środa, 29 października 2025

 
JAKUB MAŁECKI „Obiekty głębokiego nieba”, Wydawnictwo SQN 2025


Jakub Małecki powraca książką „Obiekty głębokiego nieba” – powieścią niepokojącą, wieloznaczną, poruszającą i piękną – historią o zwykłych – niezwykłych ludziach.

Janek Wrzosek – absolwent polonistyki, inteligentny wrażliwiec w swojej rodzinnej wsi poznaje atrakcyjną Igę i zakochuje się w niej bez pamięci. Po ślubie Iga i Janek zamieszkują w Warszawie. Życie młodego mężczyzny zapowiadało się zupełnie inaczej – chciał pisać, opublikował nawet dwa opowiadania w prestiżowych periodykach, ale obecnie prowadzi firmę remontową i – jak to sam określa – pracuje dla bogatych ludzi. Jego piękna żona rozwija swoją korporacyjną karierę w dziale public relations. Cieniem na ich życiu kładzie się poznanie młodej, atrakcyjnej pary – Weroniki i Mateusza. Rozpoczynają z nimi eksperymenty erotyczne, co okazuje się na zawsze zmienić ich życie.

Powieść Małeckiego to także tocząca się swoim torem historia Pawła Wrzoska – ojca Janka, rolnika i hodowcy świń, który porzucony przez żonę zostaje sam z nastoletnim synem i nigdy nie godzi się z zaistniałą sytuacją. Rozbicie rodziny na zawsze zmienia Pawła Wrzoska, ale też jego syna, ma też duży wpływ na związek Janka i Igi.

Brzmi jak zwykła, nieco naiwna opowieść o życiu i miłości? Być może tak, ale autor opisuje wszystkie wydarzenia w rodzinie Wrzosków – zarówno w życiu Janka, jak i Pawła - w sposób tak wrażliwy, wyważony i subtelny, że prozę czyta się jak poezję. „Obiekty głębokiego nieba” to powieść o tym, jak łatwo jest utracić szczęście i jak trudno jest je potem odzyskać, choć znajduje się na wyciągnięcie dłoni, o tym jak nie potrafimy dostrzegać własnego spełnienia i jak cały czas niepotrzebnie dążymy do osiągania coraz wyższych celów. To powieść o pięknej, wzruszającej i prawdziwej miłości między kobietą i mężczyzną, tak jak między Jankiem i Idą, czy miłości ojca Janka do jego matki, ale też o pięknie przedstawionej miłości między ojcem i synem.

Małecki wraca w powieści do swoich charakterystycznych motywów – ludzi wsi, samotności, wierności, bezwarunkowej miłości, zgody z naturą, przemijania i śmierci. W książce odnajdziemy niezwykle poruszające opisy i wydarzenia, jak choćby relację, jaka połączyła ojca Janka i lisa. Ciekawym zabiegiem literackim jest także zamieszczenie książki w książce – w powieści znalazły się fragmenty prozy Janka. Początek „Obiektów głębokiego nieba” zaskakuje i może nawet nieco rozczarowuje, powieść nabiera tempa i głębi wyrazu w swojej głównej części i prowadzi do odrobinę ckliwego, choć nadal zaskakującego zakończenia.

Uwielbiam delektować się prozą Małeckiego, powoli zanurzać się w jego historie, poznawać świat przedstawiony w jego prozie, a „Obiekty głębokiego nieba” są w tej kwestii niezwykłe. Myślę, że każdy czytelnik odnajdzie w sobie pewną cząstkę Janka lub Pawła Wrzosków i zastanowi się nad tym, jak drobne i większe wydarzenia w naszym życiu mogą je nieodwracalnie zmienić.

Obok „Światłoczułości” Jakuba Jarny najlepsza polska powieść, jaką czytałem w 2025 roku.

Moja ocena: 10/10

wtorek, 21 października 2025

 

„EXIT 8” (8-ban deguchi), Japonia 2025

Premiera kinowa: 26 września 2025


Kinematografia japońska relatywnie rzadko trafia na polskie ekrany, zatem z zainteresowaniem pobiegłem na mocno reklamowany film „Exit 8”. Czy była to dobra decyzja?

Młody mężczyzna podróżujący metrem (Kazunari Ninomiya – zdecydowanie, obok wizualnego aspektu filmu – najlepszy element całej produkcji) właśnie się dowiaduje, że jego partnerka, z którą niedawno się rozstał, trafiła do szpitala, gdyż spodziewa się dziecka. Mężczyzna postanawia wysiąść na najbliższej stacji i dotrzeć do ukochanej. Stacja okazuje się labiryntem – pułapką, z której nie sposób się wydostać. Zaginiony musi uważnie czytać wszelkie wskazówki i instrukcje znajdujące się na ścianach i podążać z godnie z ich treścią. Trafia do swoistej gry, gdzie musi pokonywać kolejne poziomy. Musi też dostrzegać wszelkie anomalie, które pojawiają się na stacji. Nieuwaga lub nieostrożność powodują powrót na sam początek gry.

Zagubiony biega po stacji jak w matni i spotyka jedynie troje innych bohaterów – idącego mężczyznę z teczką, młodą kobietę i małego chłopca. Czy stacja okaże się śmiertelną pułapką, czy zagubionemu uda się odnaleźć wyjście numer 8?

Trailer zapowiadał emocjonujący thriller z sytuacjami bez wyjścia, a otrzymaliśmy dość przeciętny obraz, który wbrew zapowiedziom – nie trzyma w napięciu, a wręcz się dłuży. Podczas seansu wielu widzów odrywało oczy od ekranu i zaglądało do telefonu, żeby zabić czas dłużyzn. Można dostrzec walory innowacyjne filmu, jego inspirację grami video, swoiste interaktywne wprowadzenie widza do gry, ale całość okazuje się zbyt ciężka i ostatecznie nieatrakcyjna.

Zastawiam się nad metaforyką pułapki, w której znalazł się młody mężczyzna. Być może matnia to metafora sytuacji życiowej, w której się znalazł – nieplanowana ciąża byłej partnerki. Przed zagubieniem się na stacji miał jeszcze kontakt z kobietą i rozważali wyjścia z tej sytuacji. Być może walka, którą toczy pod ziemią, próbując wydostać się z metra, pokazuje, że nie ma sytuacji bez wyjścia i zawsze znajduje się jakieś rozwiązanie, choć trzeba za to zapłacić.

Film jest egzotyczny, nowoczesny, ale ostatecznie nie obudził we mnie pozytywnych odczuć. Być może to propozycja dla młodszej generacji – wielbicieli gier komputerowych, w których przejście z jednego poziomu na kolejny jest naturalną kolejnością rzeczy. Mnie to jednak nie przekonało, choć jestem w stanie zauważyć i docenić pewne pozytywy, stąd dość optymistyczna nota końcowa.

Moja ocena: 6/10

niedziela, 19 października 2025

 

„PO POLOWANIU” (After the Hunt), USA / Włochy 2025

Premiera kinowa: 17 października 2025


Julia Roberts w formie, w jakiej nie widzieliśmy jej od lat, najlepszy film Luci Guadagnino od dawna – dramat „Po polowaniu” właśnie trafia na ekrany kin.

Akcja filmu rozgrywa się na prestiżowym Uniwersytecie Yale na Wydziale Filozofii. Profesor Alma Olsson (Julia Roberts) gra tu pierwsze skrzypce, pracując z najlepszymi studentami i doktorantami. Życie dzieli między uczelnię a ekskluzywny dom, który zamieszkuje z mężem – psychoterapeutą (bardzo dobry drugi plan wiecznie niedocenianego Michaela Stuhlbarga). Na uczelni próbuje jej dorównać przyjaciel – Hank (świetny Andrew Gartfield). Całą tę nieco przeintelektualizowaną, lekko napuszoną śmietankę towarzyską poznajemy w domu Almy i Freda. Są tu też najlepsi doktoranci, w tym uważana za błyskotliwą Maggie (bardzo dobra Ayo Edebiri) – czarnoskóra kobieta wywodząca się z bogatych sfer, pozostająca w związku z osobą transseksualną.

Następnego dnia Maggie zwierza się Almie, że po przyjęciu spotkało ją coś niezwykle przykrego – stała się ofiarą napaści seksualnej. Jak w tej sytuacji zachowa się jej mentorka – czy zajmie stanowisko, narażając się na utratę spokojnej posady na uczelni, czy pozostanie bierna i niewzruszona?

Film przypomina nieco sztukę teatralną. Jest dobry, może jedynie nieco zbyt długi. Film iskrzy się błyskotliwymi dialogami, czasami pełnymi tak szybkich ripost i reakcji, że można się zgubić w labiryncie rozważań bohaterów. Film stawia wiele pytań dotyczących etyki, moralności, prawdy i granic, których nie wolno nam przekraczać. Pokazuje także, do czego doprowadziła zbyt gorliwa poprawność polityczna i genderyzm w perspektywie akademickiej. Dochodzenie związane z napaścią na Maggie prowadzi do nieoczekiwanego ujawnienia rewelacji z przeszłości i zmienia życie uczelni, a zwłaszcza jej Wydziału Filozofii.

Uwielbiam Julię Roberts, kocham ją w komediach romantycznych, ale zawsze uważałem, że najlepiej wypada w dramatach, dlatego bardzo cenię jej role w „Erin Brockovich” i „Sierpień w hrabstwie Osage”. Teraz do tego katalogu dodaję kreację z „Po polowaniu”. Roberts gra w filmie emocjonalnego kameleona, jest fenomenalna i nie sposób nie docenić kunsztu jej gry. Nic dziwnego, że coraz odważniej mówi się o niej jako o pretendentce do kolejnej oscarowej nominacji. Właściwie cała czwórka głównych aktorów – Roberts, Garfield, Edebiri i Stuhlbarg zasługują na to wyróżnienie.

Bardzo cenię twórczość Luci Guadagnino – od chyba mojego ulubionego „Jestem miłością”, przez „Nienasyconych”, oczywiście – „Tamte dni, tamte noce”. Nie wpadłem w zachwyt po obejrzeniu dwóch ostatnich produkcji reżysera – „Challengers” i „Queer”, ale „Po polowaniu” to powrót do najwyższej formy. Film przypomina mi nieco inny tegoroczny dobry film „Sorry, Baby”, ale siła obrazu Guadagnino jest znacznie większa, a wymowa – bardziej spektakularna.

Bardzo polecam – dla kreacji Roberts, dla tematyki, dla refleksji, po prostu dla dobrego kina w klasycznym stylu.  

Moja ocena: 8/10

niedziela, 12 października 2025

 

„CHOPIN, CHOPIN!”, Polska 2025

Premiera kinowa: 10 października 2025


Ponoć najdroższa superprodukcja w historii polskiej kinematografii, z międzynarodową obsadą, opowieść o jednym z najwybitniejszych Polaków, biografia Fryderyka Chopina „Chopin Chopin!” w reżyserii Michała Kwiecińskiego już w kinach.

Film skupia się na pobycie Chopina w Paryżu. Nie poznajemy zatem losów małego Frycka w Żelazowej Woli i w Szafarni, obraz przedstawia go już jako gwiazdę światowego formatu, bywalca paryskich salonów, ulubieńca króla Ludwika Filipa I.

Film rozpoczyna się od fortepianowego pojedynku dwóch wielkich kompozytorów swoich czasów – Fryderyka Chopina (doskonały Eryk Kulm) i Franciszka Liszta (Victor Meutelet). Ten pojedynek to pierwszy, lecz nie jedyny paradoks w życiu Chopina – jego największy rywal jest jednocześnie jego największym przyjacielem. I jak pokazuje produkcja Michała Kwiecińskiego, życie mistrza jest pełne paradoksów: pragnie żyć, a otrzymuje od lekarza diagnozę śmiertelnej choroby, pragnie kochać, ale kiedy otrzymuje miłość od George Sand (Josephine de La Baume), nie umie oddać się uczuciu i (być może, by chronić ukochaną) odrzuca jej miłość, choć jest największym kompozytorem swoich czasów, z trudem wiąże koniec z końcem i musi udzielać prywatnych lekcji, aby się utrzymać.

Film prezentuje francuski okres życia kompozytora z krótkim epizodem pobytu na Majorce z George Sand i odwiedzinami u rodziny w Polsce. Brawa dla scenografów i kostiumologów za odtworzenie realiów epoki. Oglądając film, można naprawdę zanurzyć się w XIX-wiecznym Paryżu, poznawać jego uroki i śmietankę towarzyską, ale też obserwować epidemię cholery i wybuch rewolucji, obalającej monarchię.

Sam Chopin jest przedstawiony jako człowiek dobry, budzący sympatię, szacunek i współczucie. Eryk Kulm tworzy zapadającą w pamięć kreację. Niektóre sceny – wzruszenie po usłyszeniu pieśni zakonnic w katedrze, zdruzgotanie na wieść o nieuleczalnej chorobie, wszystkie momenty koncertów – są naprawdę wybitne. Nie znam się na grze na fortepianie, ale w scenach muzycznych Kulm wypada niezwykle wiarygodnie. Wydaje się także, że jego francuski jest nienaganny. To świetny aktor, o czym przekonał nas już wielką rolą w filmie „Filip”. Rola Chopina to kolejna niezwykle istotna pozycja w jego filmografii.

Bardzo dobre role drugoplanowe i epizodyczne tworzą też Karolina Gruszka jako Delfina Potocka, Kamil Szeptycki (Julian) i Michał Pawlik (Jan) – paryscy przyjaciele Chopina, Martyna Byczkowska jako Maria – przyjaciółka Fryderyka z młodzieńczych lat, czy Maja Ostaszewska jako matka – Justyna Chopinowa. Na wyróżnienie zasługuje też wspomniany już Meutelet jako Liszt, ale to Kulm jest największą i najjaśniej świecącą gwiazdą filmu.

Wady filmu? Można mieć wrażenie, że scenariusz prześlizguje się przez życie Chopina – twórcy filmu mieli ambicję ukazania losów kompozytora na emigracji i na pewno im się to udało, ale nie uzyskujemy głębi bohatera, nie poznajemy wszystkich motywacji jego działań, czegoś w przedstawieniu Chopina brakuje.

Na uwagę zasługuje także ciekawy zabieg w ścieżce dźwiękowej filmu – obok pięknych wykonań muzyki klasycznej w tle filmu chwilami pojawia się mocna, pulsująca nowoczesna muzyka elektroniczna, stanowiąca intrygujący kontrast z prezentowaną twórczością Chopina.

Recenzje filmu są bardzo różne – od zachwytu po ostrą krytykę. Ja pozostanę po środku – film mnie nie zachwycił, ale bardzo mi się podobał. „Chopin, Chopin!” to monumentalne, pięknie pokazane przez Michała Sobocińskiego kino, biografia wielkiego kompozytora, jakiej potrzebowaliśmy.

Moja ocena: 8/10

niedziela, 5 października 2025

 

„JEDNA BITWA PO DRUGIEJ” (One Battle After Another), USA 2025


Premiera kinowa: 26 września 2025

Paul Thomas Anderson jest świetnym reżyserem: „Boogie Nights”, „Magnolia”, „Aż poleje się krew”, „Mistrz”, „Nić widmo”, czy „Licorice Pizza” to filmy, które trudno zapomnieć. Z pewnością nie łatwo będzie też zapomnieć najnowsze dzieło Andersona – tragikomedia „Jedna bitwa po drugiej” z gwiazdorską obsadą to bez wątpienia najbardziej szalony film w dorobku reżysera.

Pat „Ghetto” Calhourn (Leonardo di Caprio) i Perfidia Beverly Hills (świetna Teyana Taylor) są członkami skrajnie lewicowej grupy terrorystycznej French 75 – napadają na banki, biura polityków, wypuszczają nielegalnych imigrantów z obozów dla uchodźców. Zakochują się w sobie i z ich związku rodzi się śliczna dziewczynka, Charlene. Podczas jednego z napadów Perfidia upokarza wysoko postawionego oficera amerykańskiej armii, Stevena Lockjaw (Sean Penn jakiego dotychczas nie znaliśmy). Lockjaw poprzysięga zemstę, a Perfidia staje się obiektem jego seksualnych fantazji. Pewnego dnia Perfidia znika…

Akcja przenosi nas 16 lat w przód. Charlene, obecnie Willa (Chase Infiniti) jest już dorosła. To oczko w głowie tatusia, piękna i mądra młoda kobieta, uprawiająca sztuki walki. Traf sprawia, że na jej ślad trafia obecnie już Pułkownik Lockjaw. Na światło wychodzą zaskakujące fakty. Jak poradzą sobie z tym Willa i Pat?

Akcja filmu to prawdziwe szaleństwo – każda scena zaskakuje, tempo jest niezwykle szybkie, czasami nie wiadomo, czy widz powinien się śmiać, czy płakać – w filmie pojawia się tak wiele absurdów i całkowicie zaskakujących scen. Di Caprio już dawno nie był w tak doskonałej aktorskiej formie i chyba jedynie role w „Co gryzie Gilberta Grape’a?” i „Wilku z Wall Street” przyćmiewają jego niesamowitą kreację w „Jednej bitwie”. Fantastyczne są też kobiety – Teyana Taylor jako Perfidia oraz Chase Infiniti jako jej córka – Willa – Charlene. „Jedna bitwa po drugiej” to jednak przede wszystkim film Seana Penna – już charakteryzacja aktora czyni go nieomal nierozpoznawalnym, a widz zastanawia się, jak taki inteligentny aktor był w stanie zagrać kompletnego idiotę – jest fantastyczny. Chyba jedynie w „Obywatelu Milku”, „21 gramach” i „Przed egzekucją” był lepszy. Czyżby szykował się kolejny, trzeci już Oscar dla aktora?

W kwestii Nagród Akademii – w zbliżającym się roku pojawi się nowa kategoria – obsada – i „Jedna bitwa po drugiej” ma chyba tutaj nominację w kieszeni. Pewniakami do nominacji wydają się też być di Caprio i Penn, ale na wyróżnienie zasłużyły także filmowe kobiety – Taylor i Infiniti. Na swoją kolejną reżyserską nominację powinien też liczyć Paul Thomas Anderson, a może znajdzie się także miejsce dla nagrody za niesamowity scenariusz.

Jak ja odbieram „Jedną bitwę po drugiej”? Moim zdaniem, to zjadliwa satyra na współczesną Trumpowską Amerykę – pełną sprzeczności, nieprawdziwej wolności, rządzącą się coraz bardziej niedorzecznymi prawami i zakochaną w sobie. Czyż ultraprawicowi i okrutni „Gwiazdkowi Awanturnicy”, chełpiący się z powodu swojego uprzywilejowanego urodzenia i białej skóry, to jedynie wymysł reżysera? Przecież takich ludzi jest coraz więcej, nie tylko w Ameryce, a Anderson ich po prostu bezwzględnie wyszydza i obśmiewa.

„Jedna bitwa po drugiej” to słodkogorzki film mówiący wiele prawd o współczesnym świecie. Trzeba go zobaczyć, bo to jak dotąd najbardziej zwariowana produkcja AD 2025.

Moja ocena: 8,5/10