sobota, 31 stycznia 2026

 

„WIELKI MARTY” (Marty Supreme), USA 2025


Premiera kinowa: 30 stycznia 2026

Czy możliwe jest nakręcenie biografii fikcyjnego tenisisty stołowego, którą ogląda się z zapartym tchem przez 2,5 godziny, a film nawet na chwilę nie wytraca tempa i poziomu adrenaliny u widzów? Sztuka ta bezbłędnie udała się Joshowi Safdie’mu, którego „Wielki Marty” z tytułową rolą Timothee Chalameta właśnie otrzymał 9 nominacji do Oscara i wkroczył śmiało na ekrany polskich kin.

Marty Mauser to 23-letni amerykański pingpongista absolutnie przekonany o swoim nadprzyrodzonym talencie. Sport, któremu się oddał, nie jest popularny w jego ojczyźnie, dlatego porzuca pracę w salonie obuwniczym wuja i udaje się na turniej do Wielkiej Brytanii. Choć przed wyjazdem udaje mu się zrobić dziecko Rachel (boska rola Odessy A’zion), w Londynie poznaje aktorkę, Kay Stone (Gwynyth Paltrow), z którą – mimo różniącego ich wieku – nawiązuje płomienny romans. Marty jest rzeczywiście wybitnym tenisistą stołowym, ale okazuje się, że są lepsi. Jego nemesis staje się Japończyk, Koto Endo (Koto Kawagutchi), z którym stale rywalizuje w finałach i próbuje wygrać. Niemiłosiernie się przy tym zadłuża, ma coraz więcej wrogów, ale się nie poddaje – jest waleczny, bezczelny i uważa się za niezastąpionego.

Czy fabuła wydaje Ci się zbyt prosta? Otóż prawie każda scena okraszona jest dodatkową perypetią, Marty cały czas spotyka niewłaściwych ludzi, jak choćby właściciela zagubionego psa (świetna rola Abla Ferrary) swojego zwariowanego przyjaciela, Wally’ego (zaskakująca rola Tylera the Creator – przez cały film zastanawiałem się, czy to może być on), czy biznesmana Miltona Rockwella (Kevin O’Leary), męża swojej kochanki, Kay.

Jaki jest Marty? Chalamet tworzy nietuzinkową postać, którą się jednocześnie kocha i której się nienawidzi. Jest bezczelny, cały czas pozostaje w ruchu, nie interesuje go, że niszczy życie wielu osób, bezrefleksyjnie dostaje się do epicentrum dramatycznych wydarzeń, a mimo to nie sposób go nie lubić – za jego niezłomność, błyskotliwość, opiekuńczość i wrażliwość (scena po narodzinach dziecka naprawdę rozbraja). Myślę, że już w marcu Chalamet odbierze za tę rolę Oscara.

Choć akcja filmu rozgrywa się w latach 50-tych, cały obraz – choćby przez fenomenalną ścieżkę dźwiękową i sposób ukazywania rzeczywistości – przywodzi raczej na myśl kinematografię lat 80-tych. Produkcja ma dużo z estetyki tej dekady i to właśnie the Eighties były latami takich spektakularnych karier, jakiej doświadczył Marty Mauser. W filmie można usłyszeć świetne nagrania Alphaville, Petera Gabriela, New Order i The Korgis, a klamrą spinającą są piosenki Tears For Fears – „Change” rozpoczyna projekcję, a „Everybody wants to rule the world” kończy seans i kiedy nagranie rozbrzmiewa w kinie, można naprawdę w uniesieniu opuścić przybytek X muzy.

Film jest, moim zdaniem, świetny – szalony, szybki, nieobliczalny, nieprzewidywalny, pełen szoków, zaskoczeń, niesamowitych zwrotów akcji. Timothee Chalamet gra zjawiskowo, choć irytuje i szarżuje przez cały czas. Świetna jest też Odessa A’zion jako Rachel – aż dziw, że dziewczyna nie otrzymała za film nominacji do Oscara

Lubię takie filmy – prawdziwy rollercoaster scen, postaci i emocji. Czy Ty także polubisz „Wielkiego Marty’ego” i film Cię oszołomi? Przekonaj się sam…

Moja ocena: 10/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz