sobota, 30 października 2021

 

„Aida” (Quo vadis, Aida?), Austria / Francja / Holandia / Niemcy / Norwegia / Polska / Turcja / Rumunia / Afganistan / Bośnia i Hercegowina 2020


Polska premiera: 17 września 2021

Ostatnio urządziłem sobie filmowy seans katorgi i emocjonalnego wyczerpania: „Wesele”, „Żeby nie było śladu”, a teraz dodałem jeszcze porażający obraz bośniackiej reżyserki Jasmili  Žbanić  – „Aida”.

Jest lipiec 1995 roku. Dobiega końca tocząca się od trzech lat wojna na Bałkanach, będąca następstwem rozpadu Jugosławii. Akcja filmu rozgrywa się w okolicach miasta Srebrenica, w strefie bezpieczeństwa kontrolowanej przez Holendrów, reprezentujących siły zbrojne ONZ. Po upadku miasta do obozu przybywają tysiące mieszkańców, poszukujących azylu muzułmańskich Bośniaków.

Główną bohaterką jest Aida, dojrzała kobieta, nauczycielka, która w strefie ONZ pełni rolę tłumaczki. W wybitną rolę swojego życia wciela się  serbska aktorka Jasna Djuricic. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że aktorka w tym filmie nie gra, ona po prostu staje się Aidą. Kobieta stara się pomagać wszystkim, tłumaczy i przekazuje niełatwe komunikaty żołnierzy ONZ. Do obozu trafiają jej mąż i dwaj młodzi synowie. Sadystyczny przywódca Serbów, generał Ratko Mladić, ma jednak plany wobec koczujących w obozie i jego okolicy Bośniaków. Rozpoczyna się masakra w Sebrenicy…

Aida robi wszystko, żeby uratować swoich najbliższych. Film jest niezwykle przejmujący, to 104 minuty emocji, przykrych przeżyć i nadziei. W filmie znajduje się wiele symbolicznych scen, momentów sprzed wojny, które ukazują wspólne życie Bośniaków i Serbów – wesele, bawiące się dzieci, rozmawiających sąsiadów. Wojna niszczy przeszłość i teraźniejszość. Sąsiedzi zostają wrogami, przyjaciele – wzajemnie niszczącymi się katami. Tu, w naszej Europie, zaledwie dwadzieścia lat temu, ma miejsce największe ludobójstwo od czasów drugiej wojny światowej, a my – jako widzowie – jesteśmy tego świadkami.

Film jest z całą pewnością wybitny i niezwykle potrzebny. Mimo całego tragizmu daje też cienką nić nadziei. Kiedy Aida wraca do miasta po zakończeniu wojny, wchodzi do swojego domu jako osoba przegrana, pod olbrzymim ciężarem wojennych doświadczeń, ale wychodzi z dużo większą siłą – to tu dochodzi do przemiany bohaterki. To scena chwytająca za gardło. Niezwykle poruszające są także sceny identyfikacji zwłok przez muzułmańskie kobiety.

„Aida” to film, o którym trudno zapomnieć, to pełen dramatyzmu i ludzkiej tragedii fragment niedawnej historii, to przestroga przed wojną, niepotrzebnymi i niezrozumiałymi konfliktami, to przestroga dla ludzkości, by wystrzegać się wykluczenia, reżimu, despotów i psychopatycznych tyranów. To ostrzeżenie dla nas wszystkich. Na oczach całego świata więcej nie może dochodzić do takich szokujących wydarzeń.

Film walczył o Oscara dla najlepszego filmu międzynarodowego, ale przegrał z duńską produkcją „Na rauszu”. Czy słusznie? Polecam „Aidę”, to film wielki, ważny i otwierający nasze oczy na jedną z największych tragedii naszego kontynentu ostatnich 25 lat. Natomiast nie można ukrywać, że to kolejny obraz, który czyni u widza emocjonalne spustoszenie, nie pozwala oderwać myśli od losów bohaterów, boli, dokucza. To obraz wojny, jakiego nie znamy, wizja przedstawiona oczami kobiety. Chyba zobaczyłem ostatnio zbyt wiele tak ciężkich obrazów. Teraz pora na komedię romantyczną, albo „Venoma”.

Moja ocena filmu: 10/10

niedziela, 17 października 2021

 

Cezary Łazarewicz „Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka”, Wydawnictwo Czarne 2017



Przyznam, że po niezwykle popularną formę reportażu sięgam bardzo rzadko, a po głośny i nagrodzony Nagrodą Literacką Nike reportaż „Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka” sięgnąłem jedynie z powodu zapowiedzi filmu opartego na tej historii, w tym także na tekście Łazarewicza.

Książka opisuje porażającą i niezwykle przykrą historię brutalnego zabójstwa warszawskiego maturzysty, Grzegorza Przemyka, przez reżimowych milicjantów w 1983 roku. Chłopiec był synem Barbary Sadowskiej, znanej poetki i opozycjonistki, co nadało sprawie szczególnego wydźwięku. Grzegorz – jedna z ofiar ekipy Jaruzelskiego i Kiszczaka – stał się symbolem represji i okrucieństwa aparatu politycznego lat 80-tych w Polsce, choć rządzący mieli na sumieniu wiele więcej niepotrzebnych śmierci i ofiar. Tytuł reportażu i opartego na nim filmu nawiązuje do słów jednego z milicjantów, którzy skatowali maturzystę na śmierć na posterunku na Jezuickiej na Starym Mieście, by potem przez szereg lat i procesów sądowych skutecznie wypierać się udziału w zbrodni.

Praca Łazarewicza, napisana niezwykle przystępnym językiem, to efekt ogromnej pracy, poszukiwań w archiwach, nawiązania kontaktów z kolegami i rodziną Grzegorza, świadkami, ofiarami tej sprawy, ale też przestępcami. Autor w skrupulatny, chronologiczny sposób opisuje wszystkie wydarzenia, które zaczęły się feralnego 12 maja 1983 roku i właściwie nigdy nie znalazły epilogu. Maszyna państwowa zainwestowała ogromne nakłady pracy i finansów, żeby zatuszować tę sprawę. Kompromitowanie świadków, zwłaszcza Cezarego F., brutalne posłużenie się sanitariuszami i całą warszawską służbą zdrowia, znęcanie się nad Barbarą Sadowską i całą rodziną Grzegorza, zaangażowanie służb specjalnych w całym kraju i polityczne spotkania na najwyższym szczeblu z Jaruzelskim i Kiszczakiem na czele – tak próbowano ukręcić łeb tej sprawie. To wprost niewiarygodne, do czego posuwali się funkcjonariusze państwowi i przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości, żeby wybawić z opresji sprawców ataku na Grzegorza i wybielić milicję obywatelską i ZOMO.

Łazarewicz z niezwykłą dokładnością odtwarza sprawę zabójstwa Przemyka dzień po dniu, opiera się na dokumentach, aktach sprawy, zeznaniach świadków i rozmowach z wieloma osobami bezpośrednio i pośrednio związanymi ze sprawą. Trudno uwierzyć, że nawet po upadku komunizmu sprawcy zabójstwa i wszystkie wysoko postawione osoby nie zostały w żaden sposób ukarane.

Cieszę się (choć nie wiem, czy to właściwe słowo), że sięgnąłem po tę pozycję. Kiedy Grzegorz zginął miałem zaledwie 10 lat, pamiętałem tylko nazwiska Przemyka i Sadowskiej, ale nie znałem szczegółów, choć Ojciec słuchał zakazanego Radia Wolna Europa, gdzie o sprawie dużo się mówiło. Poprzez lekturę reportażu ten chłopak stał się mi bardzo bliski, okazało się, że urodził się w tym samym roku, co moja Siostra, i w tym samym roku zdawali maturę. Na co dzień pracuję z rówieśnikami Grzegorza w chwili jego śmierci, przygotowując ich do egzaminu maturalnego, więc łatwo mi było wyobrazić sobie tego lekko nieokrzesanego chłopaka, młodego buntownika, wrażliwego poetę i wyjątkowego przyjaciela. Łazarewicz nie tylko przypomniał postać Grzegorza, ale też jego matki – zapomnianej dziś poetki, kobiety, która za swoje polityczne zaangażowanie zapłaciła najwyższą spośród możliwych cen.

Na półce czeka już kolejna pozycja autora – tym razem reportaż „Koronkowa robota”, o słynnej sprawie posądzenia Rity Gorgonowej o zabójstwo młodej dziewczyny. To już z pewnością będzie lektura innego kalibru, nie tak emocjonalna, nie tak wyczerpująca, ale z pewnością utwierdzi mnie w moim przekonaniu, że Cezary Łazarewicz jest na polskim rynku literatury faktu postacią wybitną.

Moja ocena: 10/10

„Żeby nie było śladów”, Polska, 2021

Polska premiera: 24 września 2021



Teraz pora na kilka słów na temat filmowej adaptacji reportażu, najnowszej produkcji znanego z rewelacyjnej „Ostatniej rodziny” i serialowej interpretacji powieści „Król” Szczepana Twardocha Jana P. Matuszyńskiego. Właśnie ten film został wyselekcjonowany jako polski kandydat do Oscara w kategorii Najlepszy Film Międzynarodowy. Film pojawił się na festiwalu w Wenecji, ale ani wśród krytyków zagranicznych, ani wśród krajowych ekspertów i widowni do końca nie zdobył uznania. Dominują opinie, że to obraz poprawny, ale brakuje emocji, film nie chwyta za gardło, jest zbyt długi.

Nie zgadzam się z tymi opiniami – dla mnie to obraz bardzo dobry, prawdziwy, pełen emocji i przede wszystkim ważny, bo zarówno Grzegorz Przemyk, jak i jego matka, Barbara Sadowska, zasługują na pamięć, a „Żeby nie było śladów” przedłuży pamięć o nich i ich istnienie w zbiorowej świadomości.

Sprawa brutalnego pobicia otwiera film, ale cała akcja skupia się na przygotowaniu procesu i życiu najważniejszego świadka bestialstwa milicjantów w komisariacie na Starym Mieście, przyjaciela Grzegorza – Jurka Popiela (w reportażu Łazarewicza ta niezwykle istotna postać określana jest jako Cezary F. – bodaj jedyny z bohaterów, którego nazwisko nie figuruje w tekście, a w filmie zostaje dodatkowo zmienione). W rolę Popiela znakomicie wciela się Tomasz Ziętek, który pokazuje po raz kolejny, że jest świetnym aktorem młodego pokolenia (bardzo chcę zobaczyć produkcję „Hiacynt” – to ponoć kolejna perełka w jego aktorskim dorobku). Matkę Grzegorza fantastycznie gra Sandra Korzeniak – aktorka po prostu staje się Barbarą Sadowską, staje się kobietą, która musi poradzić sobie z utratą jedynego dziecka. Cały film jest popisem kreacji wielu polskich aktorów – jako Kiszczak rewelacyjny jest Robert Więckiewicz, na ogromne uznanie zasługują wcielający się w role rodziców Jurka Agnieszka Grochowska i Jacek Braciak, jako zniszczony przez komunistyczne służby sanitariusz Wysocki świetny jest Sebastian Pawlak, bardzo dobrze jako agent służb specjalnych wypada w nietypowej dla siebie roli Rafał Maćkowiak. Błyskotliwy i wybitny pokaz swoich aktorskich możliwości ukazuje też Aleksandra Konieczna, która gra rolę obrzydliwej i skorumpowanej prokurator Wiesławy Bardonowej, pozostającej na usługach komunistycznej władzy.

Film wstrząsa widzem. Choć dotyka stosunkowo nieodległych czasów, poraża brutalnością ukazywanych prześladowań, bezradnością ofiar wobec prześladowań, całkowitym oddaniem funkcjonariuszy i przedstawicieli władz reżimowi. Jest to bardzo dobre uzupełnienie książki Cezarego Łazarewicza. Film pozostawia odbiorców z pytaniem, dlaczego za niewinną śmierć chłopca nikt nie poniósł odpowiedzialności, dlaczego władze nowej Polski, mimo wznowienia procesu, nie tylko nie postarały się, by ukarać osoby odpowiedzialne za wszelkie matactwa, ale pozostawiły na wolności nawet głównych sprawców zabójczego pobicia? Czy Jerzy Popiel – jedyny naoczny świadek – nie był wystarczająco wiarygodny? Czy rzeczywiście ustalenie, kto zadał śmiertelne ciosy, było niemożliwe?

Ważne w filmie jest fantastyczne odtworzenie scenerii lat 80-tych. Pasaż przy Domach Centrum, gdzie mieszkała Barbara z Grzegorzem, wygląda jak żywcem wyjęty z lat 80-tych. To samo dotyczy strojów, fryzur, stylizacji. Jan P. Matuszyński już wielokrotnie pokazał, że ta estetyczna sfera jego filmów jest dla niego bardzo istotna.

Film powinno się zobaczyć. To nie jest widowiskowe kino historyczne, to kameralny, wolno toczący się obraz, który pokazuje walkę reżimu z Solidarnością. I tylko przykro, że w filmie jest tak wiele aluzji do współczesności, bo choć od sprawy Grzegorza Przemyka minęło już blisko 40 lat, pewne trudne kwestie nic się nie zmieniły, pewne postawy Polaków pozostały takie same. Po prostu nie potrafimy się uczyć na naszych historycznych błędach.

Moja ocena: 8/10

 

TOP 60 LISTA PRZEBOJÓW TRÓJKI – ROK 1987 – MOJE PODSUMOWANIE

Dziś kolejna odsłona mojego  nowego cyklu. Systematycznie  prezentuję podsumowania roczne Listy Trójki (TOP 60) widziane moimi oczami – moja wizja kolejności tych sześćdziesięciu najważniejszych nagrań roku. Dziś rok 1987. To obok 1984 mój ulubiony rok mojej ulubionej dekady. To właśnie wtedy bardzo intensywnie zainteresowałem się listami przebojów z Wielkiej Brytanii (UK TOP 40) i Stanów Zjednoczonych (lista magazynu Billboard). Porównywanie sprzedaży singli w tych krajach z listą naszej Trójki było dla mnie fantastycznym hobby. Uwielbiałem polskie gazety, które pokazywały notowania z innych krajów oraz odcinki „Zapraszamy na światowe listy przebojów” Pana Marka Niedźwieckiego. 1987 był rokiem Madonny. Ugruntowała swoją dominację kolejnymi singlami z płyty „True Blue”, a dodatkowo bardzo mocno zaistniała ścieżką dźwiękową do filmu „Who’s That Girl”. W tym roku ukazało się kilka płyt, które do dziś uważam za kamienie milowe w historii muzyki: „Joshua Tree” U2, „Whitney” Whitney Houston, „Faith” George’a Michaela, „Bad” Michaela Jacksona, „Tango in the Night” Fleetwood Mac . Odkryłem też płytę Red Box „The Circle and the Square”, którą pokochałem. Na polskim rynku giganci pierwszej połowy lat 80-tych oddali nieco pola nowym, alternatywnym artystom, jak umacniający swoją pozycję Kult, Róże Europy i Sztywny Pal Azji. Objawieniem dla mnie był „debiutujący” na rynku Obywatel G.C. Kiedy pierwszy raz usłyszałem „Paryż –Moskwa 17.15” w Zapraszamy do Trójki, byłem zelektryzowany tym nagraniem i nie poznałem Grzegorza Ciechowskiego.   Oto mój subiektywny obraz podsumowania Listy Przebojów Trójki w roku 1987. W nawiasie zamieszczam pozycję z oficjalnego podsumowania LP3. Enjoy! 

60. ANDY TAYLR When the rain comes down (57)
59.
TSA Wyciągam swoją dłoń (47)
58. KOBRANOCKA Biedna pani (60)
57. CUTTING CREW (I just) Died in your arms (31)
56. STATUS QUO In the army now (22)
55. EUROPE Rock the night (14)
54. MARILLION White Russian (33)
53. SHAKIN’ STEVENS Because I love you (41)
52.
LADY PANK To co mam (10)
51. NASZ WSPÓLNY ŚWIAT Stanie się cud (56)
50. HEART Alone (49)
49. ROGER WATERS The tide is turning (23)
48. A-HA Cry wolf (32)
47. STARSHIP Nothing’s gonna stop us now (48)
46. CLAN OF XYMOX Medusa (46)
45. DEPECHE MODE Strangelove (38)
44. EUROPE Carrie (20)
43. A-HA Manhattan skyline (9)
42.
BON JOVI Livin’ on a prayer (5)
41. SZTYWNY PAL AZJI Kurort (19)
40. SZTYWNY PAL AZJI Spotkanie z … (13)
39. MARILLION Incommunicado (36)
38. MICHAEL JACKSON Bad (30)
37. EUROPE Final countdown (2)
36. DAVID BOWIE Time will crawl (59)
35. A-HA Living daylights (35)
34. ULTRAVOX All fall down (55)
33. DAVID BOWIE Never let me down  (44)
32. MADONNA True blue  (21)
31. GEORGE MICHAEL I want your sex (25)
30.
A-HA I’ve been losing you (26)
29. BON JOVI Wanted dead ora live  (43)
28.
GENESIS Land of confusion (37)
27. KULT Hej, czy nie wiecie (22)
26. DAVID BOWIE Glass spider (18)
25.
DURAN DURAN Notorious (45)
24. KOBRANOCKA I nikomu nie wolno się z tego śmiać (46)
23. NEW ORDER True faith (42)
22. STRANGLERS Always the sun (52)
21. CROWDED HOUSE Don’t dream it’s over (28)
20. GENESIS Tonight tonight tonight (39)
19. RÓŻE EUROPY Stańcie przed lustrami (40)
18. DURAN DURAN A matter of feeling (15)
17. KULT Krew Boga (16)
16. AYA R.L. Ulica miasta (50)
15. KATE BUSH Wuthering heights (51)
14. BOLSHOI Sunday morning (6)
13. PET SHOP BOYS It’s a sin (3)
12.
U2 With or without you (4)
11. BLACK Wonderful life (11)
10. SUZANNE VEGA Luka (17)
9. RED BOX For America (8)
8. JOHNNY HATES JAZZ Shattered dreams (54)
7. SZTYWNY PAL AZJI Wieża radości wieża samotnośći (27)
6. OBYWATEL G.C. Paryż-Moskwa 17.15 (24)
5. U2 I still haven’t found what I’m looking for (34)
4. WHITNEY HOUSTON I wanna dance with somebody (who loves me) (12)
3. MADONNA Open your heart (58)
2. MADONNA Who’s that girl (7)
1. MADONNA La isla bonita (1)



niedziela, 10 października 2021

 

WESELE, Polska, 2021

Polska premiera: 8 października 2021


Wojciech Smarzowski od początku swojej kariery tworzy filmy trudne, przykre, bolesne, niewygodne jak zbyt małe buty, ból zęba, czy kamień w nerce: nawet jeśli bardzo chce się o nich zapomnieć, szybko o sobie przypominają, porażają, niepokoją, wywołują u widza moralny, estetyczny i emocjonalny dyskomfort. Tak było z jego pierwszym filmem pod tytułem „Wesele” z 2014 roku, w którym parę młodych tworzyli Tamara Arciuch i Bartłomiej Topa, a wybitną kreację ojca panny młodej, zapewniającą mu stałe miejsce w historii polskiego kina, stworzył Marian Dziędziel.

Nie inaczej jest z drugą odsłoną „Wesela”, która właśnie trafiła do kin. Minęły blisko dwie dekady, ale czy wiele się zmieniło? Tym razem w rolę panny młodej, tak jak w 2004  roku Kaśki, wciela się młoda i śliczna, znana przede wszystkim z produkcji „Wołyń” Michalina Łabacz. Jej mężem w filmie zostaje Przemysław Przestrzelski, który świetnie radzi sobie w roli nowego członka rodziny, lokalnego piłkarza i przyjaciela nacjonalistów. Ojcem jest tym razem Robert Więckiewicz – chwilami bezwzględny, chwilami bezradny miejscowy potentat, „świński król”, właściciel masarni.

Jedną z najważniejszych dla filmu ról odgrywa blisko stuletni dziadek Kaśki, Antoni Wilk (wspaniały Ryszard Ronczewski, to bardzo przykre, ale aktor zmarł podczas realizacji filmu). Dziadek nie pamięta do końca, co stało się 10 minut temu, jednak doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co w okolicach Łomży, choćby w Jedwabnem, działo się przed wybuchem drugiej wojny światowej, co wydarzyło się w czasie wojny i tuż po jej zakończeniu. Sam pamięta, jak z jednej strony pomagał w eksterminacji Żydów, zaś z drugiej strony ratował ich, narażając siebie i swoich bliskich na śmierć. A to wszystko z powodu wielkiej miłości do żydowskiej dziewczyny, Lei  (Agata Turkot). To dzięki niej dostaje zaszczytny tytuł Sprawiedliwego wśród Narodów Świata. Tylko czy rzeczywiście na ten tytuł zasłużył?

W rolę młodego Antoniego brawurowo wciela się zdobywający coraz większą popularność i wykazujący się coraz szerszą paletą aktorskich umiejętności Mateusz Więcławek. Chłopak znakomicie prezentuje swoje rozdarcie – z jednej strony akceptuje świat znany mu z wczesnej młodości, gdzie Polacy i Żydzi wspólnie zamieszkiwali łomżyńskie tereny, z drugiej strony nie umie w pełni przeciwstawić się presji czasów i społeczeństwa. Zwycięża miłość, która pozostaje niespełniona.

Demencja Dziadka Antoniego pozwala Smarzowskiemu na manipulację czasem i miejscem akcji – współczesna rzeczywistość miesza się tu z retrospekcjami z lat 30-tych i 40-tych. Bohaterowie i kanalie sprzed lat zasiadają przy weselnym stole, a Dziadek ze szczegółami przypomina sobie lincze, gwałty, zabójstwa, pogromy…

Film jest niepokojący, niezwykle przykry, przygnębiający. Obserwowanie zarówno Polaków sprzed czasów wojny i podczas okupacji, jak i współczesnych mieszkańców naszego kraju napawa grozą, horrorem, strachem. I możemy sobie wmawiać, że wcale nie było tak źle, że stosunek Polaków do Żydów jest w filmie przerysowany, że agresja i pogromy były incydentalne, ale prawda historyczna zawsze powróci. Smutny jest też obraz rodziny Kaśki – jej nowego męża, który nie potrafi dochować wierności nawet podczas nocy poślubnej, jej matki, Elżbiety, która w alkoholu próbuje znaleźć to, czego nie dało jej małżeństwo, czy ojca, Ryszarda, znanego w okolicy ze szwindli, przekrętów, dorabiania się za wszelką cenę kosztem polskich, ukraińskich i wietnamskich pracowników.

Przykre jest to, że polskie społeczeństwo nie zmieniło swojego wizerunku przez te ostatnie dwadzieścia lat niekończącej się transformacji, ale niewiele zmieniło się od czasu, kiedy swój dramat „Wesele” napisał Wyspiański. W filmie odnajdujemy wiele symbolicznych odniesień do tego dramatu narodowego, a nieskoordynowane tańce pijanych weselników przypominają chocholi taniec z tekstu Wyspiańskiego.

Jest jedna kwestia, która w filmach Smarzowskiego po prostu mi przeszkadza – to bezgraniczne nagromadzenie zła, brudu, brzydoty, ten przerażający naturalizm, turpizm. Reżyser nie daje nadziei, nie dostrzega i nie chce pokazać iskier dobra u bohaterów, bo czy odrobiny nadziei nie daje nam w „Weselu” Kaśka – ze swoją miłością do Dziadka, ze swoją normalnością i – paradoksalnie – niewinnością, dziewczyna, która chce wyrwać się z rodzinnej miejscowości, odciąć korzenie i rozpocząć nowe życie z dzieckiem i matką (bardzo dobra – jak mogłoby być inaczej - Agata Kulesza) za granicą. Czy tej nadziei, mimo wszystko, nie daje list, który Dziadek Antoni dostaje ze Szwecji od Lei?

„Wesele” Smarzowskiego trzeba zobaczyć. To film trudny, obraz, po którym trudno zasnąć, który niepokoi i przeraża. To film, którego nie da się po prostu „odzobaczyć”.

Moja ocena: 7/10

sobota, 2 października 2021

 

„Nie czas umierać” (No Time To Die), USA/Wielka Brytania 2021

Polska premiera: 1 października 2021


Na ekranach polskich kin wreszcie, z ogromnym opóźnieniem, pojawiła się premiera najnowszej odsłony przygód agenta Jego Królewskiej Mości, najsłynniejszego szpiega w historii,  słynnego 007, Jamesa Bonda. Dwudziesty czwarty odcinek franczyzy nosi tytuł „Nie czas umierać” i – choć na planie poprzednich części dochodziło do nieprzewidzianych trudności i wypadków – chyba jeszcze żadnemu filmowi z serii nie towarzyszyło tak długie opóźnienie między zakończeniem produkcji a dotarciem do kin. Czy zwiększy to szanse obrazu w reżyserii Cary’ego Joji Fukunagi na sukces?

James Bond jest już na oficjalnej emeryturze z MI6 i wiedzie, chciałoby się powiedzieć, spokojne życie emeryta u boku ukochanej Madeleine (urocza Lea Seydoux), kiedy w Londynie dochodzi do spektakularnego porwania rosyjskiego naukowca, który ma dostęp do broni biologicznej. Wieloletni przyjaciel Bonda, Felix Leiter z CIA, prosi o interwencję w tej sprawie. Okazuje się, że za aferą stoi współpracujący z Rosjanami niezwykle niebezpieczny przestępca Lyutsifer Safin (kolejna świetna rola Ramiego Malika), którego przeszłość wiąże się z losami Madeleine. Czy w obliczu zagłady świata i śmierci większości osób związanych ze Spectre MI5 zdecyduje się przywrócić do pracy swojego najwybitniejszego agenta? Do czego odnosi się tajemniczy tytuł filmu?

Film na pewno trzeba zobaczyć. To błyskotliwa i perfekcyjnie zrealizowana produkcja z fantastycznymi efektami specjalnymi (jak zwykle), wartką, choć zagmatwaną akcją, trzymającą widza w napięciu, nieomal przez całe 163 minuty filmu. Aktorzy są te bardzo dobrzy. Widać, że Daniel Craig, mimo upływu czasu, nadal znakomicie radzi sobie z rolą Agenta 007. Oczywiście, świetny jest Ralph Fiiennes (jeden z moich ulubionych brytyjskich aktorów) jako M. U boku Jamesa Bonda pojawiają się, naturalnie, piękne kobiety, z których na wyróżnienie zasługuje śliczna i zabawna Paloma (Ana De Armas znana z „Na noże”).

Czyli wszystko jest w porządku, jest tak, jak drzewiej bywało. A jednak filmowi brakuje czaru, klasy i napięcia, które pamiętamy z lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych, osiemdziesiątych, czy nawet dziewięćdziesiątych. Twórcy filmu za wszelką cenę starają się wykorzystać potencjał aktorów i wysoki budżet serii, a jednak filmowi „Nie czas umierać” czegoś brakuje – film nie zachwyca. Może przyszłe lata pokażą, że to kwestia nostalgii: przecież wszystkie odsłony serii stają się klasykami, choć w momencie premiery są często krytykowane, a każdy nowy odtwórca głównej roli wydaje się być gorszy od swojego poprzednika. Być może muszę film obejrzeć raz jeszcze, by w pełni docenić jego walory, ale na tę chwilę po prostu do końca mnie nie przekonuje.

Nie jestem wybitnym bondologiem i jamesoznawcą, film mogę polecić, ale obawiam się, że nie znajdzie się w czołówce moich ulubionych produkcji filmowych AD 2021.

Moja ocena: 6,5/10

niedziela, 26 września 2021

 VIDEO POST #7 - JESIENNY TBR

Dziś powracam wreszcie do prezentacji video postów. Przepraszam za dość długą przerwę. Omawiam najciekawsze pozycje książkowe, które chciałbym przeczytać tej jesieni:

1. GASTON DORREN "Babel. W dwadzieścia języków dookoła świata",

2. MICK HERRON "Kulawe konie",

3. ALEX SCHULMAN "Daleko, coraz bliżej",

4. KATE ELIZABETH RUSSELL "Moja mroczna Vanesso",

5. ANN PATCHETT "Dom Holendrów",

6. ANNA GACEK Ekstaza. Lata 90",

7. REGINA PORTER "Podróżni".

Serdecznie zapraszam do obejrzenia filmiku, subskrypcji kanału youtube oraz obserwowania bloga Popkulturalny Maniak.  Pozdrawiamy wraz z Miłką.

https://www.youtube.com/watch?v=LXFG8XyrHWc&t=37s





 

„Najmro. Kocha, kradnie, szanuje”, Polska 2021

Polska premiera: 17 września 2021


Polskie kino zaczyna odczuwać nostalgię – powraca do lat 80-tych. Na przestrzeni miesiąca na ekranach pojawiły się trzy produkcje dedykowane tej minionej dekadzie – dwie komedie; „Zupa nic” i „Najmro” oraz oparty na faktach dramat „Żeby nie było śladów”. Dziś pora na recenzję drugiego spośród wspomnianych filmów – uroczej i fantastycznie zrealizowanej komedii sensacyjnej „Najmro. Kocha, kradnie, szanuje”.

Czy pamiętacie Zdzisława Najmrodzkiego – króla polskich złodziei, jednego z najbardziej poszukiwanych ludzi u schyłku PRL-u, nadwiślańskiego Robin Hooda, który okradał bogatych, by potem sprzedać łupy biedniejszym i bardziej potrzebującym? Najnowszy film Mateusza Rakowicza przedstawia sylwetkę i niebanalne życie tego niezwykle błyskotliwego i przebiegłego złoczyńcy, który przez lata wodził za nos Milicję Obywatelską i organizował najbardziej nieprzewidziane ucieczki z więzienia, aresztu i miejsca kradzieży.

W rolę Najmrodzkiego wciela się Dawid Ogrodnik, bodaj najbardziej wszechstronny i utalentowany aktor swojego pokolenia, który potrafi zagrać wszystko i każdego. Jako Najmro jest niezwykle inteligentny, czarujący, ujmujący, ale też silny i zdecydowany. To on jest głową i przywódcą w swojej ekipie – to on opracowuje plany napadów na sklepy Peweksu (dla niewtajemniczonych: to peerelowskie sklepy z ekskluzywnymi zachodnimi towarami, za które trzeba było płacić dewizami), a potem organizuje akcję kradzieży polonezów i sprzedaży ich na samochodowej giełdzie. Jego największym wrogiem jest funkcjonariusz milicji Barski (jak zwykle bardzo dobry Robert Więckiewicz), który stawia na szali całą swoją karierę, by schwytać i ukarać Najmrodzkiego.

Poza Ogrodnikiem i Więckiewiczem w obrazie pojawia się cała plejada świetnych aktorów w rewelacyjnych rolach. Znakomita (jak zwykle) jest Dorota Kolak jako matka Najmrodzkiego. Bardzo dobrze wypada młoda aktorka Marta Węgrocka (dotychczas specjalizująca się w dubbingu) – jako dziewczyna Zdzisława wypada autentycznie i autentycznie. Jako czarny charakter idealnie wypada Jakub Gierszał.

Twórcom filmu błyskotliwie udało się oddać estetykę przełomu lat 80-tych i 90-tych. Nawet sposób realizacji niektórych scen przypomina filmy i seriale z tej dekady. Niezwykle istotną rolę w filmie odgrywa muzyka, skomponowana przez Andrzeja Smolika. Przywodzi na myśl kompozycje, które znamy i pamiętamy z wielu produkcji sprzed 40 lat, choćby wspomnianej w „Najmro” „Klątwy Doliny Węży”. Utwory Smolika przeplatane są wielkimi polskimi przebojami lat 80-tych z repertuaru Andrzeja Zauchy, Zdzisławy Sośnickiej, Urszuli, Bajmu, czy Maanamu.

Podsumowując, „Najmro. Kocha, kradnie, szanuje”, to półtorej godziny znakomitej rozrywki, z bardzo wartką akcją, fantastycznym aktorstwem i możliwością szybkiego przeniesienia się do minionej epoki. Sądzę, że każdy odnajdzie przyjemność w śledzeniu brawurowych ucieczek Najmrodzkiego i obserwacji bezradności służb specjalnych wobec jego zręczności i bystrości umysłu. Kochani, zapraszam do kin!

Moja ocena: 8/10