wtorek, 24 lutego 2026

 

„WICHROWE WZGÓRZA” (Wuthering Heights), USA / Wielka Brytania 2026


Premiera kinowa: 13 lutego 2026

Już dawno tak wiele osób nie pytało mnie o opinię na temat danego filmu, a o „Wichrowe Wzgórza” był wręcz wysyp zapytań. Pora podzielić się obserwacjami na temat najnowszej adaptacji klasycznej powieści Emily Bronte w reżyserii Emerald Fennell.

Dla większości Brytyjczyków „Wichrowe Wzgórza” to Biblia, coś świętego, idealnego, romantycznego, coś, czego nie wolno zepsuć. Po premierze najnowszej adaptacji na całym świecie pojawiło się mnóstwo niezwykle negatywnych recenzji, opinii, uwag krytycznych. Nie do końca się z tym atakiem na film zgadzam. Dla mnie to także bardzo istotny tekst, bo pisałem pracę magisterską z elementów gotyckich w twórczości sióstr Bronte i z „Wichrowymi Wzgórzami” spędziłem cały ostatni rok studiów  Zachwyciła mnie adaptacja z Juliette Binoche i Ralphem Fiennesem z 1992 roku, ale tegorocznej produkcji absolutnie nie potępiam.

„Wuthering Heights” AD 2026 to całkowicie nowe i przez to nowatorskie odczytanie powieści. Film nie ma ambicji bycia wierną adaptacją, odtwarzającą realia epoki i wszystkie wątki doskonałego tekstu Emily Bronte. To film bardzo otwarty, chwilami zaskakujący, ale zrealizowany z rozmachem, z pięknymi aktorami, wyjątkową muzyką autorstwa Charlie XCX oraz cudownymi zdjęciami wyjątkowych plenerów.

A o co chodzi w historii?

Właściciel Wichrowych Wzgórz, Pan Earnshaw (okropna rola Martina Clunesa), z jednego ze swoich wojaży przywozi do swej posiadłości dziecko, małego chłopca (znany z brawurowej roli w „Dojrzewaniu” Owen Cooper). Córka Pana Earnshawa, śliczna Catherine (Charlotte Mellington) nazywa go Heathcliffem I traktuje jak brata. Chłopiec staje się kimś pośrednim między sługą a członkiem rodziny.

Mijają lata, dzieci dorastają i między Catherine (zjawiskowa Margot Robbie) a Heathcliffem (Jacob Elordi) rodzi się gorące, pełne żaru uczucie. Sytuację komplikuje pojawienie się w sąsiedztwie nowej bogatej rodziny – państwa Lintonów z młodym Edgarem (Shazad Latif) – znakomitą partią dla Catherine -  i jego podopieczną Izabelą (bardzo dobra rola Alison Oliver) oraz tajemnicze zniknięcie Heathcliffa…

Film jest spójny, intrygujący, przepięknie sfotografowany, zachwyca kostiumami (strój ślubny i pogrzebowy Cathy to mistrzostwo pracy kostiumologów), jest niezwykle ekspresyjny, zaskakuje barwami – od szarości Wichrowych Wzgórz przechodzi do przepychu kolorów Drozdowego Gniazda. A co do aktorów? O ile przekonuje mnie miłość i rozdarcie Margot Robbie jako Catherine (choć nie do końca tak wygląda moje wyobrażenie postaci na podstawie powieści – brakuje mi efemeryczności Cathy, jej delikatności i wrażliwości), to Jacob Elordi nie wypada przekonująco jako zakochany i miotany emocjami Heathcliff – wydaje mi się, że aktorowi brakuje jeszcze warsztatu i zawodowych możliwości, choć w „Frankensteinie” stworzył wyjątkową kreację. Ciekawie na ekranie wpada młody Owen Cooper i jeśli nie zrezygnuje z kariery aktorskiej, wróżę mu, że wkrótce zostanie jednym z najważniejszych brytyjskich aktorów młodego pokolenia

Niektórzy odsądzają film od czci i wiary, porównują „Wichrowe Wzgórza” do „Pięćdziesięciu twarzy Greya” – mam ogromne wątpliwości, czy to uprawnione porównanie. Mówi się o zbytnim wyuzdaniu obecnym w filmie, odejściu od książkowego pierwowzoru, o elementach kiczu obecnych w filmie – odpieram te ataki. Film nie jest wybitny, ale ogląda się go dobrze, czuć ducha powieści, a Emerald Fennell – znana z „Saltburn” i „Obiecującej. Młodej. Kobiety” -  ugruntowuje „Wichrowymi Wzgórzami” swoją pozycję ważnego kobiecego głosu we współczesnej kinematografii. Myślę, że film po prostu warto zobaczyć.

Moja ocena: 7/10

wtorek, 10 lutego 2026

 

„AVATAR: OGIEŃ I POPIÓŁ” (Avatar: Fire and Ash), USA 2025


Premiera kinowa: 19 grudnia 2025

Z dużym opóźnieniem obejrzałem w kinie trzecią odsłonę „Avatara” Jamesa Camerona. Po dwóch poprzednich częściach wiedziałem, że to nie moja bajka, nie moje uniwersum, nie moje kino, ale dałem filmowi szansę i … nie żałuję.

Film rozpoczyna się wspomnieniem tragicznej chwili, którą zakończyła się „Istota wody” – śmierci Neteyama. Ród Metkayina, który reprezentuje rodzina Jake’a Sully’ego (Sam Worthington) i Neytri (bardzo dobra Zoe Saldana) w obawie o własne bezpieczeństwo decyduje się odesłać swojego przybranego syna Pająka (znakomity Jack Champion) – chłopca – człowieka, syna okrutnego pułkownika Milesa Quaritcha (Stephen Lang), który – ich zdaniem – powinien wychowywać się wśród ludzi. Wędrówka do obozu prowadzi do nieoczekiwanych perypetii, zwłaszcza starcia z klanem Mangman i jego okrutną przywódczynią, fascynatką ognia Varang (fantastyczna rola Oony Chaplin, wnuczki samego Charlie’go Chaplina).

I to właśnie Pająk staje się centralną postacią filmu. Jego historia jest mocno wyeksponowana, a rola pozwala młodemu aktorowi na pokazanie talentu, niezwykłej sprawności fizycznej i prawdziwego zawodowego kunsztu.

Film ogląda się … świetnie. Efekty specjalne zapierają dech w piersiach, akcja jest wartka i obfituje w intrygujące wydarzenia, więc blisko trzy i pół godziny upływają dość szybko. Sceny batalistyczne są naprawdę fenomenalne. Piękna jest stworzona w obrazie natura, niezwykłe wieloryby, roślinność, ocean. W interesujący sposób ukazana jest symbioza bohaterów z przyrodą. I oczywiście najgorszą pokazaną w filmie istotą jest człowiek – bezwzględny i pozbawiony skrupułów niszczyciel, złoczyńca, zabójca.

„Avatar: Ogień i popiół” to prawdziwa plejada światowej sławy gwiazd, czasem wręcz trudno rozpoznać, że tak znani aktorzy pojawili się w produkcji: wspomniani już Sam Worthington i Zoe Saldana), ale także Kate Winslet, Sigourney Weaver (obie to mój TOP 10 najlepszych aktorek wszech czasów), Edie Falco, Brendan Cowell, czy David Thavlis. Moim avatarowym odkryciem z „Ognia i popiołu” są jednak Jake Champion jako Pająk oraz niesamowita Oona Chaplin jako Varang.

Tak jak pisałem na początku, seria „Avatar” to nie jest moje filmowe oczekiwanie, moja estetyka i moja wrażliwość, natomiast należy oddać Jamesowi Cameronowi i innym twórcom, że potrafią robić kino – filmy pełne rozmachu, o szybkiej akcji, niesamowitych rozwiązaniach technologicznych i umiejętności przyciągania przed ekrany milionów widzów. Niektórzy narzekają, że to trzecia identyczna odsłona. Nie mogę się zgodzić z taką opinią – owszem, bohaterowie i problemy pozostają te same, ale fabuła każdej części jest jednak różna i pozwolę sobie na stwierdzenie, że w przypadku części trzeciej – „Avatar: Ogień i popiół” chyba nawet lepsza niż w przypadku „Istoty wody”.

Moja ocena: 7/10

niedziela, 8 lutego 2026

 

„FATHER MOTHER SISTER BROTHER” (Father Mother Sioster Brother”, USA / Włochy / Francja / Irlandia / Niemcy 2025


Premiera kinowa: 16 stycznia 2026

Jim Jarmush ma opinię reżysera kultowego i każdy aktor chce zagrać w jego filmie, a każdy widz chce ten film zobaczyć. „Father Mother Sister Brother” nie ma najlepszych notowań, a to – moim zdaniem – film ważny i udany.

To właściwie zbiór trzech filmowych noweletek, które rozgrywają się w różnych miejscach, ale łączy je temat rodziny.

Na początku poznajemy rodzeństwo – Jeffa (Adam Sandler) i Emily (świetna Mayim Bialik) – Amerykanów, którzy po dłuższej przerwie postanawiają odwiedzić swojego Ojca (znakomity Tom Waits), który mieszka gdzieś na prowincji. Już rozmowa brata z siostrą w drodze do domu Ojca pokazuje dystans między nimi, a przybycie tam jeszcze ten dystans pogłębia i prowadzi do licznych niezręcznych, niewygodnych momentów.

Przenosimy się następnie do Londynu, gdzie Matka (wspaniała jak zawsze Charlotte Rampling) – szanowana i poczytna pisarka organizuje coroczne spotkanie dla swoich córek - Timothei (cudowna – też jak zawsze – Cate Blanchett) oraz Lilith (Vicky Krieps). Te pozornie tak bliskie sobie kobiety spotykają się jedynie rak do roku. Nie spędzają razem nawet Bożego Narodzenia i praktycznie nic o sobie nie wiedzą. Spotkanie jest sztuczne i pompatyczne.

I wreszcie trzecia nowelka Jarmusha – amerykańskie rodzeństwo: Skye (Indya Moore) i Billy (Luka Sabatt) spotykają się w mieszkaniu tragicznie zmarłych rodziców. Pozornie sobie bliscy, wśród niewielu ocalałych po matce i ojcu pamiątek odnajdują informacje, których nigdy nie posiadali, choć nie była to wiedza tajemna, ukrywana przed nimi. Są młodzi, piękni i nie do końca znają swoje korzenie i swoją tożsamość.

Film uwidacznia chwilami w ostry i bolesny sposób, jak specyficzne jest życie w XXI wieku, kiedy wartości rodzinne i bliskość między członkami rodziny przestały się liczyć. Umiejscowienie akcji filmu w różnych lokalizacjach podkreśla jedynie, że jest to problem globalny, który dotyka ludzi z różnych warstw społecznych i różnych grup wiekowych. Czasy się zmieniają, ale pewne wartości powinny pozostać niezmienne, nienaruszalne i Jarmush to widzi, czuje i pokazuje w najnowszym obrazie. Rodzina jest w kryzysie i o tym opowiada film.

Piękne są zdjęcia, piękni bohaterowie i czuć jest ducha amerykańskiego kina niezależnego i artyzm Jarmusha, choćby w nawracających scenach chłopców – skateboardzistów.

Jarmush jak zwykle zgromadził w filmie plejadę świetnych aktorów, także tych, z którymi uwielbia pracować.

Akcja filmu toczy się wolno, dialogi nie są bogate, ale film jest dobry, uczy wiele o współczesności, skłania do refleksji, jest bardzo estetyczny, dlatego z całą pewnością go polecam.

Moja ocena: 7/10

czwartek, 5 lutego 2026

 

"SPRINGSTEEN: OCAL MNIE OD NICOŚCI" (Springsteen: Deliver me from nowhere), USA 2025


Premiera kinowa: 24 października 2025

Jestem wielbicielem biografii muzycznych, czekam teraz z niecierpliwością na film "Michael", nic zatem dziwnego, że na biografię Bossa - Bruce'a Springsteena - pobiegłem z wielkimi oczekiwaniami. I nie rozczarowałem się.

Kiedy Springsteen osiągnął wyżyny swojej sławy, nie byłem jego wielkim fanem - był dla mnie - 10-latka zbyt rockowy, wolałem new wave, nowych romantyków i gwiazdki synthpopowe. Sympatia i podziw dla Bossa nadeszły potem, już w latach 90-tych, a piosenkę "Streets of Philadelphia" uważam za jedną z najważniejszych w historii.

"Springsteen: Ocal mnie od nicości" nie jest typową biografią - przekrojem przez pełne życie artysty - to jedynie wycinek, powiedzmy roku, kiedy w 1982 Springsteen - wbrew obowiązującym trendom i rozwojowi swojej kariery - nagrywa płytę "Nebraska". Artysta właśnie ma pierwszy hit TOP 10 na liście amerykańskiego "Billboardu" - utwór Hungry Heart" dociera do 5 miejsca, a macierzysta płyta dla tego singla - "The River" osiąga sam szczyt listy przebojów. Bruce zaczyna być rozpoznawalny, gra koncerty dla tłumów, wytwórnia naciska na nagranie i wydanie optymistycznej, przebojowej płyty, czuje potencjał w nowej piosence "Born in the USA", ale artysta, wbrew oczekiwaniom swoich przełożonych, porzuca studio, zaszywa się w swoim domku w New Jersey i na czterościeżkowym magnetofonie nagrywa kameralny, folkowy album "Nebraska". 

Ten album to nie tylko dowód niezależności artysty, to przede wszystkim zapis intymnego rozliczenia się z mrokami przeszłości, trudnym dzieciństwem, które poznajemy w retrospekcjach, despotycznym ojcem (Stephen Graham), ale też niepoukładanym życiem osobistym, rozdarciem między inicjowaniem światowej kariery a pozostaniem artystą niszowym, gwiazdą dla swoich najważniejszych fanów oraz - co zaskakuje - walką ze stanami depresyjnymi.

Wydaje się, że ktoś tak spełniony jak 30-letni Springsteen musi być szczęśliwym człowiekiem, który robi to, co kocha. Okazuje się, że Boss coraz głębiej zanurza się w depresyjnej otchłani.

Film jest zajmujący i poruszający. Grający główną rolę znany z serialu "The Bear" Jeremy Allen White jest bardzo dobry - nie tylko przypomina Springsteena fizycznie, świetnie wypada w scenach koncertowych, ale przede wszystkim błyskotliwie gra, okazując swoje emocje i zagubienie. To dobrze, że doceniono aktora nominacją do Złotego Globu, ale trochę żal, że został pominięty podczas nominacji oscarowych. Drugą naprawdę niezłą rolę gra Jeremy Strong - gwiazda ubiegłorocznego anty-Trumpowskiego "Wybrańca" i serialu "Sukcesja" - jako Joe Landau, przyjaciel i manager Springsteena. Chciałbym także wyróżnić Odessę Young jako Faye - uroczą dziewczynę Bruce'a. 

Film jest bardzo prawdziwy, realia wczesnych lat 80-tych są naturalnie odtworzone i Scott Cooper - reżyser filmu - wykonał dużą i ważną pracę. Film powinien spodobać się wiernym fanom Bruce'a Springsteena, ale także tym, którzy znają zaledwie kilka najbardziej przebojowych piosenek, a chcą dowiedzieć się czegoś nowego o Artyście. Polecam.

Moja ocena: 8/10