czwartek, 5 lutego 2026

 

"SPRINGSTEEN: OCAL MNIE OD NICOŚCI" (Springsteen: Deliver me from nowhere), USA 2025


Premiera kinowa: 24 października 2026

Jestem wielbicielem biografii muzycznych, czekam teraz z niecierpliwością na film "Michael", nic zatem dziwnego, że na biografię Bossa - Bruce'a Springsteena - pobiegłem z wielkimi oczekiwaniami. I nie rozczarowałem się.

Kiedy Springsteen osiągnął wyżyny swojej sławy, nie byłem jego wielkim fanem - był dla mnie - 10-latka zbyt rockowy, wolałem new wave, nowych romantyków i gwiazdki synthpopowe. Sympatia i podziw dla Bossa nadeszły potem, już w latach 90-tych, a piosenkę "Streets of Philadelphia" uważam za jedną z najważniejszych w historii.

"Springsteen: Ocal mnie od nicości" nie jest typową biografią - przekrojem przez pełne życie artysty - to jedynie wycinek, powiedzmy roku, kiedy w 1982 Springsteen - wbrew obowiązującym trendom i rozwojowi swojej kariery - nagrywa płytę "Nebraska". Artysta właśnie ma pierwszy hit TOP 10 na liście amerykańskiego "Billboardu" - utwór Hungry Heart" dociera do 5 miejsca, a macierzysta płyta dla tego singla - "The River" osiąga sam szczyt listy przebojów. Bruce zaczyna być rozpoznawalny, gra koncerty dla tłumów, wytwórnia naciska na nagranie i wydanie optymistycznej, przebojowej płyty, czuje potencjał w nowej piosence "Born in the USA", ale artysta, wbrew oczekiwaniom swoich przełożonych, porzuca studio, zaszywa się w swoim domku w New Jersey i na czterościeżkowym magnetofonie nagrywa kameralny, folkowy album "Nebraska". 

Ten album to nie tylko dowód niezależności artysty, to przede wszystkim zapis intymnego rozliczenia się z mrokami przeszłości, trudnym dzieciństwem, które poznajemy w retrospekcjach, despotycznym ojcem (Stephen Graham), ale też niepoukładanym życiem osobistym, rozdarciem między inicjowaniem światowej kariery a pozostaniem artystą niszowym, gwiazdą dla swoich najważniejszych fanów oraz - co zaskakuje - walką ze stanami depresyjnymi.

Wydaje się, że ktoś tak spełniony jak 30-letni Springsteen musi być szczęśliwym człowiekiem, który robi to, co kocha. Okazuje się, że Boss coraz głębiej zanurza się w depresyjnej otchłani.

Film jest zajmujący i poruszający. Grający główną rolę znany z serialu "The Bear" Jeremy Allen White jest bardzo dobry - nie tylko przypomina Springsteena fizycznie, świetnie wypada w scenach koncertowych, ale przede wszystkim błyskotliwie gra, okazując swoje emocje i zagubienie. To dobrze, że doceniono aktora nominacją do Złotego Globu, ale trochę żal, że został pominięty podczas nominacji oscarowych. Drugą naprawdę niezłą rolę gra Jeremy Strong - gwiazda ubiegłorocznego anty-Trumpowskiego "Wybrańca" i serialu "Sukcesja" - jako Joe Landau, przyjaciel i manager Springsteena. Chciałbym także wyróżnić Odessę Young jako Faye - uroczą dziewczynę Bruce'a. 

Film jest bardzo prawdziwy, realia wczesnych lat 80-tych są naturalnie odtworzone i Scott Cooper - reżyser filmu - wykonał dużą i ważną pracę. Film powinien spodobać się wiernym fanom Bruce'a Springsteena, ale także tym, którzy znają zaledwie kilka najbardziej przebojowych piosenek, a chcą dowiedzieć się czegoś nowego o Artyście. Polecam.

Moja ocena: 8/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz