sobota, 24 stycznia 2026

 

„FRANKENSTEIN” (Frankenstein), USA / Meksyk 2025


„Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz” autorstwa Mary Shelley to jedna z najwybitniejszych powieści angielskich. Nic zatem dziwnego, że po dzieło chętnie sięgają filmowcy, tworząc nowe adaptacje klasycznej powieści. Ostatnio o „Frankensteina” upomniał się meksykański wizjoner kina Guillermo del Toro, który stworzył genialną filmową wersję powieści, dostępną na Netflixie (film nie miał oficjalnej dystrybucji kinowej). Film otrzymał właśnie 9 nominacji do Oscara.

Tytułowym bohaterem filmu jest szalony i zdeterminowany naukowiec, Doktor Victor Frankenstein (genialny Oscar Isaac), który poświęca swoje życie, by ożywić martwego człowieka. Dzięki wsparciu finansowemu pana Harlandera (znakomity Christoph Waltz), z fragmentów zwłok poległych żołnierzy i ofiar kary śmierci tworzy monstrum, w które udaje się mu tchnąć życie (wybitna rola Jacoba Elordi’ego). Opętany wizją walki życia ze śmiercią naukowiec nie jest w stanie przewidzieć, że wykreowana przez niego maszkara może posiadać emocje i uczucia, może nauczyć się myśleć i mówić, a przede wszystkim odczuwać potrzebę bliskości drugiego człowieka…

Film od początku do końca jest wybitny. Od pierwszych chwil po końcowe napisy trzyma w napięciu, niepewności i ogromnym skupieniu. W obrazie odnajdziemy wiele spektakularnych scen – choćby sceny na statku, kiedy monstrum próbuje odnaleźć Victora i zemścić się na nim za obdarzenie go nieśmiertelnością, czy momenty tworzenia potwora przez Doktora Frankensteina w zamku Harlandera.

Oscar Isaac jako Frankenstein, opętany żądzą zawładnięcia kwestii życia i śmierci, tworzy jedną z najwybitniejszych ról w swoim dość już bogatym dorobku artystycznym, ale to młody australijski aktor Jacob Elordi „kradnie” ten film. Każda scena z udziałem Elordi’ego jako potwora jest udana, absorbująca, poruszająca. Od jakiegoś czasu trwa histeria związana z aktorem, ale do tej pory jej nie ulegałem. Elordi nie przypadł mi do gustu jako Elvis Presley w filmie „Priscilla”, gdzie zdecydowanie przyćmiła go Cailee Spaeny (w dodatku wypadł znacznie gorzej od Austina Butlera, który zagrał Presleya rok wcześniej u Baza Luhrmanna), w „Saltburn” większą uwagę skupił na sobie niezwykły Barry Keoghan, ale „Frankenstein” należał już do Elordi’ego – aktor otrzymał właśnie nominację do Oscara za najlepszą rolę drugoplanową. A już za niespełna trzy tygodnie w kinach pojawi się kolejna produkcja z Elordi’m – tym razem w najnowszej adaptacji „Wichrowych Wzgórz” wcielił się w rolę Heathcliffa. Już się nie mogę doczekać!

„Frankenstein” to przede wszystkim film o samotności, o tym, że każdy z nas walczy o uczucia, o bliskość innego człowieka. W filmie jest to zobrazowane przez odwzajemnioną miłość potwora do Claire, pięknej żony Victora (stworzona do tej roli Mia Goth). Cała historia jest niezwykle poruszająca i jestem gotów zaryzykować stwierdzenie, że to jak dotąd najlepsza adaptacja „Frankensteina”, adaptacja fenomenalna i arcydzielna, przewyższająca kunsztem filmowym nawet uważaną za doskonałą wersję Kennetha Branagha z Robertem De Niro w roli potwora (z roku 1994). Film ujął mnie swoim rozmachem, gotyckością, wielkimi kreacjami aktorskimi, kostiumami, porażająco smutną historią, emocjonalnością i nowatorstwem. Na uznanie zasługuje też piękna ścieżka filmowa stworzona przez Alexandre’a Desplata.

Bardzo gorąco polecam tę piękną, wzruszającą historię. Szkoda tylko, że nie można jej zobaczyć na dużym ekranie.

Moja ocena: 10/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz