasze strachy”. Film jest inspirowany prawdziwą historią chłopaka z mazowieckiej wsi nieopodal Sierpca, Damiana Rycharskiego. rolnika, artysty, aktywisty, głęboko wierzącego i praktykującego katolika, geja.

Damiana znają wszyscy i choć często nazywają go „pedałem”, akceptują go, bo jest artystą – twórcą  choćby interaktywnej kapliczki, która wita wiernych na rozstajach dróg. Damian organizuje też protesty na rzecz lokalnych rolników, których nie rozpieszcza ani Unia Europejska, ani polski rząd. Damian bardzo blisko współpracuje z miejscowym proboszczem. I chociaż jego tęczowa naszywka na bluzie i spodniach razi niektórych, Damian wie, jak układać sobie relacje z miejscowymi.

Tyle szczęścia nie ma Jagoda, 17-letnia dziewczyna z tej samej wsi, która tak jak Damian kocha inaczej. Zaszczuta, zastraszona, nieakceptowana, postanawia odebrać sobie życie. O śmierć dziewczyny i promowanie „ideologii LGBT” zostaje oskarżony Damian, a kiedy ścina drzewo, na którym powiesiła się dziewczyna i buduje z niego krzyż, próbując zorganizować Drogę Krzyżową w intencji dziewczyny, spotyka się z falą nienawiści i całkowitym odrzuceniem. Oburzenie budzi również fakt, że krzyż trafia na wystawę sztuki współczesnej w Warszawie.

Bardzo mocną stroną filmu jest aktorstwo. Dawid Ogrodnik po raz kolejny udowadnia, że potrafi zagrać wszystko i każdego. Jest bardzo naturalny, przekonujący. Świetną rolę gra w filmie Maria Maj jako Babcia Damiana. W ciekawych epizodach pojawiają się Jowita Miodlinkowska jako matka Jagody oraz Andrzej Chyra jako ojciec Damiana. Dobry jest także Oskar Rybaczek jako Olek – delikatny, niepewny swojej seksualności i obawiający się opinii wsi przyjaciel i partner Damiana.

Film jest dobry, przejmujący, porusza istotną tematykę, ale nie tworzy, moim zdaniem, spójnej, zamkniętej całości, nie przedstawia propozycji rozwiązania problemu, ukazuje zjawisko, ale nie pomaga. Bo czy służące jako strachy na dziki krzyże odziane w ubrania ofiar LGBT, które popełniły samobójstwo, dają jakąś nadzieję? Czy dramat Rondudy i Gutta jest w stanie zmienić czyjeś homofobiczne nastawienie? Mam wrażenie, że świetny pomysł i dobry temat nie zostały w pełni wyeksploatowane i chociaż Daniel jest niezwykle pozytywną, sympatyczną postacią, nie może w pojedynkę podkreślić przesłania filmu.

Na festiwalu w Gdyni „Wszystkie nasze strachy” walczyły z filmem „Moje wspaniałe życie”. Pierwszy obraz wygrał nagrodę dla Najlepszego filmu, drugi – nieco na pocieszenie – otrzymał nagrodę za reżyserię. Ja nie miałbym wątpliwości i „Moje wspaniałe życie” wygrałoby w obu kategoriach.

Moja ocena: 7/10

sobota, 4 grudnia 2021

 

POWIEŚĆ MOJEGO ŻYCIA – „LALKA” BOLESŁAWA PRUS


             

Dziś kolejny ważny post – post numer 200. Staram się, by te rocznicowe wiadomości były w jakiś sposób szczególne. Post nr 50 dotyczył książki mojego dzieciństwa – serii o Muminkach Tove Jansson. Post nr 100 był pierwszym odcinkiem video bloga, zaś wpis nr 150 był poświęcony najważniejszemu dla mnie filmowi – „Czułym słówkom” w reżyserii Jamesa L. Brooksa.

Dziś pora na wpis numer 200, w którym postanowiłem napisać o najważniejszej powieści, z jaką się dotychczas zetknąłem, a jest nią „Lalka” Bolesława Prusa – fascynująca podróż do Warszawy XIX wieku. Ten wybór może być dla wielu dużym zaskoczeniem. Większość książek, które przeczytałem od momentu ukończenia szkoły średniej, to powieści reprezentujące angielski obszar językowy, głównie książki brytyjskie. To w dużej mierze konsekwencja wyboru uniwersyteckiej specjalności, a była nią właśnie powieść brytyjska. Książki autorów brytyjskich oraz pisarzy z krajów byłego Imperium Brytyjskiego bez reszty mnie pochłonęły i zafascynowały, podobnie jak angielska kultura.

A jednak powieść mojego życia to książka napisana w moim języku ojczystym: niezwykła wielowątkowa arcyciekawa perła polskiej literatury. „Lalka” to tekst, w którym każde słowo ma znaczenie, każdy bohater, choćby marginalny, odgrywa istotną rolę, każdy element fabuły pozwala ją rozwijać i wpływa na bieg akcji. To intrygujący portret polskiego społeczeństwa i jego różnych warstw, które są zmuszone ze sobą współpracować, tworząc stale pulsujący życiem organizm. To galeria barwnych postaci, które albo się kocha, albo nienawidzi.

Wielu krytyków narzeka, że główni bohaterowie „Lalki”- Izabela i Stanisław – to postaci nieprawdziwe, papierowe, które same do końca nie wiedzą, do czego zmierzają, a ich relacja jest sztuczna i nie może wzbudzić u czytelnika żadnych emocji. Odpieram te zarzuty – w kreacji głównych bohaterów odnajduję dużo prawdy, wyrachowania, tajemniczości. Ich związek nie jest do końca jasny i sprecyzowany, co czyni go bardziej intrygującym.

„Lalka” doczekała się dwóch adaptacji filmowych. Pierwsza – z 1968 roku w reżyserii Wojciecha Hasa z Beatą Tyszkiewicz jako Izabelą Łęcką, Mariuszem Dmochowskim w roli Stanisława Wokulskiego i nieodżałowanym Tadeuszem Fijewskim jako Ignacym Rzeckim - to film intrygujący, bardzo udany, ale dla mnie Wokulski ma twarz Jerzego Kamasa. W 1977 roku Ryszard Ber nakręcił dziewięcioodcinkowy serial telewizyjny. Tym razem Wokulskim stał się właśnie Jerzy Kamas, rolę Izabeli zagrała Małgorzata Braunek, a w znakomitą rolę Rzeckiego wcielił się Bronisław Pawlik – i to była niewątpliwie rola jego życia. Serial obejrzałem po raz pierwszy we wczesnym dzieciństwie i później wielokrotnie do niego wracałem. Uwielbiałem kreacje bohaterów, obraz starej Warszawy, to była moja adaptacja „Lalki” i serdecznie tę produkcję wszystkim polecam.

Moim zdaniem to Prus, a nie Sienkiewicz, powinien był otrzymać literacką Nagrodę Nobla, nie tylko za „Lalkę”, ale fascynującego „Faraona” i wybitną nowelistykę. Sienkiewicz „bywał” w świecie, zrobił literacką karierę dzięki powieści „Quo Vadis”, używając współczesnego języka – umiał zbudować wokół siebie doskonały „piar”, ale krytycy literaccy coraz częściej nazywają go „pierwszorzędowym pisarzem drugorzędowym”, podkreślając historyczną miałkość i naiwne kreacje bohaterów Trylogii. Bolesław Prus to pisarz-fotograf życia, niezwykle uważny obserwator i autor potrafiący łączyć realizm z wartką akcją. Bardzo cenię jego twórczość, a „Lalka” to powieść arcydzielna i inspiracja dla wielu późniejszych pokoleń literatów.

Ciekawi mnie niezwykle, czy wyborem najważniejszej dla mnie książki udało mi się Was zaskoczyć. Niepoprawny miłośnik współczesnej prozy brytyjskiej uznaje bardzo klasyczne dzieło polskiego pozytywizmu. W tym roku mija symboliczne 30 lat, odkąd po raz pierwszy sięgnąłem po tę niezwykłą i wybitną powieść Bolesława Prusa. Wówczas książka mnie zafascynowała. I w tej fascynacji trwam nadal.

czwartek, 2 grudnia 2021

 

TOP 60 BRITNEY SPEARS

Po ostatnim zestawieniu, którego bohaterem była grupa Guns’n’Roses przechodzimy do całkowicie odmiennej stylistyki. Nasza mała Britney Spears, która jeszcze niedawno biegała po szkolnych korytarzach radośnie nucąc „Hit me, baby, one more time” dziś kończy 40 lat. Britney jest artystką o wielu twarzach – obok naprawdę dobrych popowych kawałków nagrywa też tanie, słabe nagrania, które nie powinny znaleźć się w jej repertuarze. Teraz dużo częściej gości w mediach z powodu afer, skandali i prawnych sporów ze swoją rodziną niż nowych nagrań. Prawdą jest, że Britney miała wpływ na kształt muzyki pop, zwłaszcza przełomu wieków i zasłużyła na to notowanie. Oto zestaw moich ulubionych sześćdziesięciu utworów Britney Spears. Mam nadzieję, że numer 1 może być lekkim zaskoczeniem. Enjoy! And Happy Birthday, Britney!

60. From the bottom of my broken heart
59. Slumber party (& TINASHEE)
58. I love rock’n’roll
57. Mood ring
56. One kiss from you
55. Can’t make you love me
54. Alien
53. What U see (is what U get)
52. Deep in my heart
51. Do somethin’
50. Matches (& BACKSTREET BOYS)
49. Pretty girls (& IGGY AZALEA)
48. I’m not a girl, not yet a woman
47. Lucky
46. Sometimes
45. Hold it against me
44. Perfect lover
43. Touch of my hand
42. Unusual you
41. Thinkin’ about you
40. Outrageous
39. Out from under
38. I will still love you (& DON Phillips)
37. Criminal
36. Don’t let me be the last to know
35. Boys (& PHARRELL WILLIAMS)
34. Till the world ends (& NICKI MINAJ & KESHA)
33. If U seek Amy
32. Anticipating
31. Break the ice
30. Shadow
29. Passenger
28. Heaven on Earth
27. Beat goes on
26. Work Bitch
25. Someday (I will understand)
24. Overprotected
23. Swimming in the stars
22. Breathe on me
21. It should be easy (& WII.I.AM)
20. 3
19. I wanna go
18. (You drive me) Crazy
17. My only wish
16. Circus
15. Stronger
14. I’m a slave 4U
13. Me against the music (& MADONNA)
12. Perfume
11. Radar
10. Gimme more
9. Make me (& G-EAZY)
8. Born to make you happy
7. Ooops! … I did it again
6. Scream & shout (& WILL.I.AM)
5. Everytime
4. Womanizer
3. Toxic
2. … Baby one more time
1. Piece of me



wtorek, 30 listopada 2021

 TOP 60 GUNS’N’ROSES

Dziś ostatni dzień listopada. Bardzo zależało mi, żeby zdążyć z dzisiejszym zestawieniem w tym miesiącu ze względu na zwycięską piosenkę, która listopad ma w tytule. GUNS’N’ROSES. To nie jest moja ulubiona grupa i nie słucham ich muzyki na co dzień, ale doceniam ich wkład w rozwój muzyki rockowej. Mnóstwo nagrań Axla i jego trupy to modern classics, a niektóre teledyski to dzieła sztuki. Pamiętam moment pojawienia się nagrania „Sweet child o’mine” i albumu „Appetite for Destruction” i chociaż byłem wtedy zagorzałym słuchaczem muzyki pop, potrafiłem cieszyć się też muzyką Gunsesów. Przedstawiam mój subiektywny zestaw sześćdziesięciu ulubionych nagrań Guns’n’Roses. Enjoy!

60. Absurd
59.
Perfect crime
58. Hard skool
57. Attitude
56. My world
55. Right next door to hell
54. Out ta get me
53. Reckless life
52. New roses
51. Chinese democracy
50. Sorry
49. Breakdown
48. You’re crazy
47. Black leather
46. There was a time
45. Oh my God
44. It’s so easy
43. Bad obsession
42. Anything goes
41. Raw power
40. You can’t put your arms around a memory
39. Scraped
38. Madagascar
37. This I love
36. Ain’t it fun
35. Double talkin’ jive
34. Think about you
33. Get in the ring
32. Bad apples
31. Shadow of your love
30. Rocket queen
29. Mr Brownstone
28. Nightrain
27. Catcher in the rye
26. Better
25. 14 years
24. Civil war
23. Move to the city
22. If the world
21. Dust n’bones
20. Dead horse
19. Sympathy for a devil
18. My Michelle
17. Used to love her
16. You ain’t the first
15. Since I don’t have you
14. Street of dreams
13. The garden
12. So fine
11. You could be mine
10. Welcome to the jungle
9. Live and let die
8. Estranged
7. Don’t cry
6. Yesterdays
5. Paradise city
4. Patience
3. Sweet child o’mine
2. Knockin’ on heaven’s door
1. November rain 



sobota, 27 listopada 2021

 

„DOM GUCCI” (House of Gucci), USA 2021


Polska premiera: 26 listopada 2021

“I don’t consider myself a particularly ethical person, but I am fair”

To był najbardziej wyczekiwany przeze mnie film 2021 roku. Od momentu, kiedy zobaczyłem pierwszy zwiastun, z hitem „Heart of Glass” Blondie w tle, i drugi trailer – tym razem z „Sweet Dreams (Are Made of These)” duetu Eurythmics. I już – mam projekcję za sobą. Czy film spełnił moje oczekiwania?

„Dom Gucci” to intrygująca historia rodzinna, pełna przepychu i blichtru, intryg i zdrad, przestępstw i malwersacji, które prowadzą do morderstwa i upadku wielkiego imperium. To niezwykle ciekawy obraz świata mody i życia elit w latach 80-tych i 90-tych na tle międzynarodowych przebojów tej ery i pięknych włoskich przebojów (z ostatnio odkrytym przeze mnie na nowo przebojem Alice Visconti „Una Notte Speciale”).

Akcja filmu rozpoczyna się w Mediolanie w 1978 roku, kiedy Patrizia Regianni (Lady Gaga), sekretarka i księgowa w firmie przewozowej swojego ojca, na przyjęciu poznaje Maurizia Gucci (Adam Driver) – spadkobiercę rodu wielkich włoskich projektantów. Czy to „colpo di fulmine” – miłość od pierwszego wejrzenia, czy wrodzone wyrachowanie Patrizii i chęć poślubienia jednego z najbogatszych Włochów? Choć dzieli ich wszystko, reprezentują dwa różne światy, wbrew rodzinie Maurizia Patrizia i młody Gucci łączą się więzami małżeństwa.

Poznajemy przedstawicieli słynnej rodziny – Rodolfo – ojca Maurizia (dystyngowany i snobujący się na arystokratę Jeremy Irons), jego brata Aldo (bardzo dobry jako biznesman-hedonista Al Pacino), syna Aldo, Paolo (Jared Leto – i do tej roli mam pretensję: Leto to jeden z najwybitniejszych aktorów swojego pokolenia, zawsze będę go cenił, choćby za „Requiem dla snu”, „Witaj w klubie”, czy „Ostatnie takie lato”, ale jego rola w „Domu Gucci wydaje się przerysowana, nieprawdziwa; trudno mi uwierzyć, że Paolo Gucci był aż takim ekscentrykiem i dziwakiem). Bardzo dobrze wypadają Jack Huston jako Domenico De Sole – prawnik rodziny oraz Salma Hayek jako wróżka Pina i „partner in crime” Patrizii.

„House of Gucci” to aktorski popis Lady Gagi – to jej film, jej klimat, jej opus magnum. Po „Narodzinach gwiazdy” wydawało mi się, że Gaga nie jest już w stanie stworzyć wybitniejszej kreacji, a rola piosenkarki w tym obrazie była dla niej po prostu stworzona. Okazuje się, że jako  Patrizia Regianni jest jeszcze lepsza – pełna emocji, kontrastów, walcząca o swoje prawo do wejścia do świata, do którego nie należy i do którego nie pasuje. Potrafi łączyć bezwzględność, okrucieństwo i wyrachowanie z niemocą i bólem odrzucenia i rozstania. Jest tak wiarygodna, że trudno jest orzec, czy cierpi z powodu utraconej miłości, czy odcięcia od majątku Guccich? A może z obu tych powodów? Adam Driver jest też bardzo dobry i przekonujący, kiedy po okresie fascynacji i zauroczenia zaczyna dostrzegać prawdziwą Patrizię.

Wiele kontrowersji jeszcze przed premierą wzbudził akcent bohaterów – aktorzy mówią po angielsku z włoskim akcentem. Niektórzy specjaliści uznali, że to całkowicie zbędny i nieudany zabieg, który nie uwiarygodnia w żaden sposób historii słynnej rodziny projektantów. Trudno mi się ustosunkować do tej kwestii – na pewno w wybranych scenach sposób ekspresji aktorów jest nieco wyolbrzymiony, ale nie jest to dla mnie istotny zarzut.

Ridley Scott stworzył dobry, solidny film. Widać, że twórca dobrze czuje się w konwencji kina ukazującego niedawne dekady. W najnowszej produkcji czuć nieco atmosferę znaną z jego poprzedniego hitu „Wszystkie pieniądze świata” .To dobry rok dla reżysera, bo z kin niedawno zniknęła jego inna tegoroczna premiera – „Ostatni pojedynek”. W „Domu Gucci” udaje się mu obudzić ducha lat 80-tych i 90-tych i wskrzesić jedno z najważniejszych modowych imperiów, kiedy znajdowało się jeszcze w rodzinie założycieli i w fazie rozkwitu. Przykra i symboliczna jest scena przejęcia firmy przez arabskich inwestorów i młodego, jeszcze nikomu nieznanego wówczas amerykańskiego projektanta, Toma Forda.

„Dom Gucci” nie będzie moim filmem roku. Może wiązałem z produkcją zbyt wiele oczekiwań, może czegoś zabrakło. Film jest bardzo dobry, w większości świetnie zagrany (Lady Gaga – I love you again) i mogę go wszystkim zdecydowanie polecić, ale nie jest to kino wybitne i przełomowe, które stanowi punkt zwrotny w historii kinematografii i pozostaje w nas na zawsze.

Moja ocena: 8/10

czwartek, 25 listopada 2021


„DIUNA” (Dune), Kanada / USA / Węgry / Wielka Brytania 2021


Polska premiera: 22 października 2021

Wreszcie udało mi się obejrzeć „Diunę” Denisa Villeneuve – nieomal w miesiąc po premierze. Chciałem przygotować się do seansu i najpierw zaznajomić się z kultową powieścią Franka Herberta z 1965 roku, ale nie zdołałem ukończyć lektury i nadszedł czas na zapoznanie się z tym niezwykłym widowiskiem.

Muszę wyznać, że uniwersum „Diuny” było mi zupełnie obce, choć teraz doceniam fakt, że Herbert stworzył cykl książek wybitnych w swoim gatunku, wyjątkowych i niepowtarzalnych. Można nawet stwierdzić, że stworzył coś na kształt systemu religijnego z wojną światów i zapowiedzią nadejścia Mesjasza. Nie zaskakuje mnie zatem, że od lat ma swoich wyznawców i zagorzałych wielbicieli, którzy czekali na pojawienie się nowej ekranizacji w kinach. A czekać było warto.

Mnie fascynacja cyklem Herberta ominęła. Nigdy wcześniej nie czytałem powieści – a lektura, mimo zawiłości treści, wielu bohaterów i miejsc akcji, okazała się dużą przyjemnością. Nie widziałem też głośnej, choć uważanej za niezbyt udaną, adaptacji Davida Lyncha, choć to jeden z moich ulubionych reżyserów. Pamiętam, że w 1984 roku dużo się o tym filmie mówiło, dla mnie ciekawostkę stanowił fakt, że zagrał tam Sting, ale film przeszedł obok, bez mojego udziału. Nie w pełni utożsamiam się także z gatunkiem – nie należę do wielbicieli literatury i kina science fiction. Cieszę się, że po latach nadrobiłem braki i obejrzałem film, a do lektury z pewnością wkrótce wrócę.

Od początku filmu ma się wrażenie i przekonanie, że obcuje się ze zjawiskiem wyjątkowym. Film zaskakuje rozmachem formy, mimo że uniwersum Diuny wydaje się nieco ascetyczne – z ogromnymi przestrzeniami pustynnymi i potężnymi, lecz surowymi bryłami budynków. Nastrój buduje fantastyczna, niepokojąca muzyka Hansa Zimmera. Wrażenie robią monumentalne sceny i piękne zdjęcia.

Streszczenie akcji filmu jest nie lada wyzwaniem. „Diuna” to obraz przejęcia kontroli nad tytułową planetą przez ród szlachetnych Atrydów od Harkonennów na mocy traktatu wydanego przez Imperatora. Planeta jest miejscem strategicznym ze względu na występującą tam drogocenną przyprawę, zwaną melanżem. Książę Leto Atryda (Oscar Isaac) pojawia się na Diunie wraz ze swoją obdarzoną magicznymi mocami kobietą, Jessicą (Rebecca Ferguson), oraz synem Paulem (uwielbiany przez widzów Timothee Chalamet).

Na wypalonej słońcem Diunie żyją  jeszcze jej rdzenni mieszkańcy – Fremeni, mądry i pokojowy naród, który nauczył się żyć na pustyni i unikać ogromnego niebezpieczeństwa – ataków czerwu pustynnego. Po przybyciu na planetę przedstawicieli Atrydów dochodzi do zdrady, książę Leto zostaje zamordowany, a Paul wraz z matką ratują się ucieczką. Co wydarzyło się dalej, okaże się w drugiej części filmowej adaptacji powieści.

„Diuna” to pełen mistyki i tajemniczości obraz zantagonizowanego świata przyszłości. Obok zdjęć, wielką zaletą filmu jest obsada. Poza wspomnianymi rolami na uwagę zasługuje także Stellan Starsgard jako Baron Vladimir Harkonnen. Film jest długi, ale nie nuży, gdyż intryguje przebiegiem akcji, scenografią, pomysłowością. Denis Villeneuve po raz kolejny udowadnia, że jest utalentowanym reżyserem-wizjonerem i to dobrze, że po stworzeniu obrazu „Blade Runner 2049” to właśnie jemu przypadła w udziale realizacja nowej adaptacji prozy Herberta. Muszę tu przypomnieć jeden z pierwszych przebojów kinowych tego kanadyjskiego reżysera, film „Pogorzelisko”, który do dziś pozostaje dla mnie jednym z najlepszych filmów obejrzanych w życiu.

Pozostaje mi jeszcze reakcja na zarzuty widzów, że bez znajomości książki pełne zrozumienie fabuły :Diuny” jest w zasadzie niemożliwe. Przyznaję, że jest to film fabularnie skomplikowany i lektura części powieści pomogła mi w zrozumieniu i interpretacji obrazu filmowego, ale jeśli ktoś lubi wysokobudżetowe, zrealizowane z rozmachem kino science fiction, na dodatek z bardzo dobrymi rolami, zapraszam do zanurzenia się w uniwersum Diuny. Nikt nie powinien żałować decyzji o obejrzeniu filmu, a ja czekam już na drugą część.

Moja ocena: 8/10

niedziela, 21 listopada 2021

 

BO WE MNIE JEST SEKS, Polska 2021



Premiera kinowa: 19 listopada 2021

W kinach trwa przegląd rewelacyjnych polskich filmów. Prawie co tydzień otrzymujemy interesującą filmową propozycję, reprezentującą rodzimą kinematografię. W tym tygodniu jest to obraz „Bo we mnie jest seks” w reżyserii Katarzyny Klimkiewicz.

Kaliny Jędrusik nie trzeba chyba nikomu przedstawiać – to wybitna aktorka filmowa i teatralna,  piosenkarka (1930 – 1991), nazywana często polską Marilyn Monroe, symbol seksu, gwiazda Kabaretu Starszych Panów. „Bo we mnie jest seks” to biografia aktorki, ale nie typowy obraz biograficzny, ukazujący jej życie od urodzenia do śmierci, lecz wycinek z jej życia: rok 62, kilka miesięcy, przedstawiających karierę Kaliny od kontrowersyjnego występu na Święcie Górnika (kiedy artystka pokazała krzyżyk na tle niezwykle głębokiego dekoltu) poprzez utratę pracy w Telewizji Polskiej po przejęciu artystycznego kierownictwa przez nieprzychylnego Jędrusik dyrektora Ryszarda Molskiego, aż do triumfalnego powrotu na wizję po zwycięstwie w plebiscycie Ekspresu Ilustrowanego na najpopularniejszą aktorkę. Film wpisuje się w obowiązujący na świecie i bardzo popularny trend odchodzenia od biografii całościowych na rzecz bardziej wnikliwej analizy postaci w ukazanym fragmencie życia. Tak przedstawiona została choćby księżna Diana w goszczących w kinach filmie „Spencer”.

„Bo we mnie jest seks” to przede wszystkim grająca główną rolę Maria Dębska. Kiedy ogłoszone zostało, że ta młoda zdolna aktorka (mająca już za sobą istotne występy w tak ważnych produkcjach, jak „Zabawa zabawa”, „Moje córki krowy”, „Czarny mercedes”, czy „Cicha noc”), od razu pojawiły się głosy malkontentów, że Marysia Dębska roli Kaliny nie udźwignie – że jest za młoda, za mało utalentowana, nie przypomina Jędrusik, nie ma jej charyzmy, seks appealu, brak jej doświadczenia. Jakże mylili się ci krytycy i fataliści! Marysia jest w filmie czarująca – naturalna, piękna, zmysłowa, ponętna, prawdziwa, urzekająco i uwodzicielsko podobna do Kaliny – po prostu na te 100 minut staje się Kaliną. Aktorka otrzymała za tę rolę Złote Lwy na tegorocznym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. W pełni zasłużoną, a miała ogromną konkurencję, choćby w postaci roli Agaty Buzek w filmie „Moje wspaniałe życie”. Wygląda hollywoodzko, gra wybornie, śpiewa cudownie, w niezwykle udany sposób naśladując omdlewający, zmysłowy głos Kaliny Jędrusik, przeklina uroczo.

Bardzo przekonująco i profesjonalnie w roli męża Kaliny, Stanisława Dygata, wypada Leszek Lichota. Zachwyt w jego oczach podczas telewizyjnych występów pięknej żony jest niezwykle autentyczny i hipnotyzujący. Ciekawym punktem w obsadzie filmu jest także Krzysztof Zalewski w roli piosenkarza Lucka, kochanka Kaliny (bohater ten został oparty na postaci piosenkarza Wojciecha Gąssowskiego). . Bardzo dobra jest też promująca film piosenka Krzysztofa i Marii Dębskiej „Romansu nie będzie” – nagranie w stylu retro.

Cały film jest właśnie w stylu retro – rozpoczynając na napisach, konwencji filmu, kostiumach i kończąc na znakomitej scenografii. Scenarzystom i kostiumologom należą się ogromne brawa i wyrazy szacunku za odtworzenie świata lat 60-tych, świata, który już nigdy nie powróci. Ciekawe jest też zamieszczenie w filmie fragmentów musicalowych, z których najbardziej intrygujący wydaje się szalony taniec w legendarnym klubie Spatif. Dbałość o drobiazgi, piękna oprawa muzyczna, niepowtarzalny klimat i przede wszystkim Maria Dębska jako Kalina czynią film wyjątkowym i niepowtarzalnym.

Film po prostu bardzo mi się podobał i myślę, że mogę go polecić wszystkim – młodszym i starszym, paniom i panom, wielbicielom Kaliny Jędrusik i jej adwersarzom.  „Bo we mnie jest seks” to gwarancja poprawienia nastroju.

Moja ocena: 8,5/10

https://www.youtube.com/watch?v=prT1wdF8en8